Polityk nie jest od kazań

Polityk nie jest od kazań

Po wyborach nie będzie dla rządu żadnej taryfy ulgowej ani okresu przejściowego

Rozmowa z Aleksandrem Kwaśniewskim, Prezydentem Rzeczypospolitej Polskiej

– 4 czerwca 1989 r. Moment, który zmienił oblicze Polski. Z perspektywy 12 lat, jakie minęły od tamtego czasu, co pan zapamiętał najmocniej?
– Tamten 4 czerwca był wielkim plebiscytem, w którym Polacy, po raz pierwszy od prawie pół wieku, mogli otwarcie powiedzieć, czego chcą od państwa. Jakiego rozwoju oczekują. Nie zmienia tego fakt, że wybory odbywały się do Sejmu kontraktowego, że tylko Senat był wybierany w pełni swobodnie.
– Senat to pomysł właśnie Aleksandra Kwaśniewskiego?
– To prawda. I między innymi właśnie dlatego w 1989 r. startowałem w wyborach do tej izby parlamentu, a nie do Sejmu. Uważałem to za moralny obowiązek. Przegrałem zresztą wtedy, jak prawie wszyscy kandydaci spoza obozu “Solidarności”, ale uzyskałem, licząc oddane głosy, 101. wynik w skali kraju…
– …a mandaty uzyskiwało 100 senatorów.
– No właśnie. Pamiętam rozmowę z profesorem Geremkiem tuż po wyborach, który, kiedy usłyszał, że nie będę w Senacie, zapytał mnie, z kim przegrałem w swoim województwie. Powiedziałem, że z kandydatką Komitetu Obywatelskiego, Gabrielą Cwojdzińską, a on na to z błyskiem w oku: “No tak, Gabrysia to bardzo zasłużona dla nas osoba. Wyniosła w czasie stanu wojennego sztandar »Solidarności«”.

Ludzie chcieli tej zmiany
– Czy wyciągnął pan z tego plebiscytu istotne wnioski?
– Nie tylko ja. Myślę, że większość ówczesnej władzy dobrze zrozumiała, że po 4 czerwca Polska będzie już całkowicie inna niż dotychczas. I nie należy się przed tym bronić. Głosami ludzi zapadł wyrok historii.
– Najmocniejsze wspomnienie z tego okresu?
– Wiąże się właśnie ze zrozumieniem faktu, że PRL już nie ma. Brałem udział w kampanii wyborczej w dawnym województwie koszalińskim i wszędzie było widać nadchodzącą zmianę. Pamiętam zwłaszcza swoją wizytę w Koszalińskich Zakładach Elektronicznych. Była tam młoda i dobrze wykształcona załoga, ludzie, którzy rozumieli więcej niż, powiedzmy, przeciętny Polak. Rozmawiałem z nimi i czułem nie tyle wrogość, co obojętność. Chyba właśnie tam zrozumiałem, że strona rządowa musi te wybory przegrać, że coś się ostatecznie skończyło. Polacy chcieli demokracji, mądrzej zorganizowanej gospodarki, ale też potrzebowali zmiany ekipy u steru państwa, nowych twarzy na szczytach władzy. Dialogu, a nie dyktatu politycznego. Mieli dość kolejnych wypaczeń, samokrytyk itd.
– Jak na wyniki wyborów reagowali politycy? Po ówczesnej stronie rządowej i po stronie “Solidarności”?
– Bardzo różnie. Dla wielu osób rezultaty elekcji były szokiem. Partyjni pochlebcy nie przewidywali klęski. Ale nawet tzw. beton nie domagał się, by zawracać koło historii. Już prędzej takie myśli przychodziły do głowy co poniektórym działaczom ugrupowań współpracujących z PZPR. Pamiętam np. płynące stamtąd sugestie, by fakt przekreślania przez część głosujących listy krajowej jednym pociągnięciem długopisu czy ołówka potraktować jako naruszenie ordynacji wyborczej i z tego powodu podważyć wyniki elekcji. Ale Wojciech Jaruzelski od razu odrzucił takie pomysły. Bez chwili wahania.
– A większość ekipy, która była wtedy u władzy?
– Ci, którzy pracowali wspólnie z “Solidarnością” przy Okrągłym Stole, wiedzieli, że etap socjalizmu w historii Polski minął. Ja też tak uważałem. Wiedziałem, że rola PZPR, jako struktury niedemokratycznej, jest skończona.
A działacze Komitetu Obywatelskiego “Solidarności”?
– Niektórzy byli trochę przestraszeni wielkością swojego sukcesu. Sam usłyszałem takie stwierdzenie z ust jednego z liderów “Solidarności”: “Być może wygraliśmy za dużo”. Zaskoczenie wywołała zwłaszcza klęska tzw. listy krajowej, na której było prawie całe ówczesne kierownictwo PZPR. To był także problem prawny, bo według konstytucji, Sejm musiał mieć 460 posłów. Toczyły się w tej sprawie gorączkowe, zakulisowe rozmowy z “Solidarnością” pod hasłem: jak wybrnąć z tego impasu.
Kto zachował zimną krew i dostrzegł w tym punkt wyjścia do nowego politycznego rozdania?
– Pragmatycznie i z wyobraźnią zachowało się wielu polityków “Solidarności”, a symbolem takiej postawy pozostanie na pewno Adam Michnik, który rzucił wówczas propozycję: “Wasz prezydent, nasz premier”. Był to najlepszy kompromis w tamtym momencie historii. Ale byli po solidarnościowej stronie i tacy, których zdominowała euforia.
Mógłby pan porównać i ocenić ówczesnych działaczy po obu stronach barykady i polityków z roku 2001? Jak dalece zmieniła się polska klasa polityczna?
– Używanie określenia “klasa polityczna” wobec tych, którzy w 1989 roku wchodzili do parlamentu, byłoby sformułowaniem na wyrost. Część tych osób miała, oczywiście, swoje doświadczenia polityczne: niektórzy ze sprawowania władzy w latach 80., inni z dziesięciu lat działania w opozycji solidarnościowej, od 1982 r. w podziemiu, jeszcze inni, jak Leszek Moczulski, który kontestował Okrągły Stół i wszedł do parlamentu w 1991 r., z wieloletniej aktywności w ugrupowaniach antykomunistycznych. Ale zawodowej grupy polityków wtedy nie było. To, co uważam za polski sukces i fenomen w skali światowej, to fakt, że pomimo braku doświadczenia i zawodowych polityków w nowoczesnym tego słowa znaczeniu zapewniliśmy Polsce transformację systemu bez krwi i gwałtownych konfliktów, bez napięć, a z impulsami rozwojowymi, które przed reformami Balcerowicza zaczął gospodarce dawać już także rząd Mieczysława Rakowskiego. Wiele innych krajów naszego regionu do dziś marzy o takich ustawach, np. dotyczących przedsiębiorczości, pieniądza czy podatków.
Niedoświadczeni politycy potrafili zatem wznieść się w 1989 r. na szczyty swoich możliwości, dali Polsce najlepsze z rozwiązań w tamtych warunkach. Dziś – jak pan mówi – klasa polityczna już istnieje. Jest doświadczenie, którego nie było. Czyli – potencjalnie znacznie lepsze możliwości działania na rzecz dobra wspólnego. A jednak zwyczajni ludzie narzekają na polityków. Może nawet bardziej niż kiedyś…
– Niekoniecznie oznacza to gorszą jakość polityków. Po pierwsze, Polacy mają za sobą od tamtego czasu już czterokrotne wybory parlamentarne, trzykrotne wybory prezydenckie i trzykrotne wybory samorządowe, nie licząc referendów w sprawie uwłaszczenia czy nowej konstytucji. Mają większe wymagania, są bardziej krytyczni. I to dobrze. Po drugie, część z nas jest już trochę zmęczona polityką, ciągłym odwoływaniem się do obywateli w sprawach państwa – przypominam, że częściej niż raz w roku chodzimy w jakiejś sprawie głosować. To znużenie sprawia, że bywamy czasami w ocenie polskiej klasy politycznej niesprawiedliwi.
Czyli ceni pan profesjonalizm współczesnych polityków?
– Na pewno są to politycy już w znacznej części doświadczeni. Wielu ma za sobą długi staż parlamentarny, doświadczenie rządowe. Nie ma poważnego ugrupowania, które nie uczestniczyłoby w rządach ostatnich dziesięciu lat. Nawet Platforma, która chce epatować świeżością, organizowana jest przez marszałka Sejmu, Senatu, byłego ministra. To zmusza do odpowiedzialności, ogranicza populizm, i mam nadzieję, będzie powodować szacunek dla politycznych rywali. Polska ma dużo więcej profesjonalnych, sprawdzonych polityków aniżeli wiele innych państw transformujących się.

Polityka to też doświadczenie
– A może warto by jednak wrzucić do tego stawu z politykami trochę świeżych ryb? Dla ożywienia polityki?
– Zgoda. W tegorocznych wyborach parlamentarnych problem ten być może jeszcze ostro się nie ujawni, ale za następne cztery lata przewiduję zbiorowe wołanie o nowe twarze w polityce. Choć przestrzegam przed zbyt częstą wymianą elit. Polityka to także doświadczenie. Pamiętam swoją wizytę poselską na początku lat 90., razem z marszałkiem Chrzanowskim, w Niemczech. Podczas oficjalnej kolacji obok mnie posadzono panią Anne Marie Renger, wielką postać socjaldemokracji niemieckiej. Podczas rozmowy usłyszałem od niej, że była deputowaną do Bundestagu przez 36 lat! Zrobiło to na mnie ogromne wrażenie, bo akurat wtedy miałem dokładnie… 36 lat. A potem usłyszałem od pani Renger, że przez 18 lat była w prezydium Bundestagu, a przez dziewięć lat przewodniczącą niemieckiego parlamentu. Pomyślałem wtedy: ciekawe, kiedy Polska dożyje takiej sytuacji, także takiej stabilności kadr w polityce.
– Jesteśmy na dobrej drodze?
– W jakimś sensie tak. Izabela Sierakowska jest członkiem polskiego Sejmu już lat 12. Danuta Waniek ma staż dziesięcioletni. Jacek Piechota, uważany ciągle w SLD za tzw. młodego polityka, ma staż poselski bodaj 16-letni. Jeśli popatrzymy na inne ławy poselskie, zobaczymy podobny obraz. Jan Maria Rokita jest posłem od 1989 r., właśnie od wyborów z 4 czerwca. To samo dotyczy Bronisława Geremka. Można by wyliczać długo. Weszliśmy w etap stabilizacji klasy politycznej.
– Czy to na pewno dobrze w polskich warunkach?
– Zła strona takiego zjawiska to odzywające się zmęczenie polską klasą polityczną. Wykorzystuje to umiejętnie Platforma Obywatelska, której liderzy trafnie uznali, że po 12 latach transformacji układ polityczny się na tyle ustabilizował – i przy okazji znudził części wyborców – że trzeba wymyślić coś nowego. Na razie to działa.
– Nie ma pan wrażenia, że brakuje nam w Polsce politycznych autorytetów?
– Autorytety powstają w konkretnych warunkach. Częściej w warunkach nadzwyczajnych niż wtedy, kiedy wszystko przebiega normalnie lub w miarę normalnie. Z tego punktu widzenia dzisiejsze polskie realia nie ułatwiają kreowania takich postaci. I powiem więcej. Wcale nie tęsknię za takimi warunkami, które wyłaniałyby w przyspieszonym tempie autorytety, bo to oznaczałoby, że znowu wchodzimy w etap konfliktów, wielkich politycznych sporów, bitwy o prawdę. Z drugiej strony, nie zgadzam się z tezą, że nie mamy już w ogóle w Polsce polityków, których głosu z uwagą słuchamy. Są tacy w każdym ugrupowaniu. W SLD to chociażby Leszek Miller, Marek Borowski, Włodzimierz Cimoszewicz, Józef Oleksy, Krzysztof Janik. W Unii Wolności wielkim autorytetem politycznym i moralnym, kto wie, czy nie najlepszym symbolem minionych 12 lat, jest Tadeusz Mazowiecki, premier po wyborach 1989 r. Przez cały ten czas wykazał się wspaniałą postawą etyczną, wielkim patriotyzmem i cierpliwym dążeniem do porozumienia.
– To na pewno nie cała lista?
– Oczywiście, że nie. W Unii Wolności jest też wielki Jacek Kuroń, mimo że od kilku lat z powodu choroby nie uczestniczy na co dzień w bieżącym życiu politycznym, są Bronisław Geremek i Hanna Suchocka. Z tego samego środowiska wywodzi się Barbara Labuda, dziś minister w mojej Kancelarii, która co jakiś czas mówi rzeczy, o których dyskutuje cała polska klasa polityczna – zarówno ci, którzy zgadzają się z jej tezami, jak i ci, którzy ich zdecydowanie nie akceptują. Jest Wiesław Chrzanowski, Jan Olszewski, z których poglądami się nie zgadzam, ale którzy pozostają na polskiej prawicy autorytetami. O wielkim zmyśle państwowym mogę mówić, kiedy pojawia się nazwisko Artura Balazsa, także polityka prawicowego. I to też nie koniec listy.

