Polaku, książka nie gryzie

Polaku, książka nie gryzie

Kto to jest mól książkowy, pyta rodziców małe dziecko, bo gdzieś usłyszało, że dziadek jest właśnie takim molem? Oj, będzie problem z odpowiedzią, bo tak się porobiło, że 62% Polaków nie miało przez cały rok kontaktu z żadną książką! Tak wynika z najnowszych i bardzo reprezentatywnych badań Biblioteki Narodowej i OBOP. I to jest moim zdaniem wiadomość w tym roku najgorsza. A jednocześnie najsmutniejsza, bo demaskująca nasze narodowe zadęcie i wymądrzanie jako oparte na niekontrolowanych emocjach i stereotypach, a nie na wiedzy. Bo i skąd mają ją czerpać urzędnicy, z których połowa nie przeczytała w ciągu roku tekstu dłuższego niż trzy strony. A może kieruje kimś z państwa właśnie taki menedżer lub specjalista, któremu też zabrakło czasu, by w ciągu całego roku przebrnąć przez te nieszczęsne trzy strony? Tego chroniącego oczy nawyku urzędnicy i menedżerowie nabrali już w gimnazjum. 33% uczniów nie przeczytało tam w ciągu roku żadnej książki. Co i tak jest dobrym wynikiem, bo dalej, czyli w liceum i na studiach, było już tylko gorzej. Na każdym kolejnym etapie rozwoju czyta się mniej. Niby-szkoły przekazują do niby-uczelni ludzi, którzy później będą pracować, opierając się na tych fatalnych nawykach i tej niby-wiedzy. Koszmarny stan. Nie jest to jeszcze powrót do podpisywania się krzyżykami, ale jak na wymagania cywilizacyjne XXI w. wielki to wstyd i wielka sromota. Rzadkie słowo, jeszcze z epoki rozwiniętego czytelnictwa bliskiej, jak mniemam, czytelnikom „Przeglądu”. Nie jest to z mojej strony podlizywanie się, bo sądzę, że większość z naszych czytelników jest w elitarnej grupie czytających więcej niż sześć książek rocznie. Elitarnej, bo tylko 12% Polaków ma taki pociąg do książek, że co dwa miesiące jakąś przeczyta. Dobrze, że przynajmniej ta grupa trzyma się jeszcze europejskich obyczajów. Choć daleko nam do braci Czechów, u których regularnie czyta 80%, czy Francuzów z 70% czytających.
Historia zatoczyła koło. Po 1989 r. odrzucono fanaberie Polski Ludowej, która, po tym jak wygrała bitwę z analfabetyzmem, dała ludziom tanią i masową książkę, która powędrowała pod strzechy. I to dosłownie. Stworzono kanon lektur, które w milionowych nakładach trafiały na półki nowo tworzącej się inteligencji. A tysiące wykształconych po wojnie polonistów zatruwały umysły młodych Polaków książkami Mickiewicza, Norwida, Słowackiego czy Prusa, a później Witkacego i Gombrowicza.
Niestety wolny rynek nie zna pojęcia tania książka. Co więc dziś może przeczytać mieszkaniec wsi lub małego miasteczka o niskich dochodach, emeryt lub rencista, bezrobotny? Lista wykluczonych z dostępu do dobrej książki jest długa. Był czas, gdy ten problem jakoś rozwiązywały liczne biblioteki. Ale podupadły, gdy wygrała filozofia, że z książek najważniejsza jest książeczka czekowa. Czas szybkich fortun naturszczyków minął bezpowrotnie. Świat poszedł w stronę wiedzy. A my? Pomnik należy się Irenie Koźmińskiej za program „Poczytaj mi, mamo”. Bo czy ktoś sam nieczytający może wychować dziecko, które będzie miało nawyk czytania? A kolejny obelisk czeka na tego, kto znowu wprowadzi biblioteki do gmin i powiatów. Nowoczesne i dostępne dla wszystkich chętnych. Z internetem, ale też z bibliotekarzem, który będzie w stanie od nowa obudzić w Polakach chęć czytania.

Wydanie: 9/2011

Kategorie: Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy