Muzyka i wojna

Muzyka i wojna

Polański powiedział, że „Pianista” będzie świadectwem wytrzymałości człowieka w obliczu śmierci oraz hołdem dla siły muzyki. I taki jest

O czym opowiada „Pianista” Polańskiego, wie każdy, kto czyta gazety, ogląda telewizję lub słucha radia. Reportaże z planu i wypowiedzi twórców obiegły wszystkie media, toteż wielu czytelników może zgodzić się z opinią krytyka, który przed pokazem prasowym powiedział, że w zasadzie o tym filmie wie wszystko, tylko go jeszcze nie widział. Niemniej jednak ów krytyk poinformował kolegów na sali, że film jest przereklamowany, ma dłużyzny, nadmiar statycznych ujęć, brak psychologii postaci, kiczowate zakończenie itd.
Po zakończeniu projekcji na sali rozległy się słabe, nieśmiałe oklaski, a w rozmowach kuluarowych przeważały opinie, że „film rzeczywiście nie jest żadną rewelacją”, choć miał dobre momenty.
W podobnym tonie są utrzymane recenzje prasowe. Zdzisław Pietrasik pisze w „Polityce”, że historia opisana przez Szpilmana „to temat na wielki film, jednak szansa ta nie w pełni została wykorzystana”. Adrien Brody gra, według niego, zaskakująco beznamiętnie, jakby cała historia toczyła się obok niego, do końca filmu nie dowiadujemy się, co się dzieje wewnątrz tego człowieka. O zdjęciach pisze, że „mogą poruszać, choć podobne obrazki widzieliśmy wcześniej w innych filmach”, zaś „końcowe ocalenie bohatera wygląda jak tani hollywoodzki happy end”.
„O postaci tytułowej, którą gra Adrien Brody, nie wiem prawie nic, tak bardzo jest enigmatyczna, jakby podstawiona, marionetkowa. Nie ma się poczucia, że to jemu zdarzyło się to wszystko, utrata rodziny, utrata miasta. Nie zostają w pamięci twarze, postacie” – to Tadeusz Sobolewski w „Gazecie Wyborczej”. I tak dalej. Czytając takie recenzje, zastanawiam się, czy ich autorzy na filmie przysypiali, czy są mało wrażliwi, czy może tematyka ich nudzi, bo zarzucają, że film opowiada „znowu o zagładzie”?
Mnie, przeciwnie, zostały w pamięci twarze, postacie. Cały film, każda scena. Tytułowy pianista nie wydaje mi się żadną marionetką, lecz kimś prawdziwym, wręcz bliskim. Jego historia jest tak bardzo poruszająca właśnie dlatego, że zdaje się autentyczna. Pokazana bezstronnie, bez żadnych uprzedzeń – narodowościowych, religijnych czy politycznych, bez łzawego sentymentalizmu, wątków melodramatycznych, moralizatorstwa. Na podobnej zasadzie porażają czytelnika suche, rzeczowe opowiadania Borowskiego i wiersze Różewicza, opisujące czasy wojny, kiedy codziennie „człowieka tak się zabija jak zwierzę”, widzi się „furgony porąbanych ludzi”, a cnota i występek ważą tyle samo, bo przy wadze nie stoi żadna opatrzność, lecz wszystkim rządzi przypadek, któremu czasem mogą pomóc pieniądze i znajomości.
Bohaterowi filmu, który jest świadkiem zagłady Żydów, ale sam ocaleje, pomaga talent. Żydowski policjant pilnujący załadowania mieszkańców getta do bydlęcych wagonów, mających wywieźć ich do Treblinki, rozpoznaje w tłumie znanego wirtuoza i ratuje mu życie. Po kilku latach sytuacja się powtarza. Kryjówkę Szpilmana odkrywa niemiecki oficer. Chce sprawdzić, czy brudny Żyd w łachmanach jest rzeczywiście, jak twierdzi, pianistą. Po wysłuchaniu nokturnu Chopina, wzruszony, zachwycony, patrzy na niego już inaczej: z podziwem. I dlatego mu pomaga.
Bohater Polańskiego, co należy podkreślić, jest polskim Żydem, ale pokazanym inaczej niż zazwyczaj: nie jak postać cepeliowska, egzotyczny element krajobrazu. Tym, co go wyróżnia, jest nie pochodzenie, lecz talent. Polscy koledzy widzą w nim nie Żyda, lecz wybitnego muzyka i człowieka z charakterem. To ważny aspekt filmu: ukazanie elity inteligencji Polaków żydowskiego pochodzenia przed wojną i absurdalnego losu, który stał się potem jej udziałem.
Ważna w filmie jest też muzyka potraktowana nie jako tło, lecz autonomiczny element dzieła. Przystępując do pracy nad „Pianistą”, Polański powiedział, że ten film będzie świadectwem wytrzymałości człowieka w obliczu śmierci oraz hołdem dla siły muzyki. I taki jest.


„Pianista” to gorzkie danie
Roman Polański o swoim filmie

– Dlaczego książka Szpilmana była dla pana tak ważna i czemu – jak sam pan powiedział – wierzy pan w ten film jak w żaden inny?
– Książka ta opisuje wydarzenia, które pamiętam z dzieciństwa. Przeżyłem krakowskie getto i bombardowanie Warszawy. Zawsze wiedziałem, że pewnego dnia nakręcę film o tym najboleśniejszym rozdziale polskiej historii, nie chciałem jednak, żeby to był film autobiograficzny. Przez wiele lat nie mogłem znaleźć właściwego tematu. Zależało mi na tym, żeby zachować jak najdalej posunięty realizm i nie nakręcić filmu, który byłby typowo hollywoodzki. Książka Szpilmana nie jest jeszcze jednym rozdziałem w historii martyrologii, którą wszyscy znamy. Ukazuje te wydarzenia z punktu widzenia człowieka, który nimi żył. Opisuje realia tamtej epoki z niezwykłym, chłodnym wręcz obiektywizmem. Są w niej dobrzy i źli Polacy, dobrzy i źli Żydzi, dobrzy i źli Niemcy. Jak wiemy, napisano ją zaraz po wojnie i być może właśnie dlatego wydaje się tak świeża, w przeciwieństwie do książek, które napisano 20-30 lat po wojnie. Jak tylko przeczytałem kilka jej pierwszych rozdziałów, wiedziałem, że będzie tematem mojego następnego filmu. Była to historia, której szukałem: mimo grozy niosła za sobą pozytywne przesłanie i pełna była nadziei.
– Przez długi czas Spielberg namawiał pana do zrobienia filmu takiego jak ten.
– „Lista Schindlera” była zbyt bliska moim osobistym doświadczeniom. Unikam takich sytuacji, bo czuję, że nie mógłbym zrobić dobrego filmu. Gdybym pracował w miejscach, które mają dla mnie znaczenie historyczne i osobiste, straciłyby one dla mnie to znaczenie i stałyby się zaledwie dekoracjami do filmu.
(z rozmowy z reżyserem na konferencji prasowej 28.03.2001 r. w Warszawie)

 

Wydanie: 36/2002

Kategorie: Kultura
Tagi: Ewa Likowska

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy