Wyczerpał odporność na życie – rozmowa z Aleksandrem Makowskim

Wyczerpał odporność na życie – rozmowa z Aleksandrem Makowskim

Dla Petelickiego nie było żadnych przeszkód. Był najbardziej szalonym oficerem wywiadu, jakiego znałem. Stworzył coś unikatowego – GROM, który stał się polską marką

Poniedziałek, 17 grudnia 2012, godz. 12.00, restauracja Zielnik, Warszawa

Pamięta pan ten moment, kiedy polscy oficerowie wywiadu usłyszeli, że muszą przejść weryfikację, aby mogli nadal pracować w wywiadzie czy innych służbach specjalnych?
– To było na przełomie lat 1989 i 1990. Weryfikacja trwała do połowy 1990 r. Byłem wówczas w Rzymie. W związku z tym nie stawałem przed żadną komisją. Zostałem zweryfikowany bez swojego udziału.

Zweryfikowany negatywnie. Nie odwoływał się pan?
– W moim przypadku to nie miało sensu. Żeby było śmieszniej, w lipcu 1990 r. zostałem ściągnięty do Polski. Spotkał się ze mną szef gabinetu ministra Kozłowskiego, i zapytał, czy chciałbym dalej z nimi współpracować. To znaczy z nową ekipą. Powiedziałem mu, że moja chęć nie ma tutaj wielkiego znaczenia. Zapytałem, czy zapoznał się z moją teczką. Usłyszałem z kolei, że moja teczka nie ma znaczenia, wszystko można przeforsować.

Wśród oficerów wywiadu uchodzi Pan za superagenta…
– …nie byłem taki super. Myślę, że byli lepsi ode mnie.

Kto?
– Dobrzy oficerowie, którzy realizowali ciekawe zadania w różnych pionach. W pionie naukowo-technicznym, w pionie nielegałów. Tam prowadzono ciekawe sprawy.

Będziemy się jednak upierać, że był pan asem naszego wywiadu.
– No, skoro pisze o tym Antoni Macierewicz, to pewnie tak (śmiech).

Ale jeśli chodzi o Petelickiego jako szpiega, to zdania są podzielone. Niektórzy jego koledzy mówili nam, że on sam zdawał sobie sprawę z tego, że do werbowania talentu nie ma.
– Nie, dlaczego? Miał do tego smykałkę. Jego teczka jest w IPN, można to ustalić. Jakie miał awanse, odznaczenia, rekomendacje. Gdyby nie był sprawny w wywiadzie, nie byłby rezydentem. Nie wyjeżdżałby i nie pracował za granicą. (…)

Do którego liceum pan chodził?
– Szkołę średnią robiłem w Ameryce. Przez pierwsze cztery lata podstawówki uczyłem się w Londynie, kolejne lata zaliczyłem w Polsce, a resztę edukacji dokończyłem w USA. Mój ojciec był szpiegiem.

Amerykańscy koledzy nie podejrzewali, czym się zajmuje pański tata?
– Myślę, że ci bardziej rozgarnięci podejrzewali, bo to były takie czasy, lata 60.-70.

Kiedy pan sam się zorientował, że pański ojciec jest oficerem wywiadu?
– Byłem już nastolatkiem, zacząłem się domyślać, bo te różne podróże, pozycja, jaką zajmował – zawsze albo pierwszy sekretarz, albo radca w ambasadzie. Gdy miałem 17 lat, wróciliśmy z rodzicami ze Stanów, gdzie wcześniej zrobiłem maturę, i poszedłem w Polsce na studia, na wydział prawa. Petelicki studiował tam cztery lata wcześniej. Wtedy było już dla mnie oczywiste, co robi mój ojciec. Zresztą sam mi się przyznał. Akurat wyrzucono go z Departamentu I, był rok 1968, a on nie chciał brać udziału w nagonce na Żydów. Siedział w domu, coś tam pisał, póki znów nie zatrudnił się w MSZ, i wtedy mi się przyznał. A gdy miałem 21 lat i kończyłem studia prawnicze, zapytał mnie, czy nie chciałbym pracować w wywiadzie. Jak się ma 21 lat, to takiej propozycji nie można odrzucić. No i poszedłem na rok do szkoły szpiegów w Kiejkutach.

Pewnie nawet niespecjalnie pan musiał do tej szkoły chodzić. Angielski znał pan perfekcyjnie. Tata o pracy opowiedział?
– Gdy jako 10-latek wróciłem do kraju, angielski znałem lepiej niż polski.

Był pan w Ameryce razem z Petelickim?
– Zahaczyliśmy tam o siebie. Byłem na stypendium w Harwardzkiej Szkole Prawa, on od czasu do czasu przyjeżdżał, spotykaliśmy się. Szliśmy do pubu. Było to jedyne miejsce, gdzie można było rozmawiać, bo przecież nie w hotelu. I nie w parku, gdzie było albo zimno, albo za gorąco.

Rozmawialiście o swojej pracy, o zadaniach, jakie mieliście do wykonania?
– Mówiłem mu, jak mi się wiedzie na Harvardzie, bo przyjeżdżał, żeby to usłyszeć, natomiast wiadomo, że jeden oficer nie ujawnia drugiemu swoich spraw. To zakazane i wbrew procedurze.

Czym się zajmował wydział amerykański?
– Stanami Zjednoczonymi Ameryki Północnej, Meksykiem i Ameryką Południową (śmiech). Krótko mówiąc rozpracowywaniem Amerykanów.

Polonią amerykańską też?
– Oczywiście, przecież to była baza werbunkowa. Każdy wywiad korzysta ze swoich.

Jak wyglądało to rozpracowanie w latach 80.?
– Wiedzieliśmy, że do Polski płynie z Ameryki kasa, z której zasilana jest opozycja. Głównie chodziło nam o ustalenie strumienia tych pieniędzy: jak one idą, przez jakie instytucje, jakie przykrycia, kto to wysyła, kto dostaje. Było kilka kanałów, ale główną instytucją, która otrzymywała wsparcie finansowe od Amerykanów, był Komitet Solidarności w Brukseli. Jerzy Milewski cieszył się ich zaufaniem. Pieniądze szły też pocztą dyplomatyczną albo przez kurierów „Solidarności”. Naszym celem nie było przechwytywanie tych pieniędzy. Wywiad zbiera informacje. Kilka razy puszczaliśmy niewyobrażalnie wielkie, jak na tamte czasy, sumy, jednorazowo od 150 do 200 tys. dolarów. Ale w porównaniu z tym, co w tamtym czasie szło do Afganistanu na zwalczanie Rosjan, to te kwoty dla „Solidarności” były wręcz śmieszne. Jak myślę, wtedy do Polski wpłynęło z 10 mln dol.

Nie było to mało.
– Do Afganistanu w latach 80. poszły 3 mld dol. To były pieniądze, które zasilały cały ruch mudżahedinów…

…i wyszkoliły Bin Ladena.
– To prawda. No, ale to była wojna, tysiące mudżahedinów, zupełnie inna skala operacji niż w Polsce. U nas dolary szły na sprzęt. Tir z maszynami drukarskimi i komputerami, który zatrzymaliśmy w Świnoujściu, wart był 200 tys. dol.

Nie przejmowaliście pieniędzy, to dlaczego przechwyciliście tę ciężarówkę?
– No, bo już bez przesady! Amerykanie z CIA przekazali też opozycjonistom w Polsce swoją technologię wchodzenia na fale radiowe i telewizyjne. Opracowali ją specjalnie pod kątem Iranu, tam miała pierwotnie trafić i służyć do zwalczania ajatollahów. Ale doszli do wniosku, że lepiej będzie spełniała swoje zadania w Polsce.

Nie pamiętamy, by „Solidarność” kiedykolwiek wchodziła na fale radiowe czy telewizyjne i przekazywała jakieś swoje hasła.
– Tak było. Wiem o co najmniej dwóch albo trzech przypadkach, kiedy w środku dziennika telewizyjnego ukazała się informacja „Solidarności”. Transmisja dziennika została zakłócona i „Solidarność” weszła ze swoim przesłaniem. Wejście na fale radiowe było znacznie prostsze niż na telewizyjne i też to robiono. Nie wiedzieliśmy wszystkiego, ale wiedzieliśmy dużo. W pewnym momencie mieliśmy tyle informacji i dokumentów z biura w Brukseli, że Kiszczak z Jaruzelskim nie nadążali z czytaniem tego wszystkiego.

Jaki był wtedy stosunek Petelickiego do „Solidarności”?
– Myślę, że w tamtym czasie – nie najlepszy. Z jego i z mojego punktu widzenia „Solidarność” to był przeciwnik. I tyle. Kiedy ja przyszedłem do Wydziału 11, Sławek był tam zastępcą. Dwa lata później wyjechał do Szwecji.

Rozmawialiście o tym, że wasi znajomi, bliscy są po drugiej stronie barykady?
– Ja takich bliskich, którzy byliby po drugiej strony barykady, nie miałem. Z przyjaciółmi nie prowadziłem rozmów na ten temat. Co miałem im powiedzieć? Że pracuję w Wydziale 11 i zajmuję się ich rozpracowaniem? No, ale myśmy zajmowali się zagranicą.

Był pan rozżalony po negatywnej weryfikacji?
– Nie miałem pretensji, że zostałem negatywnie zweryfikowany. Każda rewolucja ma swoje prawa i swoje ofiary, ktoś zwyciężył, ktoś przegrał. Zwycięzcy zawsze mają rację i koniec. Żalu więc nie miałem do nikogo, tym bardziej że ci, którzy podjęli tę decyzję, natychmiast próbowali ją odkręcać.

Jak zareagował Petelicki, kiedy się dowiedział, że został pan negatywnie zweryfikowany?
– Wiele osób starało się tę decyzję odkręcić. Był wśród nich i Czempiński, i Petelicki. Myślę, że i minister Kozłowski, i minister Milczanowski mieli o nich dobrą opinię. Pewnie też rozmawiano z nimi w trakcie procesu weryfikacji, bo, jak pamiętam, oni też brali udział w komisjach. Ale ta ustawa była tak napisana, że nie można było nic odkręcić, zwłaszcza po negatywnej weryfikacji. Ja dałem sobie radę bez większego problemu. Następnego dnia po moim odejściu z departamentu mój przyjaciel Rudolf Skowroński przyjął mnie do pracy w spółce prawa handlowego Inter Commerce.

Rudolf Skowroński, który jakiś czas temu zaginął w tajemniczych okolicznościach. Wie pan, co się z nim stało?
– Nie wiem. Zniknął 19 stycznia 2005 r. Nie wierzę, że nie żyje. Myślę, że gdzieś jest. Ale na pewno nie w Afganistanie. Żona go szukała, siostra go szukała, ja go szukałem, różni ludzie go szukali. Prokuratura szukała go na całym świecie listem gończym za jakieś sprawy, które są już chyba nieaktualne.

I jaka jest pańska teoria?
– Mógł mieć kłopoty finansowo-gospodarcze związane z prowadzeniem spółki. A poza tym mógł go dopaść kryzys wieku średniego.

Jak to się stało, że zweryfikowali pana negatywnie, poszedł pan pracować dla prywatnej firmy, a następnie wrócił do pracy w wywiadzie?
– Zostałem zweryfikowany negatywnie, ponieważ byłem naczelnikiem Wydziału 11. Ale wywiady współpracują, z kim tylko można. Formalnie odszedłem, już nie byłem funkcjonariuszem, pracownikiem, a to z punktu widzenia weryfikacji zasadnicza różnica – co innego oficer wywiadu, co innego współpracownik.

Kiedy pan się dowiedział, że gen. Petelicki chce tworzyć GROM?
– Jak tylko zaczął się do tego zabierać. Wpadł na ten pomysł w 1990 r., kiedy był w wydziale kurierskim obsługującym wszystkie placówki dyplomatyczne na świecie. Uważał, że to będzie ciekawe i długofalowe działanie.

Nie zaproponował panu pracy przy tworzącym się GROM-ie?
– Nie, to ja jemu zaproponowałem pracę. W 1992 r., kiedy znów współpracowałem z naszym wywiadem, rozpoczęliśmy ze służbami brytyjskimi wspólną akcję, która trwała w sumie dwa lata. To była typowa prowokacja wywiadowcza, zmierzająca do zainteresowania irlandzkich terrorystów kupnem broni na terenie Polski. Cały pomysł polegał na tym, żeby im zohydzić rynek wschodnioeuropejski. Występowałem wówczas jako handlarz bronią i miałem kilka różnych tożsamości. Przez łańcuszek ludzi dobrej woli terroryści trafili do mnie i zaczęliśmy negocjować kupno tej broni.

Ile jej chcieli kupić?
– Cały kontener. Kilkaset kałasznikowów, pistolety, glauberyty – polskie karabiny maszynowe, bardzo dobre, granaty, materiały wybuchowe. Słowem – wszystko to, czego terroryści potrzebują. Przyjechali we dwóch do Warszawy, spotkaliśmy się w centrum, koło Rotundy, w jakiejś kawiarence w ciągu domów handlowych. Ustaliliśmy, ile tego ma być. Ponieważ akcję prowadzili Anglicy z naszym wywiadem, zaproponowałem, że muszę mieć jakichś ludzi, którzy mnie zawiozą i przywiozą. Kiedy Irlandczycy przyjechali drugi raz, chcieli dokonać inspekcji tej broni. I to wszystko zorganizował wtedy GROM – ludzie Sławka, którzy zagrali przed nimi mój, nazwijmy to, gang. Wtedy też po raz pierwszy widzieliśmy prawdziwych, żywych terrorystów.

Gdzie mieliście ukryty ten kontener z bronią?
– Pod Warszawą. Stara opuszczona baza, a może gospodarstwo. Tam stała zakryta plandeką ciężarówka, a na niej był cały ładunek nowiutkiej broni.

Jak to się stało, że ludzie z GROM-u włączyli się do akcji?
– Zaproponowałem to Sławkowi, bo pomyślałem, że to będzie dla niego fajne przetarcie. Dostałem do dyspozycji jego zastępcę, który był moim kierowcą, i kilkunastu żołnierzy, którzy stali przy ciężarówce.

Jaki był tego finał?
– Terroryści obejrzeli broń, powiedzieli, że to jest to, o co im chodzi, i umówiliśmy się co do płatności.

Ile była warta ta ciężarówka wypełniona bronią?
– 200 tys. dol. Ustaliliśmy, że przekazanie pieniędzy odbędzie się w Genewie. Spotkałem się tam z nimi, odebrałem od nich walizkę z gotówką, oni podali mi dokładny adres, pod który ma dotrzeć kontener. Zgodnie z planem miał tam być w ciągu dwóch tygodni. Pożegnaliśmy się. W stosownym miejscu czekali już na mnie oficerowie brytyjskiego wywiadu. Oddałem im walizkę. Ucieszyli się, że dostali 200 tys. dol., które zresztą później podarowali polskiemu wywiadowi. Kontener, załadowany na statek „Inowrocław”, został zatrzymany przez Anglików w jednym z brytyjskich portów.

Terroryści nie zorientowali się, że był pan fałszywym handlarzem, podstawionym przez wywiad?
– Nie w trakcie operacji. Później pewnie tak, ale myślę, że mają na głowie ważniejsze rzeczy niż uganianie się za mną. Dokładnie rok temu Anglicy wykonali identyczną operację na Litwie. Myślę, że zarówno ta nasza operacja wówczas, jak i operacja „Gromka” w Iraku, związana z odbiciem Amerykanów, pomogła przekonać wywiad brytyjski, że z Polakami można pracować.

Robił pan później jeszcze jakieś akcje z GROM-em i Petelickim?
– Ta była jedyna. Petelicki był bardzo rozżalony, kiedy za sprawą Pałubickiego przestał być szefem GROM-u. Często się wtedy spotykaliśmy, chodziliśmy na rozmowy do Łazienek, bo mieszkał niedaleko, na Podchorążych. Opowiadał, jak go zwolniono, jak rozpruto mu sejf. Akurat wróciłem z drugiej chyba podróży do Afganistanu, złożyłem mu propozycję, żeby został doradcą Sojuszu Północnego i szkolił mudżahedinów. Rozmawiałem nawet na ten temat z szefem sojuszu, Ahmadem Szahem Masudem, który nie ukrywał, że chętnie by przyjął takiego specjalistę. Ale Amerykanie wybili to Petelickiemu z głowy. Wspierali wtedy talibów. W końcu lat 90. talibowie byli sprzymierzeńcem Pakistanu, a Pakistan – regionalnym sojusznikiem Stanów Zjednoczonych, i Afganistan ich wówczas nie interesował. Nie prowadzili tam żadnej polityki. Polegali na Pakistańczykach. Żałuję, że Sławek w końcu nie zdecydował się pojechać do Afganistanu. Naprawdę szkoda, bo tam by dopiero przeżył fajną przygodę. (…)

Zna pan ulubione warszawskie miejsca gen. Petelickiego?
– A, to trzeba je podzielić na te przed rokiem 1990 i te po nim. Przed rokiem 1990 spotykaliśmy się w restauracji hotelu Solec albo w bliźniaczym hotelu przy Dworcu Zachodnim. Obsługa znała tam Petelickiego, a że przy okazji takich spotkań działy się różne rzeczy (śmiech), to chodziło o to, aby nas nie wyrzuciła po 23. Upijaliśmy się, bywało, ale nigdy tak, żeby człowiek nie mógł się kontrolować czy chodzić. A potem, jak już byliśmy wstawieni, szliśmy w miasto. Raz w Solcu bawiło się obok nas męskie towarzystwo, z ośmiu czy dziewięciu facetów, my też już trochę wypiliśmy. Sławek stał się zawadiacki, między nim a tą grupą doszło do jakiejś wymiany poglądów. Żadnych przepychanek, nic takiego, każdy wrócił do swojego towarzystwa. I nagle podchodzi do nas kelner i w dowód uznania dla elokwencji Sławka przynosi od tej bawiącej się obok grupy świńską głowę, całą, na srebrnej tacy, i stawia na stole. Ot, taki żart. Sławek osłupiał, ale docenił, bo niełatwo jest znaleźć w mieście świński łeb. No, ale potrafił się też czepiać ludzi, czasem musiałem go odciągać, co nie było proste.

Ryzykowne było picie z generałem.
– Może nie ryzykowne, ale kłopotliwe.

Jakie lokale wybierał po roku 1990?
– Ostatnimi czasy jego ulubionym miejscem był hotel InterContinental, bo przez wiele lat miał obok biuro. Wiem, że korzystał tam też z karty na basen. Następny lokal to Pomarańczarnia w Łazienkach, bo dobrze się znał z prowadzącymi ją państwem Starakami. Ze Starakiem chyba chodził do szkoły, znali się z dzieciństwa. Koło Łazienek, przy stajniach, jest też restauracyjka Cavallo, bardzo kameralna, do której zaglądał, a ja z nim, przez kilka lat.

Generał bywał konfliktowy i potrafił pokłócić się nawet z najlepszym przyjacielem. Z panem też mu się zdarzyło?
– Zawsze się z nim dogadywałem. Miałem do niego autentyczną słabość. Niektórzy nie chcieli się z nim spotykać, nie akceptowali jego zachowania, ale ja zawsze traktowałem go z sympatią, co nie znaczy, że zawsze wszystko mi się w nim podobało. Ale kłóciliśmy się też. O jego opinie na temat tego, jak GROM jest traktowany. Tłumaczyłem, że to już nie jego sprawa. Nie potrafił tego zrozumieć. Najchętniej byłby dożywotnim honorowym komendantem i dowódcą GROM-u. Ale oczywiście nie byłby honorowym ozdobnikiem, bo zawsze by się wtrącał. Próbowałem mu to wybijać z głowy, jak tylko mogłem. Pamiętam, półtora roku czy rok przed jego śmiercią byliśmy razem z innymi kolegami na obiedzie, rozmawialiśmy pięć–sześć godzin i wszyscy próbowaliśmy mu to przetłumaczyć. Ludzie, którzy znali go jeszcze z lat 60.-70., w tym Wiesław Bednarz – był przecież jego podwładnym w Jedenastce. Tłumaczyliśmy jak chłop krowie na rowie, że tylko sobie szkodzi i szkodzi sprawie GROM-u. Wojuje z ministrem Klichem, z całym MON i polskim establishmentem, a nic dobrego z tego nie wyjdzie. Jeżeli będzie obrażał ludzi, którzy decydują o GROM-ie, to z pewnością jednostce w ten sposób nie pomoże. Przeciwnie.

Nie rozumiał tego?
– Raz rozumiał, raz nie rozumiał. Wydawało się, że zrozumiał, po czym wychodził i brał się do wysyłania tych legendarnych SMS-ów do wszystkich. Mnie też wysyłał. Mówiłem: „Sławek, przestań pisać te SMS-y, to cię tylko pogrąża, ośmiesza”.

Gdy ktoś nie podzielał jego zdania, to taką osobę negował?
– I tak, i nie. Był to człowiek, który musiał widzieć w osobie, z którą rozmawiał, partnera. Jeśli go nie widział, to rzeczywiście potrafił takiego rozmówcę bardziej lekceważyć.

Wielokrotnie słyszałyśmy opinię, że jeśli ktoś miał inne zdanie, to dla generała stawał się wrogiem.
– Mówicie o okresie GROM-u czy wcześniejszym?

Tak bardzo się zmienił? Pewne cechy nie ulegają aż takim zmianom.
– Myślę, że z wiekiem stawał się coraz mniej tolerancyjny i bardziej nasilała się w nim ta cecha, o której panie mówią: nie potrafi ł zaakceptować czyichś poglądów czy przyjmować argumentów. Już ten jego lont tolerancji był krótszy. Zwłaszcza pod koniec życia. To się nasilało.

Jak pan uważa, co było jego największym błędem?
– To, że zaczął się kłócić z establishmentem. Znacznie więcej by wskórał, gdyby prowadził dialog. Miał ogromny dorobek w Polsce, USA, Wielkiej Brytanii, mógł to rozgrywać znacznie skuteczniej i w inny sposób. Jednak taki miał styl.

Kiedy to się zaczęło? Po katastrofie smoleńskiej?
– Myślę, że to wszystko u Sławka nabrało szczególnego tempa po Nangar Chel. Prawda jest taka, że wysłano żołnierzy na misję stabilizacyjną, a tam trwała zwykła wojna. W związku z tym przepisy regulujące ich działania nie były w ogóle dopasowane. Były odpowiednie jedynie w warunkach misji pokojowych, które Polska wykonywała przez 50 lat w siłach ONZ. Gdyby zostały dopasowane do warunków wojennych, to nikt nigdy by tych żołnierzy nie oskarżył i nie postawił im zarzutów. Te zarzuty były śmieszne. Ponadto Smoleńsk i cały bałagan, który panował przy okazji tej podróży – jej przygotowanie i przebieg – bardzo przypominały Sławkowi to, z czym starał się walczyć i przy Nangar Chel, i przy GROM-ie: polski chaos, burdel, niedopilnowanie, bylejakość.

Nie czuł, że próbowano go wykorzystywać politycznie?
– Myślę, że czuł, ale może uznawał, że to nie oni jego wykorzystają, tylko on ich.

W ostatnim okresie życia zmieniał przyjaciół?
– Nie znałem kółka jego przyjaciół z tego czasu, nie spotykaliśmy się już tak często, raczej co parę miesięcy. Ale myślę, że starzy znajomi wciąż przy nim byli. Dwa miesiące przed śmiercią spotkaliśmy się przypadkiem na ulicy. Umówiliśmy się na dłuższe spotkanie, ale już do niego nie doszło. Chciałem mu podarować swoją książkę, bo akurat wyszła.

Jest pan kolejną osobą, która w ostatnich miesiącach przed jego śmiercią nie miała z nim częstych kontaktów.
– Myślę, że on się trochę oddalił, odizolował. Widocznie walczył ze sobą. To, co zrobił, to nie była prosta decyzja. Po internecie krążą już informacje, że zostawił list. Ja nic o żadnym liście nie wiem. Dla mnie to niepotrzebna śmierć. Mógł robić dokładnie to samo co ja. Miałby o czym pisać.

Co pan pomyślał, kiedy się dowiedział, że generał nie żyje?
– Pomyślałem, że wyczerpał swoją odporność na życie.

Taki twardziel?
– A co to ma do rzeczy? Każda twardość kiedyś się kończy. Im bardziej jest się twardym, tym więcej trzeba na to poświęcić wysiłku. Tym większy stres. Nie można być szefem takiej jednostki jak GROM, kiedy człowiek zbliża się do sześćdziesiątki, bo kwintesencją tego szefostwa jest branie udziału w operacjach. A i on, i ja zawsze hołdowaliśmy zasadzie, że podwładnym należy zaimponować własnym przykładem i to, czego wymaga się od nich, samemu też trzeba umieć zrobić. Kiedy jednak ma się pewne lata, jest to raczej niemożliwe. Na całym świecie ludzie w wieku 45-50 lat odchodzą z takich jednostek, bo muszą odejść. W innych krajach jest cały system wykorzystania umiejętności tych ludzi. Sławek doszedł do wniosku, że przestał być komukolwiek potrzebny, że w życiu nie będzie już robił niczego, na czym by mu zależało, a zależało mu głównie na GROM-ie, i że będzie tylko gorzej. Gdy jeździliśmy na misje, często ryzykowne, przynajmniej ze dwa razy zastanawialiśmy się w rozmowach, co by się stało, gdybyśmy wrócili do domu okaleczeni, sparaliżowani czy niezdolni do działania. Doszliśmy do wniosku, że chyba każdy z nas w takiej sytuacji zdecydowałby się odejść. Zakładam, że Sławek właśnie doszedł do wniosku, iż jego misja już się skończyła.

Wiemy, że jest coś szczególnego, co zawdzięcza pan gen. Petelickiemu…
– Małżeństwo (śmiech). Był 1982 r.,
lato w Warszawie. Sławek miał się spotkać ze znajomą, zabrał mnie na to spotkanie. Znajoma przyszła z koleżanką – moją przyszłą i obecną małżonką. Miała wtedy pięcioletnią córeczkę, więc mam pasierbicę. Cztery lata później wzięliśmy ślub. To wszystko stało się dzięki inicjatywie Sławka. To dlatego moja żona bardzo Sławka lubiła. Poznała też jego pierwszą żonę, a potem drugą, Agnieszkę, z którą się przyjaźni. Spotykaliśmy się towarzysko i wtedy zawsze pojawiał się temat, jak to Sławek nas wyswatał. On miał ogromne zdolności w kojarzeniu ze sobą ludzi, niekoniecznie par. Jak dochodził do wniosku, że trzeba kogoś ze sobą poznać, zetknąć, robił to i już. Miał do tego niebywały talent.

Jaką dedykację napisałby pan generałowi w książce, której już nie zdążył mu dać?
– On mi w swojej napisał: „Najodważniejszemu oficerowi wywiadu”. Napisałbym podobnie, bo był odważnym człowiekiem. To byłyby słowa uznania dla faceta, dla którego nie ma przeszkód. Bo dla niego nie było żadnych przeszkód. Był najbardziej szalonym oficerem wywiadu, jakiego kiedykolwiek znałem. Stworzył coś naprawdę unikatowego – GROM – co samo w sobie było szaleństwem, a stało się polską marką. Polska ma niewiele takich wizytówek, sztandarowych instytucji, i to w tak trudnej branży jak siły specjalne. Bez niego GROM-u na pewno by nie było.

Tytuł i skróty pochodzą od redakcji

Wywiad z książki Anity Czupryn i Doroty Kowalskiej, Ostatni samuraj. Rozmowy o generale Petelickim, Czarna Owca, Warszawa 2013

Wydanie: 23/2013

Kategorie: Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy