Plakacista z misją

Plakacista z misją

Zadanie jest zawsze takie samo – zatrzymać uwagę widza. Jak robię billboard, to wiem, że mam te siedem sekund w najazdówce; jeśli ktoś tylko koło niego przejeżdża, mam jeszcze mniej Z Andrzejem Pągowskim rozmawia Dagmara Biernacka – Jest pan autorem m.in. plakatów do akcji społecznych dotyczących AIDS – „Jest OK, nie pękaj” czy palenia – „Papierosy są do dupy”. Określa się je mianem dosadnych. Czy teraz plakat musi być dosadny? – Nie wiem, co to są za słowa: dosadne, ładne, dobre… to ma zostać w pamięci. Minęło już 14 lat od akcji z papierosami, teraz było wznowienie, które przeszło spokojnie, nikt się nie oburzał. Część plakatów społecznych w moim życiu to jest misja. Wychodzę z założenia, że coś za coś. Skoro dostałem talent, to powinienem go spożytkować na mówienie o czymś ważnym. Palaczy nie cierpię, więc powiedziałem, że papierosy są do dupy. Seks lubię, więc wolę, żeby nie pękło i żebym się nie denerwował (śmiech). Tym bardziej jeśli to ma pomóc młodemu człowiekowi w decyzji o założeniu prezerwatywy. To tak jak z plakatami filmowymi czy teatralnymi – nie myślę w momencie tworzenia, jaki on powinien być. Jeżeli uważam, że coś jest do dupy, to to właśnie mówię. Zadanie jest zawsze takie samo – muszę zatrzymać uwagę na tę sekundę. Kiedyś mogłem zatrzymać nawet na pół godziny, dziś nie ma na to czasu. Dziś, jak robię billboard, to wiem, że mam te siedem sekund w najazdówce; jeśli ktoś tylko koło niego przejeżdża, to mam jeszcze mniej. – A zaskoczyła pana dyskusja, która rozwinęła się wokół kampanii „Jest OK, nie pękaj”? Zaczęto mówić, że prezerwatywa wcale nie chroni przed AIDS. – To była trochę nasza wpadka. Dzwoniłem do różnych lekarzy i mówili mi, że „tak, chroni”, ale później okazało się, że to nie jest tak do końca. Zdania były podzielone. Zgodnie z prawdą zapewne powinniśmy napisać: „Zmniejsza ryzyko zarażenia”. Dziś napisałbym w ten sposób. Gdy później miałem spotkania z młodymi ludźmi na ten temat, tłumaczyłem, że z założenia prezerwatywy można zrobić fajny akt, rytuał, który ich zbliży. To słyszałem, że się wstydzą, bo „jak to tak, przy dziewczynie”. Na moją sugestię, aby to ona założyła, słyszałem: „Jak to, ona?”. Jeśli to są dzieci, które nie rozumieją, że to jest partnerskie, to nie ma o czym mówić. Dziś samo pojęcie seksu się zmieniło. Jeśli widzę w agencji ulotkę o seksie francuskim bez prezerwatywy, jeśli seks z przygodną partnerką tak jest reklamowany, to jest to chore. Czasy się zmieniają. I tu wcale nie chodzi tylko o choroby. Jeżeli ryzykujemy swoim życiem, to OK, jeśli życiem partnera, to to już jest przestępstwo, ale jeżeli tworzymy przez przypadek życie, na którym nam nie zależy, to jest to sk… Ja się na to nie zgadzam. Jeśli przeżyje się kilka istnień własnych dzieci, to ma się świadomość, że inne dzieci tego nie doświadczą, że nigdy w życiu nie odczują, co to znaczy mieć kochających rodziców. Za tym idzie cała dyskusja o in vitro, o zabezpieczeniach. Pan Bóg, przy całej swojej światłości, nie natchnąłby człowieka pomysłem na in vitro, gdyby uważał, że to jest złe. Po to dał mu mózg, aby to wymyślił. Jak widzę, że głos w tej sprawie zabierają ludzie, którym – przy całym szacunku dla Kościoła – z racji własnej decyzji życiowej nie jest dane przytulić swoje dziecko, czy też słyszę osoby z parlamentu, które wypowiadają się, jak to powinno wyglądać, to czuję, że przed nami jeszcze wiele lat edukacji. Decyzję powinniśmy zostawić związkowi dwojga ludzi, przede wszystkim kobiecie. Najbardziej wkurzają mnie te akcje decydowania za kobietę. Mam czwórkę dzieci, odebrałem dwa porody, ale pamiętam, że kiedy jeszcze wcześniej z lekceważeniem wypowiadałem się na temat porodu, usłyszałem: „A przepchaj sobie pomarańczę przez nos, to poczujesz, jak to jest” (śmiech). – Uczestniczył pan także w kampaniach Fundacji „Porozumienie bez barier”. Jako jeden z nielicznych nie odwrócił się pan od Jolanty Kwaśniewskiej, gdy zaczęły się dyskusje wokół fundacji. – Znamy się od dawna. Jeśli komuś zależało tylko na tym, by zjeść obiad w Pałacu Prezydenckim, nie możemy tego nazwać przyjaźnią. Uważam, że to była najlepsza prezydentura, to była dwójka osób, która wyznaczyła pewien standard urzędowania. Prezydent miał swoje wpadki, ale jak się okazało, Polacy wybaczali mu je z dużą przyjemnością. Prezydentowa zaś pokazała, że może swoją pozycję idealnie wykorzystać do działalności charytatywnej.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 2009, 42/2009

Kategorie: Kultura