Marketing nie zastąpi programu
– Jest pan politykiem o najwyższych wskaźnikach popularności i zaufania. Specjaliści od kreowania wizerunku mówią, że to także efekt charyzmatycznej osobowości. Myśli pan, że charyzma ma w dzisiejszej polityce duże znaczenie?
– Charyzma, a może raczej osobowość polityka, będzie miała znaczenie coraz większe. Pamiętajmy, że coraz więcej kontaktów ze społeczeństwem odbywa się poprzez środki masowej komunikacji, a przede wszystkim poprzez telewizję. Ważne staje się nie tylko to, co polityk mówi, ale jak mówi, a zwłaszcza, jaki kontakt potrafi nawiązać ze swoimi wyborcami. Ale – przestrzegam – nie pomogą politykowi w zdobyciu tego, co nazywamy rządem dusz, żadni wizażyści czy inni specjaliści od tzw. public relations. Wszelkie opowieści o tym, że nawet z kurczaka zdolny spec od reklamy zrobi partyjnego lidera, trzeba włożyć pomiędzy bajki. Kamera telewizyjna, mikrofon natychmiast wychwytują każdy fałsz, grę zamiast szczerości. Pokazały to także wybory prezydenckie blisko rok temu. Politycy, którzy uwierzyli, że spece od politycznego marketingu zastąpią im program dla ludzi i chęć zrobienia czegoś dla kraju, przegrali – i to dramatycznie – przy urnach wyborczych. Ludzie nie kupują dziś kota w worku albo pustki ukrytej w eleganckim opakowaniu.
– Pan nie stosował żadnych wyborczych tricków?
– Nie i jeszcze raz nie! Po pierwsze, z szacunku wobec wyborców. A po drugie, żeby obalić tezy moich rywali, że poprzednie wybory wygrałem, bo nosiłem niebieskie koszule i soczewki kontaktowe, których nigdy nie miałem. W kampanii wyborczej 2000 r. właśnie dlatego ani nie schudłem, ani nie nosiłem błękitnych koszul i też wygrałem, i to od razu w pierwszej turze. Powtarzam. Ludzie doskonale czują, czy polityk ma coś w głowie, czy nie. Czy naprawdę ludzi szanuje i lubi, czy wyborcy potrzebni mu są tylko dla egoistycznych celów. Można wyglądać jak Robert de Niro czy Gary Cooper i nie osiągnąć nawet jednego procenta głosów. Wyborcy są mądrzejsi, niż politycy myślą.
– Pozostaje pytanie, czy polityk to zawód czy raczej misja, rodzaj powołania?
– To zawód jak każdy inny, ale też i coś więcej. Z tym, że dotyczy to każdego zajęcia, jakie wykonujemy. Po prostu, zarówno dobrym politykiem, jak i dobrym chirurgiem, dobrym dziennikarzem czy np. dobrym duchownym można być tylko wtedy, kiedy ma się w sobie coś więcej niż tylko zdolność do wykonywania konkretnej profesji. Czyli talent, ale też poczucie misji, której się człowiek oddaje.
– Misja, czyli co?
– Powiem tak: polityk, którego interesują wyłącznie stanowiska czy własny życiorys, wcześniej czy później musi przegrać. Polityk, który zajmuje się tylko sobą i swoimi kolegami, też przepadnie. Zostaną – w ludzkiej pamięci, ale przede wszystkim w efektach dla kraju – ci z polityków, którzy będą umieli coś ważnego zrobić dla innych. Nie wystarczy nawet powiedzieć, że ktoś pracował bardzo uczciwie. Historia tego nie zapamięta.
– A kto zapisze się w ludzkiej pamięci?
– Polityk, który bez obaw będzie mógł ludziom powiedzieć: przez dziesięć lat pracowałem bardzo ciężko i dzięki temu macie dzisiaj poczucie międzynarodowego bezpieczeństwa, dobre kontakty z sąsiadami, macie rozwój gospodarczy, nowoczesną konstytucję i perspektywy na przyszłość. Czyli pokonaliśmy kamienie milowe w dziejach kraju. Tak realizuje się misję w polityce.

Samotność w zespole
– Polityk bywa samotny? Czy pan odczuwa coś takiego w swoim działaniu?
– W istocie polityk samotny jest prawie zawsze. Zwłaszcza jeśli sprawuje wysokie urzędy, nie wiem, prezydenta, premiera, ministra. Tego stanu tak naprawdę nie można zmienić. Wszystkie systemy – nie mówię tu o parlamentaryzmie – które opierają się na zbiorowym myśleniu i zbiorowym podejmowaniu decyzji, muszą przegrać, bowiem zbiorowa mądrość oznacza także, chce się tego czy nie, zbiorową nieodpowiedzialność. Dlatego nie mam wątpliwości, że polityk – zwłaszcza w systemie demokratycznym, gdzie wyborca potem rozlicza go z podejmowanych działań – musi wiedzieć, że jego podpis pod konkretnym dokumentem, ogłoszenie decyzji w jakiejś sprawie są jego osobistym wyborem, a nie kogoś, na kogo w razie potrzeby będzie można wskazać palcem i powiedzieć: to nie ja, to kolega.
– Taka świadomość nie męczy?
– Płaci się za to wysoką cenę. Stresami, złym snem, wątpliwościami, czy na pewno każdy krok był racjonalny i dobry dla ludzi, czy wyborcy dobrze zrozumieją intencje polityka. Siwieją przy okazji włosy, trzeba wysłuchiwać setek krytycznych uwag, bardzo często niesłusznych. Cena rządzenia jest wysoka. Ale, powtarzam, tak musi być.
– Nie ma w polityce miejsca dla pracy zespołowej?
– Ależ jest! Nie ma żadnej antynomii pomiędzy samotnością polityka w momencie podejmowania ostatecznej decyzji a rządzeniem w grupie, z gronem współpracowników, na których można polegać. Są dwa momenty, kiedy bez własnego zespołu, ale także bez kontaktu z wyborcami, polityk znaczy niewiele. Po pierwsze, kiedy wypracowywana jest opinia w konkretnej sprawie. Trzeba umieć wtedy zebrać wokół siebie najlepszych ekspertów, skorzystać z badań socjologicznych, mieć przy swoim boku osoby, które będą wiedziały wszystko o przesłankach i skutkach danego kroku. Ale to jest nawet mniej ważne. Bardziej istotna jest umiejętność współpracy ze społeczeństwem, zrozumienia potrzeb ludzi, w imieniu których się rządzi. Podejmowanie decyzji w polityce to nie kupno garnituru dla jednego człowieka, najlepiej jeszcze dla siebie. Wszystko, co robi się, uczestnicząc we władzy, robi się dla milionów ludzi. Nie można traktować ich w protekcjonalny sposób, na zasadzie: ja za was rządzę, to wiem lepiej. Trzeba ze społeczeństwem rozmawiać w rozmaitych formach, dowiadywać się nieustannie, co ludzie myślą, przekonywać ich co do sensu podejmowanych decyzji. To jest prawdziwa gra zespołowa.
– Nie ma miejsca na kroki podejmowane wbrew nastrojom społecznym?
– Bywają takie sytuacje, kiedy polityk musi zachować się jak lekarz na ostrym dyżurze. Nie ma czasu z pacjentem negocjować, trzeba go leczyć i koniec. Ale to może być jeden, dwa procent podejmowanych w polityce decyzji. Ja nawet powiedziałbym tak opinii publicznej: każdy polityk, który wygłasza do was kazania, zamiast z wami rozmawiać, nie jest tym, na kogo powinniście głosować. On zawsze będzie działał ponad waszymi głowami.
– Niektórzy mówią, że społeczeństwa nie dorastają do wyzwań czasu, że politycy muszą wybiegać daleko naprzód…
– Wizjonerem może być filozof, mentor, ale nie polityk, który ma służyć ludziom tu i teraz. Nie oznacza to, że może być pozbawiony wyobraźni. Oczywiście, potrzebne są nam osoby, które prezentują idee tak śmiałe, że niezrozumiałe dla większości zwykłych ludzi. Które otwierają bramy do nowych etapów rozwoju ludzkości. Które dostrzegają gdzieś, na samych krańcach horyzontu, nową perspektywę. Ale oni nie będą dobrymi politykami. Bo nie zorganizują wysiłku społecznego.

Wyzwanie globalizacji
– Polscy politycy różnią się od swoich zachodnich kolegów?
– Jeśli mowa o technice sprawowania władzy, o działaniach marketingowych w polityce, wielkich różnic już nie ma. Jedno odróżnia nas wyraźnie. W Polsce politycy pozostają nadal bardziej wrażliwi na bezpośredni kontakt z wyborcą. Na Zachodzie polityka odbywa się via telewizja, Internet itd. Ale słabsi jesteśmy w wiedzy np. o Unii Europejskiej i mechanizmach jej działania. Nic w tym dziwnego. Unijni liderzy praktykują działanie w strukturach europejskich od kilkunastu, a nawet kilkudziesięciu lat, my zaczynamy.
– Czy politycy mają świadomość, że żyją w erze globalizacji?
– Zacznijmy od tego, że globalizacja nie jest dziełem polityków. To przede wszystkim efekt zmian w technologii i rewolucji informatycznej, ale także zbiorowej konstatacji, że są wartości uniwersalne w świecie, wspólne nawet dla tak różnych środowisk jak choćby wyznawcy wielkich religii. Człowiekiem, który jako jeden z pierwszych to dostrzegł, był zresztą Jan Paweł II. A politycy musieli globalizację po prostu zaakceptować.
– Polscy politycy to rozumieją?
– Stoi przed nimi wielkie wyzwanie, jak rządzić, by Polska nie była jedynie konsumentem, odbiorcą globalnych standardów, ale potrafiła też do tego procesu wnosić swoje wartości, swoje pomysły. Z drugiej strony, myślę czasem, że mamy łatwiej niż inni. Ponieważ przez długi czas, nawet od okresu rozbiorów, byliśmy cywilizacyjnie opóźnieni dzisiaj dzięki globalizacji mamy wyjątkową szansę szybszego nadrobienia tego dystansu. Nie musimy budować komputerów pierwszej generacji, możemy mieć od razu najlepsze. Dotyczy to Internetu, komunikacji, nowoczesnych technologii w produkcji. To dla polskich polityków wielkie wyzwanie – jeżeli do tego wykształcimy ludzi, przygotujemy nowe pokolenia do nowych czasów, to Polska może skorzystać ze swoistej renty zapóźnienia. Sądzę, że większość polityków w naszym kraju to rozumie. A im mniej będzie w tej naszej pogoni za światem globalnym elementów ciasnego nacjonalizmu, tym lepiej. Dlatego lepiej do realizacji tego zadania przygotowana jest dzisiaj pragmatyczna lewica niż liderzy skrajnej prawicy.

Nowy styl rządzenia
– Najbliższe wybory wniosą coś nowego do jakości klasy politycznej w naszym kraju?
– Rok 2001 jest nadzwyczaj istotny, ponieważ w Polsce po 12 latach transformacji zamyka się cykl rządzenia. Nie ma już żadnego ugrupowania politycznego, które nie uczestniczyło w rządzeniu krajem lub – w wypadku Platformy Obywatelskiej – którego liderzy nie mieli doświadczenia tego typu. Wszyscy przeżyli także gorycz tego rządzenia i porażek. Podnosi to, moim zdaniem, poziom debaty politycznej. Niełatwo bowiem obrzucać się wzajemnie gołosłownymi zarzutami, że ktoś źle rządził, trudniej dezawuować siebie nawzajem. A jeśli czegoś Polacy od polityków potrzebują, to przede wszystkim tego, by zamiast zajmować się sobą i kłótniami w swoim gronie, zaczęli skutecznie organizować wysiłki społeczne na rzecz dobra nas wszystkich. Po to w ogóle powstała polityka.
– Zakłada pan zasadniczą zmianę w układzie rządzącym po głosowaniu 23 września?
– Sondaże, codzienna lektura gazet, rozmowy z Polakami wskazują, że na pewno nastąpi odwrócenie tendencji. Widać, że Polacy są znużeni, sfrustrowani, a nawet zniesmaczeni sposobem rządzenia w ostatnich czterech latach. Niekonsekwencją działań władzy, urzędowym optymizmem, arogancją i wewnętrznymi kłótniami. Ludzie chcą zmiany i na tej chęci skorzystają dwa ugrupowania, Sojusz Lewicy Demokratycznej i Platforma Obywatelska, bo proponują wyborcom coś innego niż AWS. Ja też oczekuję, że nowy rząd zaproponuje nam przede wszystkim inny styl rządzenia – inny sposób rozmowy z ludźmi, inny sposób działania, inne relacje wewnętrzne, co sprawi, że Polacy znowu uwierzą, że są traktowani poważnie, informowani o sprawach ważnych, że zakończą się spory na szczytach władzy, których zwyczajny obywatel po prostu nie potrafi zrozumieć.
– Możliwe jest zwycięstwo lewicy zapewniające ponad 50% miejsc w parlamencie?
– To prawdopodobne, ale nie przesądzone. Zależy m.in. od mobilizacji elektoratu.
– A jeśli konieczna byłaby polityczna koalicja w nowym Sejmie?
– Za wcześnie na takie debaty. Jedno jest pewne. Dla budowania nowego układu rządowego zasadniczym kryterium powinien być stosunek konkretnego ugrupowania czy poszczególnych polityków do UE. Szansą na rozwój Polski jest bowiem nasze członkostwo w zjednoczonej Europie. Rozmawiałem na ten temat podczas niedawnej wizyty króla Hiszpanii w Polsce. Okazuje się, że Madryt na swoim członkostwie w Unii zyskuje netto 9 mld dolarów rocznie! Ta suma to jedna czwarta polskiego budżetu. Jako kraj o podobnej liczbie ludności i jeszcze większym opóźnieniu w rozwoju cywilizacyjnym mamy szansę na podobne pieniądze. Dlatego politycy, którzy wezmą władzę po wyborach, nie mogą mieć przed sobą ważniejszego zadania niż wejście do zjednoczonej Europy. I jeszcze jedno. Rząd, który powstanie po wyborach, musi być najlepszym zespołem ministrów, na jaki Polskę będzie w tym momencie stać. Powinni to być politycy-fachowcy, którzy dobrze będą wiedzieli, że przychodzą, by podejmować działania bardzo trudne, że nie będzie dla nich żadnej taryfy ulgowej ani okresu przejściowego. Po 12 latach transformacji nie ma już czasu na przyuczanie do tego zawodu.

 

Wydanie: 23/2001

Kategorie: Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy