Polityczne Westerplatte

Polityczne Westerplatte

Gdyby naszej dyskusji z ostatnich tygodni przysłuchiwał się jakiś przybysz z obcej planety albo chociażby młody Amerykanin, w historii Europy słabiej zorientowany, musiałby dojść do wniosku, że na Westerplatte w 1939 r., a później na całą Polskę napadli Rosjanie, a udział płk. Putina w tym wszystkim nie do końca jest jasny, choć niewykluczone, że w tym wszystkim jakiś, być może niewielki, udział mieli też Niemcy.
To zachwianie proporcji oczywiście można tłumaczyć tym, że Niemcy do swych win w II wojnie światowej dawno już się przyznali (choć są w Polsce środowiska, które uważają, że nie do końca, wskazując na rzeczniczkę wypędzonych Erikę Steinbach jako na dowód tezy zgoła przeciwnej), razem z Niemcami dzielimy członkostwo w UE i NATO. Rosja tymczasem do dziś ma trudności z rozliczeniem się ze swoją przeszłością i nie bardzo potrafi określić swą relację z ZSRR.
Trzeba przyznać, że nie jest to łatwe. W II wojnie światowej zginęło wiele milionów Rosjan. Armia sowiecka była najliczniejszą z biorących udział w tej wojnie. Nie ma zapewne takiej rodziny w Rosji, w której ktoś nie zginąłby w tej wojnie albo nie walczył z Niemcami. Wielka wojna ojczyźniana to nie tylko wymysł sowieckiej propagandy, ale osobiste doświadczenie milionów rosyjskich rodzin.
Mit zwycięstwa nad faszystowskimi Niemcami był bodaj najsilniejszym rosyjskim mitem. Był dumą wszystkich Rosjan. Podtrzymywany latami, upiększany przez propagandę, stał się stałą częścią składową rosyjskiej pamięci narodowej. Większość Rosjan nie wie (część może nie chce wiedzieć), że 17 września 1939 r. wkraczając do Polski, pomogli Hitlerowi. Nie wie o masowych wywózkach na Sybir, o masowych mordach polskich oficerów. Dla nich 17 września to data „wyzwolenia Zachodniej Ukrainy i Białorusi od panowania polskich panów” i zjednoczenia tych radzieckich wówczas republik. Do dziś tak 17 września jest świętowany na Białorusi!
Kłamstwa w sprawie paktu Ribbentrop-Mołotow, w sprawie represji na polskich Kresach Wschodnich, zbrodni katyńskiej, najbezczelniej przez lata przypisywanej Niemcom, obowiązywały w ZSRR aż do czasów pierestrojki i głasnosti. Dopiero na początku lat 90. władze rosyjskie przyznały się do zbrodni katyńskiej, wskazały też inne miejsca masowych mordów polskich oficerów, policjantów, funkcjonariuszy państwowych: Miednoje, Charków i inne. Jelcyn przekazał też pierwsze dokumenty w tej sprawie. Na terenie Rosji, z którą stosunki mamy takie, jakie mamy, udało się urządzić cmentarze wojenne w Katyniu i Miednoje. Tylko dla porządku przypomnę, że mimo rzekomo znakomitych stosunków z Ukrainą do dziś nie udało się nie tylko urządzić cmentarza, ale nawet postawić krzyża z polskim napisem w podkijowskiej Bykowni. Nie udało się, bo Ukraińcy się nie zgadzają. Nie, bo nie.
Wystąpienie Putina na Westerplatte poprzedzone było w Rosji „ostrzałem medialnym”. Ukazywały się jakieś idiotyczne programy w telewizji, a Służba Wywiadu wydała nawet stosowną książkę. Rzeczywiście działalność edytorska wywiadu to coś nowego, dotąd wywiad rosyjski kojarzył nam się zgoła z czymś innym niż wydawanie książek. Z tych audycji i książki dowiedzieć się można było, że Polska też spiskowała z Hitlerem, czego dowodem są tajne protokoły do paktu o nieagresji z 1934 r., o których słyszał jakiś agent sowieckiego wywiadu. Dalej, Służba Wywiadu stosując metodologię badań zapożyczoną od naszego IPN, ogłosiła, że min. Beck był szpiegiem niemieckim, Mikołajczyk zaś brytyjskim. Nie wysilił się wywiad mocarstwa. Przeoczył widać, że endecja w Polsce od dawna głosiła, że Piłsudski był agentem austriackim, piłsudczycy zaś podejrzewali Sikorskiego, że był agentem francuskim. Szkoda, że nic nie powiedzieli przy tej okazji (a materiały przecież mieli) na temat agenturalnych powiązań Bieruta i Żymierskiego. To byłoby ciekawsze.
Dobrze, że nasi politycy – chwała im za to – powstrzymali się od polemiki z tymi bzdurami. Zresztą, jak łatwo było się domyślić, ta rosyjska propagandowa hucpa miała stworzyć tło dla wystąpienia Putina. Tło i kontrast. Rzeczywiście, zarówno tekst Putina opublikowany w „Gazecie Wyborczej”, jak i przemówienie na Westerplatte ostro kontrastowały z tym tłem. Putin nic nie plótł o agentach, przypomniał, że Duma już w latach 90. potępiła pakt Ribbentrop-Mołotow, i wyraził nadzieję, że inne państwa również potępią swe pakty zawarte z Hitlerem. Z kontekstu wynikało, że ma na myśli zarówno układ monachijski z 1938 r., gdzie demokratyczne mocarstwa zachodnie zgodziły się na rozbiór Czechosłowacji, a także rozbiór Czechosłowacji, w którym udział wzięły też Polska i Węgry. Oczywiście, w przeciwieństwie do tego, co działo się na polskich kresach po 17 września 1939 r., po zajęciu przez Polskę czeskiego Zaolzia czy słowackiej Jaworzyny nie mordowano tam masowo wojskowych ani policjantów, nie było wywózek, łagrów ani masowych aresztowań. Ale sam udział w rozbiorze Czechosłowacji, pospołu z Hitlerem, chwały nam nie przynosi. Prezydent Kaczyński nazwał to delikatnie „grzechem”. Niech tak będzie.
Swoje wystąpienie na Westerplatte Putin zakończył optymistycznie: „Mam nadzieję, że relacje między Rosją oraz Polską będą uwolnione od problemów przeszłości i będzie można budować nowe relacje w oparciu o współpracę, której te dwa wielkie narody europejskie są warte”. O ile w przemówieniu Putina brakło jednego zdania przeprosin za Katyń i cierpienia wywiezionych do łagrów, to w przemówieniu Kaczyńskiego było o kilka zdań za dużo. Aluzje do Gruzji, w kontekście imperializmu hitlerowskiego i stalinowskiego, były mocno ryzykowne, zważywszy, że mówiono je w oczy zaproszonemu gościowi. Mocno ryzykowne z historycznego punktu widzenia, a dyplomatycznie zupełnie niedopuszczalne było twierdzenie, że Katyń był dziełem nie komunizmu, ale szowinizmu, że był zemstą za rok 1920. Katyń był jednym z epizodów stalinowskiego ludobójstwa, którego ofiarą padały całe narody, ale też miliony Rosjan, w tym cała elita wojskowa ZSRR wymordowana w 1938 r. Przeciwstawiając komunizm szowinizmowi, prezydent RP świadomie czy nie, obciążył za zbrodnię katyńską nie komunistyczne władze ZSRR, ale Rosjan!
Fatalne było też zakończenie wystąpienia prezydenta Kaczyńskiego, w którym pouczył Putina, że to, co on robi, stawiając rzekomo na jednej płaszczyźnie „decyzję o zamordowaniu 30 tys. ludzi i epidemię tyfusu lub innych chorób”, to nie jest droga do pojednania. Chodzi tu o zdanie Putina z tekstu w „Gazecie Wyborczej”. Brzmiało ono tak: „zarówno cmentarze pamięci Katyń i Miednoje, podobnie jak tragiczne losy żołnierzy rosyjskich, którzy dostali się do niewoli podczas wojny 1920 r., powinny stać się symbolem wspólnego żalu i wzajemnego przebaczenia”.
Nie da się wzajemnych win zważyć i zmierzyć, a na koniec zrównoważyć. Każde porównanie krzywd będzie ułomne. Nie ma innej drogi do pojednania niż „wybaczenie i prośba o wybaczenie”. Nie można lekceważyć śmierci tysięcy (ilu ich było: kilkanaście tysięcy, kilkadziesiąt? – o to spierają się historycy) jeńców radzieckich, którzy nie przeżyli polskiej niewoli. Zgodnie z prawem narodów ten, kto bierze jeńca, ponosi odtąd za niego pełną odpowiedzialność. Nie da się wszystkiego zwalić na „tyfus i inne choroby”. Zresztą mordowanie jeńców w wojnie 1920 r. miało miejsce po obu stronach. Wystarczy poczytać Babla albo powieści niesłusznie zapomnianego Stanisława Rembeka „Nagan” lub „W polu”. A może warto przypomnieć wymordowanie w 1919 r. sowieckiej misji Czerwonego Krzyża?
Tak czy owak, prezydent Kaczyński starał się bohatersko bronić Westerplatte przed Putinem. Bronił tak zajadle, że nawet nie zauważył, że Putin wcale nie naciera.
Nie zauważył, że słowa „to nie jest droga do pojednania” odnoszą się bardziej do niego samego.

Wydanie: 36/2009

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy