Pełna sala jest podnietą

Pełna sala jest podnietą

Gramy na gorszych instrumentach niż zachodnie orkiestry, ale nadrabiamy to spontanicznością i entuzjazmem wykonania Antoni Wit, dyrygent, dyrektor Filharmonii Narodowej Antoni Wit (ur. w 1944 r. w Krakowie), absolwent Państwowej Wyższej Szkoły Muzycznej w Krakowie (studiował dyrygenturę u H. Czyża i kompozycję u K. Pendereckiego) oraz Wydziału Prawa na Uniwersytecie Jagiellońskim. Był dyrygentem Filharmonii Poznańskiej, kierownikiem Filharmonii Pomorskiej, dyrektorem Orkiestry i Chóru PRiTV w Krakowie (1977-1983), następnie dyrektorem Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia w Katowicach (1983-2000). Od 2001 r. jest dyrektorem naczelnym i artystycznym Filharmonii Narodowej. Dyrygował wieloma znakomitymi orkiestrami na świecie, m.in. Berliner Philharmoniker, londyńską Royal Philharmonic Orchestra, współpracował z wybitnymi dyrygentami, m.in. Herbertem von Karajanem podczas Festiwalu Wielkanocnego w Salzburgu. Nagrał ponad 120 płyt, m.in. dla obecnej na rynkach światowych firmy Naxos. – Rozmawiamy po powrocie orkiestry Filharmonii Narodowej z wielkiego tournée po Stanach Zjednoczonych. Recenzje w Internecie są znakomite. – Filharmonia Narodowa jest obecna w Stanach Zjednoczonych od 1965 r., kiedy pojechała na pierwsze tournée zorganizowane przez legendarnego impresaria Sola Huroka. Od tego czasu co kilka lat daje tam kilkanaście czy nawet kilkadziesiąt koncertów. Obecny wyjazd Filharmonii Narodowej był już 12., ale pierwszym pod moją batutą. Objechaliśmy całe Stany, od Nowego Jorku poprzez Atlantę, Chicago, aż do Kalifornii i Las Vegas. – Bał się pan trochę tego tournée? Świadomość, że w Stanach Zjednoczonych goszczą najlepsze orkiestry światowe, a i własnych świetnych orkiestr mają Amerykanie pod dostatkiem, mogła być przytłaczająca. Kiedyś słyszałam wypowiedź amerykańskiego krytyka muzycznego, który określił orkiestry z Europy Środkowo-Wschodniej jako „drugiej kategorii”. – Jeśli artysta jedzie występować, stara się pokazać w najlepszym świetle i absolutnie nie dopuszcza myśli, że mógłby być jakąś gorszą kategorią. Byłem kiedyś stypendystą Fullbrighta, spędziłem w Ameryce kilka miesięcy. W tym czasie przesiąknąłem amerykańską atmosferą, której cechą jest m.in. to, że każdy czuje się znakomity i stara się swoją znakomitość udowodnić, czasem zresztą w sposób śmieszny i przesadny. Jadąc na to tournée, założyłem sobie od razu, że w tym, co robię z orkiestrą FN, są jakieś rzeczy, które warto podziwiać. Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że wyjazd do Stanów jest bardzo ważny, ponieważ obecność Polski w tamtejszej kulturze jest dość skromna. W Europie zdarza się więcej okazji, by się pokazać, organizowane są liczne festiwale, zwłaszcza latem, różne „dni polskie” itd. Z orkiestr symfonicznych regularnie jeździ do Stanów Zjednoczonych tylko FN, dlatego jest to tak ważny rynek. – Czy warunki pracy, organizacja, publiczność odbiegają od polskich standardów? Nie pytam o honoraria, bo to rzecz oczywista. – Pod względem organizacji pracy Amerykanie przewyższają Europejczyków, są solidniejsi, bardziej zdyscyplinowani. Ich sale koncertowe są na ogół bardzo duże. Największa, w jakiej występowaliśmy, w Atlancie, liczyła 4,5 tys. miejsc. Na 23 koncerty, które daliśmy, tylko jedna sala miała poniżej tysiąca miejsc, przeciętna – ok. 2 tys. I mimo wysokich cen biletów frekwencja wynosiła średnio 80-90%, co jest bardzo dobrym wynikiem. Nie graliśmy dla Polonii, więc nie można powiedzieć, że publiczność przyszła ze względów sentymentalnych. – Jakie były jej reakcje? Czy w programie znalazły się polskie utwory? – Na tournée zwykle gra się repertuar standardowy, jednak zagraliśmy także polskie utwory, m.in. 12 razy prezentowaliśmy „Polimorfię” Pendereckiego, „Orawę” Kilara, koncert Chopina, a na bis polkę Lutosławskiego. Reakcja publiczności była entuzjastyczna. Na każdym koncercie bisowaliśmy i dostawaliśmy owacje na stojąco. To świadczy o pewnej żywiołowości słuchaczy. U nas się przyjęło, że stojące owacje są zarezerwowane tylko dla wyjątkowych koncertów. – Z tego, co zauważyłam, prawie wyłącznie dla artystów zagranicznych. I to tych sławnych. – To świadczy o pewnym snobizmie. Zresztą my, Polacy, mamy w ogóle większy respekt dla zagranicy. To cecha naszej mentalności narodowej, a nie publiczności muzycznej. Amerykańska publiczność nie jest snobistyczna, jej przekrój społeczny jest bardzo zróżnicowany. Jest bardziej naturalna niż nasza. Lubi, kiedy na koncercie coś się do niej mówi o utworze. U nas, gdybym na każdym koncercie przemawiał, przyjmowano by to z rezerwą. – Polska publiczność jest bardziej drętwa? – Nie użyłbym takiego mało sympatycznego określenia.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc 30,00 zł lub Dostęp na 12 miesięcy 250,00 zł
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 06/2005, 2005

Kategorie: Kultura
Tagi: Ewa Likowska