Na pohybel sowie Minerwy

Na pohybel sowie Minerwy

Każda epoka lubi się dopieścić swoją wyjątkowością – czy to monumentalizmem i radykalizmem przemian, czy powszechnie doświadczanym kryzysem lub łagodnym spokojem. Każda i ma rację, i jej nie ma. Domykamy, zawężamy kręgi problemów i przestrzeni, o których możemy mieć jakie takie wyobrażenie, że je rozumiemy, ogarniamy, potrafimy w nich z umiarkowanym sukcesem się poruszać.

Kosmos – wiemy, że za duży na nasze głowy, że z jego perspektywy nie istniejemy albo co najwyżej istniejemy całkowicie nieznacząco i nic nie wskazuje, żeby miało to się zmienić.

Świat – jest tak niejednorodny, że oprócz ogólnej konstatacji, że się rodzimy, chwilę żyjemy i niechybnie umieramy, niewiele więcej da się powiedzieć, bo niesprowadzalne do wspólnego mianownika są żywoty ludzi o skrajnych statusach materialnych, kulturowych, zawodowych i płciowych z najodleglejszych, choć czasami geograficznie bliskich, zakątków. Naszą wyobraźnię i rozumienie (och, jak bardzo przeszacowana to wartość) świata organizowały religie, nauka, hierarchie władzy, w tym patriarchalna dominacja. No i bieda powszechna, światowa, która – choć mamy dzisiaj moce, żeby odebrać jej wszechwładzę – abdykować ani myśli. Kapitalizm by zubożał, gdyby odebrać mu najpotężniejszy instynkt nowoczesności – nie do powstrzymania i skontrolowania – chciwość, obudowaną regulacjami, prawem pilnowanym przez armie i policje.

Europa jako pokojowy, do emerytalnego skonsumowania, projekt nawróconego pirata i wielosetletniego rzezimieszka łupiącego resztę świata, rozpływa się w chaosie, nerwobólach i własnej, do szczętu zbiurokratyzowanej obojętności.

Projekty uniwersalne, wszechogarniające, opierające się na przekonaniu, że wszyscy jesteśmy ludźmi i mamy w związku z tym identyczne prawa i przywileje, giną w oparach cyfrowej, niewidzialnej władzy nie wiadomo kogo. Władza ta bowiem, jak dzisiejsze relacje, ma postać wielowymiarowej sieci pajęczynowych połączeń. Niekiedy w opowieści oswajającej ten potworny obraz pojawia się przyswojona figura despoty – współczesnego, jak Erdoğan, Putin, Trump, czy dawnego, jak Hitler, Stalin, Mao, Pinochet. Niekiedy nawet przemknie nam przed oczyma jakaś figurka bohaterska, samotna, choć lubiana – wspomnijmy o Grecie Thunberg i jej nastoletnim krzyku klimatycznej rozpaczy. Wszystko to dekoracje czegoś, co kompletnie wymknęło się nam spod kontroli, spod władzy spójnej opowieści, co uciekło naszej (ludzkiej) największej dumie – rozumowi.

Rozum jest passé, nie łączymy go z tym, co jest, a co się kruszy – choćby światem bez wojen o wymiarze globalnym, z użyciem broni masowej zagłady. Czytałem ostatnio z grupą 20-latków „Hiroszimę” Johna Herseya, reportaż z 1946 r., drukowany wówczas w „New Yorkerze” w tajemnicy i z obawą, że nakład zostanie zatrzymany przez cenzurę wojskową. Pedantycznie odtworzone szczegóły ostatnich chwil przed wybuchem oraz sytuacji kilka dni po tej masakrze i zbrodni wojennej porażają okrucieństwem i cierpieniem tych, którzy przeżyli lub którzy umierali. Ta niezwykła książka, tłumaczona na dziesiątki języków, w milionach egzemplarzy obiegła świat i ukształtowała na dziesięciolecia przekonanie, że nie stać nas na powtórkę takiej konfrontacji. Grupa młodych czytelników podzieliła się swoim odczytaniem, że nie bardzo robi to na nich wrażenie, bo mają tak wszechobecny kontakt z kulturą obrazów przemocy w mediach i internecie, że jest to jeden z niezauważalnych epizodów, pozbawiony w ich odczuciu jakiejś wyróżniającej go wyjątkowości.

Zagłada klimatyczna nie nadchodzi tak widowiskowo. Wymagałoby zaufania nauce i wielkiego wspólnego czynu, żeby planeta ocalała. Nie zanosi się na to. Nasze kurczące się kręgi nacjonalistycznych egoizmów, powszechne kłamstwa (Morawiecki po negocjacjach w sprawie osiągnięcia neutralności klimatycznej przez Europę), nasza obojętność, brak zrozumienia wagi problemu (Duda, który podczas polskiej prezydencji na szczycie klimatycznym ONZ zamiast być właśnie tam, idzie na panel Trumpa o religii i czekając na spóźnionego Donalda, wgapia się w smartfon) stawiają pod znakiem zapytania całą naszą przyszłość, nie tylko jej jakość.

A teraz będą tradycyjne choinki, potrawy, życzenia, festiwal ludzkiej, polskiej głupoty, z którego nie wolno szydzić, bo tak chce lud. I władza przez lud wybrana. Na pohybel ci, sowo Minerwy.

Wszystkiego najlepszego przy wigilijnych, katolickich czy ateistycznych, stołach.

Wydanie: 52/2019

Kategorie: Felietony, Roman Kurkiewicz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy