Jaka piękna katastrofa…

Jaka piękna katastrofa…

Ten obrazek chwalebnej, choć bezmyślnej śmierci za skansen jest nie do zdarcia. Od premiery „Lotnej” mija bowiem kilkanaście lat i Bohdan Poręba przedstawia stęsknionej publiczności „Hubala” (premiera 3 wrześ­nia 1973 r.). Mjr Henryk Dobrzański świetnie się czuje w mundurze, na musztrze, na pasterce („Ludzie szli do munduru jak do przenajświętszego sakramentu”). Oraz w sytuacji beznadziejnej. W filmie z rozrzewnieniem wspomina się ostatnią partię powstańców styczniowych, dowodzoną przez ks. Stanisława Brzóskę, która tułała się po lasach długo po wygaśnięciu zrywu. Bez sensu i bez najmniejszej szansy na przetrwanie. Wniosek? Skoro oni nie złożyli broni w sytuacji beznadziejnej, to i my nie powinniśmy. Logiczne? I ten Hubal, który wyciągnął takie wnioski z historii, tuż przed rozgromieniem własnego oddziału składa wigilijne życzenia: „żeby za rok polski mundur chronił spokój przy każdym polskim stole”. Że to nie ma żadnego związku z rzeczywistością? Nie szkodzi. Ma za to wiele wspólnego z tradycją. I dalej – że Hubal odmawia podporządkowania się rozkazom dowództwa Związku Walki Zbrojnej (za chwilę będzie to Armia Krajowa)? Że rozkaz demobilizacji podpisał sam gen. Stefan Grot-Rowecki? To się w filmie powie po cichu, właściwie wcale. „Konia nie oddam, w cywilnych gaciach jeździć nie będę… Takie rozkazy mam w dupie!”, oto odpowiedź prawdziwego ułana. Zginął. Nie płakałbym po nim. Ale płakałbym po mieszkańcach wsi Skłoby i Hucisko, gdzie hitlerowcy rozstrzelali wszystkich mężczyzn w odwecie za tromtadrację „szalonego majora”. A potem wsie wyburzyli i ziemię zaorali.

Z tym że Hubal nie umiera tak łatwo. Nie tylko dlatego, że tak dzielnie bronił go w kampanii przeciw szydercom sam płk Zbigniew Załuski. Bo kto dziś czyta „Siedem polskich grzechów głównych”? Ale starsi z nas na szkolnych akademiach recytowali przez całe dziesięciolecia wiersz Gałczyńskiego o żołnierzach z Westerplatte, którzy „prosto do nieba czwórkami szli”. Bo najważniejsze – umrzeć za ojczyznę w pięknych okolicznościach przyrody („A lato było piękne tego roku…”). I mógł sobie Melchior Wańkowicz – na przekór temu wierszykowi – wychwalać mjr. Sucharskiego, że to chłop twardo stąpający po ziemi, a nie szlachciura oczadziały od mitów narodowych. Że wiedział, kiedy walczyć, ale i kiedy się poddać. Bo trupy żołnierskie nie na wiele Polsce się przydadzą. Widział kto pomnik Wańkowicza? Bo ułan i dziewczyna dumnie prężą się choćby na wałach starówki w Grudziądzu.

Polska oderwana od korzeni

To świeże rany. Ale film lubił grzebać również w historii zamierzchłej. „Krzyżacy” Aleksandra Forda mieli w rocznicę bitwy pod Grunwaldem dać odpór „odwetowcom z Bonn”, więc na plan filmu pchnięto cały sprzęt, jakim dysponowała polska kinematografia. Jeśli słup wysokiego napięcia psuł panoramę, to się go demontowało i nie było gadania, że miasto wielkości Ełku zostaje bez prądu na cały dzień. Statystom dano w ręce miecze gumowe, ale dopiero po tym, jak Mieczysławowi Kalenikowi (Zbyszko z Bogdańca) omal nie odrąbali ręki w trakcie filmowania pojedynku.

A Szymon Kobyliński, znawca uzbrojenia historycznego, wytykał błąd za błędem: a to koniom brak tzw. kropierzy, a to jeźdźcom brakowało ostróg. Krytycy czepiali się szczegółów, zwłaszcza gry mdłej Danuśki i nijakiego Jagiełły (Emil Karewicz). Niewielu miało odwagę jechać po całości. KTT pisał, że to „dramat bez dramatyzmu, pomnik bez bohatera, widowisko bez widowiskowości, aktualizacja bez aktualności”.

Ale film z miejsca został okrzyknięty dobrem narodowym. Więcej niż uroczystą premierę miał 22 lipca 1960 r. w Olsztynie. W warszawskich kinach Skarpa i Atlantic dzieło oglądali na specjalnych seansach członkowie Biura Politycznego KC. Po roku dostał Nagrodę Państwową I klasy. Na festiwalach nie zdobył nic, za to sprzedano go do kin aż w 50 krajach (rekord wpływów dewizowych). Dopiero po latach zdetronizuje go „Wielka podróż Bolka i Lolka”. Zachodnia widownia nie wnikała, jak to się dzieje, że naród polski, chrześcijański od 400 lat, mocno w swej wierze maryjny, staje do walki z Zakonem Najświętszej Maryi Panny. I jeszcze nasi rycerze, wybierając się mordować hołdowników Najświętszej Panienki z całej Europy, śpiewają „Bogurodzicę”.

Strony: 1 2 3 4

Wydanie: 18/2016

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy