Czas przebierańców

Czas przebierańców

Polityka dzisiaj opiera się na pogardzie dla prawdy. A pojęcie kłamstwa zostało zastąpione pojęciem narracji

Prof. Stanisław Filipowicz – wiceprezes Polskiej Akademii Nauk

Gdy ostatnio rozmawialiśmy, a było to kilka lat temu, bardzo narzekaliśmy na otaczający nas świat. Mówiliśmy, że króluje prawo do bezmyślności, zamęt. Patrząc na rok 2019, mam wrażenie, że i tak zachowywaliśmy w narzekaniu umiar.
– To nie były narzekania, tylko przewidywania. Zbyt ostrożne. Wszystko potoczyło się szybciej i gdzieś dalej.

Czy poza przebraniami istnieje coś jeszcze?

Dziś panuje jeszcze większy chaos, zniknęło pojęcie prawdy, zastąpiła je narracja.
– Rzeczywiście dokonała się pewna fundamentalna zmiana, która, mówiąc najkrócej, polega na tym, że polityka opiera się na pogardzie dla prawdy. A pojęcie kłamstwa zostało zastąpione pojęciem narracji. W momencie kiedy znajdujemy się w jakiejś niewygodnej sytuacji, posługujemy się tym słowem. Żeby odwrócić uwagę od zarzutów, żeby stworzyć zupełnie inny, nowy obraz.

I siebie w nim!
– Bo to kamuflaż. Narracja jest naszym przebraniem. To są, można powiedzieć, jakieś stroje maskujące naszą autentyczną tożsamość. A to oznacza, że wszyscy żyjemy w świecie iluzji. Pytanie jest więc takie: czy poza przebraniami istnieje coś jeszcze? I jest na nie odpowiedź, najbardziej ponura – słynna praca Guy Deborda „Społeczeństwo spektaklu”. Że najpierw jest spektakl, a dopiero potem powstają realia, które stanowią jego odzwierciedlenie. Czyli najpierw wymyślamy siebie na różne sposoby, a dopiero potem to się dzieje. Najpierw powstaje wersja propagandowa programu politycznego, polityki, a potem, w ramach tej narracji, dostosowywane są do niej realia.

Przebieramy się więc za potomków „żołnierzy wyklętych”, za twórców Międzymorza, o tym opowiadamy, realia traktując jako rzeczy drugorzędne.
– Nietzsche już bardzo dawno temu zwrócił uwagę na to, że współczesny Europejczyk, a mówił to w latach 80. XIX w., jest przebierańcem. Całą historię traktuje jako magazyn kostiumów. I nieustannie te kostiumy zmienia, bo we wszystkim jest mu nie do twarzy. A robi tak, bo w gruncie rzeczy nie ma twarzy. Buduje siebie poprzez jakieś rozpaczliwe zabiegi utożsamienia, wykorzystując różne rekwizyty. Czyli poruszamy się w świecie rekwizytów! Uczestniczymy w widowisku, które nie pozostawia żadnego trwałego śladu. Co się dzieje w polskiej polityce? Wszystkie tematy umierają po kilku godzinach albo dniach. Sprawy, które miały być wielkim skandalem, wywołać wstrząs, nagle tracą wagę, okazuje się, że nikogo już nie interesują. Dlaczego? Bo nie ma w nich autentycznego ciężaru, nie mają żadnej materii.

Kiczowata emfaza uproszczeń

A może ta materia jest, tylko my nie mamy narzędzi, żeby to sprawdzić? Panuje taki szum informacyjny, że trudno się rozeznać, co jest ważne, a co nie.
– Wiemy niestety, że przesunięcie polityki w kierunku propagandy oznacza przesunięcie na tory popkultury. Bo propaganda wykorzystuje schemat reklamy. Polityka staje się jednym z elementów popkultury i przyjmuje taki styl obrazowania, taką logikę działania, że najważniejsze jest epatowanie odbiorcy, jego zaskakiwanie. Najważniejsze jest osiągnięcie efektu! Ale to nie ma nic wspólnego z przekonywaniem! Tu chodzi o uruchomienie emocji.

To jest celem przekazu.
– Liczą się emocje, chwile uniesienia, które rodzą bardzo powierzchowne przekonania, przeświadczenia. Można nimi łatwo manipulować. Nie ma więc miejsca na myślenie, ono staje się niepotrzebne. Bo zakłóca tryb działania, który prowadzi do przekazu reklamowego. My dzisiaj, jeśli chodzi o przedsięwzięcia polityczne, komunikujemy się na płaszczyźnie kiczu. Zwracał na to uwagę Milan Kundera, jeszcze w XX w., że kultura masowa stwarza preferencje dla kiczu, które powodują, że przestajemy rozumieć wszystko to, co kiczem nie jest. Oczekujemy tej kiczowatej emfazy uproszczeń, powtórzeń, stylizacji, aranżacji. I jeśli zaczyna tego brakować, uznajemy, że przedsięwzięcie jest chybione, nie ukazuje istoty rzeczy. W taki sposób organizowane są wszystkie akcje polityczne. One muszą wzruszać, musi być jakiś melodramat, musi być w tym jakaś rzewna puenta, uniesienie. Wszystko prócz trzeźwości, prócz rzetelnego namysłu. Ale jeżeli idziemy w takim kierunku, musimy sobie powiedzieć, że to oznacza upadek tego, co ongiś nazywaliśmy demokracją.

Dlaczego?
– Demokracja jest po anglosasku rozumiana jako ustrój wolności. Opiera się on na idei rządów prawa, na trójpodziale władzy, na uznaniu nienaruszalności praw jednostki. Taki ustrój wymaga pewnych zdolności intelektualnych i moralnych obywateli, mówiąc staromodnie – pewnych cnót. Zdolności intelektualne oznaczają pewien typ dociekliwości i rzetelności i to bezpośrednio łączy się ze zdolnościami moralnymi. Do prawdy może dojść tylko ten, komu na prawdzie zależy. W kręgu tego typu wyobrażeń, przekonań, że powinniśmy angażować się po stronie prawdy i respektować zasady, które tworzą osnowę porządku moralnego, kształtowała się idea debaty. Ona nigdy nie była traktowana jako forma objawienia i definitywnego rozstrzygnięcia. Wszyscy od początku zdawali sobie sprawę, że są bariery, ograniczenia, ale przyjmowaliśmy, że chcemy pójść w tym kierunku. Że demaskowanie kłamstwa i fałszu, demaskowanie ludzkiej głupoty jest rzeczą potrzebną i możliwą. I to się zmieniło.

Tak umiera demokracja

Odpuściliśmy sobie szukanie prawdy?
– Obracamy się wokół pojęcia postprawdy, narracji. To ciekawe – nawet najskrajniejsi relatywiści mówili, że mogą istnieć różne prawdy, ale samego pojęcia prawdy nie negowali. Nagle to zostało wycofane, stało się kompletnie niepotrzebne. W tym momencie zaczyna się załamywać sama koncepcja debaty. Po co mamy ze sobą rozmawiać, wyjaśniać różnice, dążyć do ustalenia stanu faktycznego, jeżeli nasze działanie polega jedynie na ekspresji, na wyrażaniu własnych poglądów, a poglądy te donikąd nie prowadzą?

Jeżeli nie szuka się prawdy, bo ma się swoją narrację, wtedy inne poglądy do niczego nie są potrzebne, wprost przeszkadzają.
– Skłonności do sugerowania się własnymi poglądami ludzie zawsze mieli. Ale teraz jest coś innego. Myślę o tym, w jak dewastującym tempie dokonała się zmiana, która oznacza, że kompletnie przestajemy się interesować tym, co myślą inni. Nie ma mowy, żebyśmy próbowali brać pod uwagę inny punkt widzenia! Załamuje się więc oczywiście cała koncepcja dyskusji, wymiany poglądów, która miała być znakiem firmowym naszej wolności. I ostatecznie – demokracji, jeżeli rozumiemy ją jako ustrój wolności.

A można ją rozumieć inaczej?
– Na pewno demokracja jest inaczej rozumiana w Korei Północnej. Jeżeli ktoś mówi tak jak pan Orbán o demokracji nieliberalnej, to też ją rozumie inaczej. Kiedy przestają nam być potrzebne pojęcia prawdy i otwartości, oznaczającej zgodę na to, żeby znaleźć się w kręgu inaczej myślących, cały ten projekt popada w ruinę, po prostu. Słucham czasami wypowiedzi różnych krytyków liberalizmu i demokracji liberalnej, Orbána… Moim zdaniem to są ruchy politycznych antyszczepionkowców. Bo tak naprawdę idea podziału władzy, idea rządów prawa jest szczepionką przeciwko despotyzmowi.

A my nie możemy przyjmować punktu widzenia antyszczepionkowców.
– Dlatego obrona fundamentalnych zasad demokracji liberalnej stanowi formę najoczywistszej lojalności wobec tradycji wolności. Jeżeli mielibyśmy mówić o sprawach polskich… Przecież pamiętam te wszystkie lamenty z czasów PRL, kiedy rozdzierano szaty: Polska, kraj Zachodu, cywilizacja Zachodu, kraj katolicki z rzymskimi korzeniami, została brutalnie poddana, zniewolona! A po jakimś czasie okazuje się, że to pragnienie wolności nie odgrywa wcale istotnej roli. Że można sobie wyobrażać życie oparte na innych zasadach, chociaż nie ma w tym już pierwiastka zniewolenia zewnętrznego, przemocy.

Zdeformowana koncepcja wolności

Jakiej więc cywilizacji potrzebują Polacy?
– Myślę, że w kulturze kiczowatej emfazy pojawiają się różne monstra… Przepraszam, ale ci defilujący na piechotę husarze, których ręka częściej niż po miecz sięga pewnie po kebab albo smartfon – takie w końcu czasy – to jakiś obrazek pogmatwania i groteskowej brawury. W gruncie rzeczy – przerażający. On pokazuje, że przeszłości nie rozumiemy, że posługujemy się pełnymi parodii symbolami, budując w ten sposób jakąś pokraczną wersję tożsamości. Bo kim my jesteśmy? Husarią bez koni? I to jest przedmiot dumy, nasza nadzieja? Coś tu się dzieje bardzo dziwnego.

Jedni przebierają się za husarzy, drudzy za ONR, za „żołnierzy wyklętych”…
– Czasami w rozmowach z młodymi ludźmi zwracam uwagę na to, że na szczęście nie mają pojęcia, co oznaczałoby przyjęcie punktu widzenia zwolenników nacjonalizmu. Niech sięgną do pism z okresu międzywojennego. Przekonaliby się wtedy, że powinni być tak samo ubrani, powinni to samo mówić, tak samo myśleć, salutować, robić mnóstwo innych rzeczy. Tymczasem są klasycznym przykładem lewicowej emancypacji i beneficjentami pewnej dozy relatywizmu, który pozwala przyjmować bardzo różne pozy, robić wszystko w przekonaniu, że wszystko wolno. Czyli jest to jakiś postmodernistyczny kolaż, który przedstawiamy jako formułę tradycji narodowej. Groteska, można powiedzieć…

Dlaczego tak się stało, że przebieramy się jak w teatrze i nie używamy umysłu? Może po prostu świat liberalny nieuchronnie do tego prowadzi? Może do tego doprowadziła wolność?
– Wolność jest ogromnym wyzwaniem. Jej przekształcenie w przedmiot obrotu, który pojawia się w sferze powszechnej konsumpcji, doprowadziło do trywializacji, do przeinaczenia jej sensu. Jeżeli zastanawiamy się nad wolnością myśli czy wolnością słowa, to wolność myśli możemy realizować wtedy, kiedy myślimy. A to nie może mieć związku z bezmyślnością. Wykrzykiwanie haseł nie oznacza korzystania z wolności myśli. Jeżeli mówimy o wolności słowa, mówimy również o pewnym działaniu, które oznacza, że angażujemy się, inwestując w to pewien wysiłek. I znów nie chodzi o jakąś ekspresję, o naiwną emfazę, o skandowanie. Maria Janion, zastanawiając się na progu lat 90. nad przemianą obyczajów, nad tym, co się dzieje w szeroko rozumianej przestrzeni, którą tworzy kultura liberalna, podkreślała, że każda kultura poza swobodą ekspresji nakłada też pewne wymagania i oznacza zdyscyplinowanie. A myśmy o tej dyscyplinie zupełnie zapomnieli.

I co zostało?
– W skrajny sposób zdeformowana koncepcja wolności. Potraktowana jako łatwo dostępny produkt, który staje się przedmiotem powszechnego obrotu. Na zasadzie: wszyscy stajemy się wolni, kiedy dochodzimy do przekonania, że jesteśmy wolni.

A to nie tak?
– Z pewną ulgą myślę, że język polski pozwala nam widzieć tę różnicę – kolosalną! – między wolnością a dowolnością. Myślę, że pomieszano wolność z dowolnością, co doprowadziło do anarchizacji, do zamętu. A to sytuacja, w której świetnie odnajdują się demagodzy. Zaczynają wyśpiewywać swoje arie, pojawiają się te wszystkie fantastyczne obietnice. To, niestety, zawsze tak wygląda. Być może zabrakło nam zdyscyplinowania, być może pewną tradycję zlekceważono. Jeżeli pamiętamy o podstawach ustroju wolności, to rządy prawa są w istocie rządami rozumu. A rozum nakłada pewne wymagania, oznacza dyscyplinę, która wyklucza beztroskę, infantylny zapał i to, że przestajemy szanować jakiekolwiek reguły.

To nie jest trzeci wierzchołek władzy

Elementem demokracji liberalnej był mędrzec. Przez wszystkich uznawany autorytet, który rozsądzał sprawy. Nie ma już mędrców…
– To oznacza, że odrzucamy pewne wzorce i pewna epoka po prostu się kończy. Projekt ustroju wolności był związany z kulturą Oświecenia. A ona narzuca pewną koncepcję prawdy i pewną koncepcję jej uprawomocnienia. Jest związana z symboliką solarną. Światło dociera z wyżyn. Zawsze jest coś wyżej. Tak się rodzi idea autorytetu. Jest coś nad nami, należy więc do tego się odwoływać. W symbolicznym skrócie: to jest aura iluminacji. A konkretnie oznacza, że istnieje pewna hierarchia, a prawda stoi w porządku wertykalnym.

Czyli uznajemy autorytety. I ich opinie.
– A dziś, i to jest w istocie przerażające, cała logika sieci stała się logiką horyzontalną. To oznacza przekreślenie i odrzucenie koncepcji uwiarygodnienia, którą ukształtowała tradycja Oświecenia. Internet, co świetnie wiemy, to dzikie pola pogardy, szyderstwa, atakowania autorytetów. Jeżeli coś może mieć znaczenie, to tylko wtedy, gdy zostanie poparte przez większą liczbę zwolenników. Ale to nie ma już nic wspólnego z taką koncepcją działania, że są wyższe racje, większa wiedza i to wyższe piętro. W internecie nie ma wyższego piętra, są wszyscy, którzy mogą równocześnie uczestniczyć w obrzędzie kwestionowania prawdy. Niestety, to oznacza, że znaleźliśmy się w innych realiach. To już inaczej działa.

Ale chyba wciąż są instytucje, których autorytet jest uznawany.
– Kiedyś w Polsce w ten sposób, na pierwszym miejscu, przynajmniej w niektórych kręgach, mówiono o Kościele. Dzisiaj to raczej niemożliwe.

A uniwersytety?
–- W średniowieczu, kiedy się rodziły, mówiono, że to będzie trzeci wierzchołek władzy. Oprócz władzy świeckiej i duchownej będzie władza związana z potęgą rozumu ludzkiego. Dzisiaj jakiś tego ślad odnajdziemy w kulcie wiedzy naukowej, ale to kult pozorny. Bo nauka nie jest szanowana. Myślę, że wszyscy zapłaciliśmy cenę pewnej naiwności i wszyscy padliśmy ofiarą neoliberalnego entuzjazmu. Przekonania, że wyzwolenie miało charakter definitywny i że mechanizmy wolnego rynku samoczynnie stworzą taką harmonię, konfigurację, która pozwoli nam osiągnąć wszystko. Tymczasem okazało się, że owo „wszystko” podlega redukcji i to, co stanowi cenny pierwiastek – zanika. A mniej cenne pierwiastki zaczynają dominować.

O potrzebie kuchni wyszukanej

Może dlatego, że taki jest klient? Masowy, średnio wykształcony, chcący rozrywki, zabawy. I prostych odpowiedzi.
– Na pewno tak. Ale istnieją też ci, którzy szukają innych rozkoszy. Mówię to z przekonaniem, bo obserwuję wciąż studentów, ich upodobania, ich przekonania. Bardzo wielu studentów obraża się, jeżeli słyszy, że dzisiaj nikt nie czyta książek. Są tacy! Trzeba ich odnajdywać, to jest zadanie! Mnie, jako przedstawiciela środowisk nauczycielsko-uniwersyteckich, martwi, że ludzie utalentowani mogą się gubić.

A mogą?
– Przestrzeń niezróżnicowania, pozornej jednorodności, którą demokratyczny ogół wytwarza, często ich deprymuje, nie pozwala działać w taki sposób, by mogli ujawnić swoje talenty i zainteresowania. W demokracji talent jest czymś podejrzanym, tak naprawdę liczy się równość. O czym na ważnym kongresie pewnej ważnej partii nam przypomniano… Pojawia się zatem wielka machina konformizmu przytłaczającego ludzi wyróżniających się. I teraz – co zrobić, żeby ich nie zgubić? Oto jest pytanie!

Taka jest przecież kultura masowa, która rządzi. Nastawiona na równość i przeciętność.
– Zwłaszcza w Polsce obsesje egalitarystyczne miały zbyt wielkie znaczenie i wpływały w sposób destrukcyjny na państwo i społeczeństwo. Idea równości szlacheckiej doprowadziła do absurdów, oznaczających paraliż władzy publicznej. Bo każda władza musi się opierać na jakimś rygorze zróżnicowania. Muszą powstawać rangi, hierarchie i nie mogą być kwestionowane, muszą być traktowane serio. Nie możemy pójść zbyt daleko torem obsesji równościowych. I myślę, że uniwersytet liberalny stał się takim uniwersytetem, który potraktował zbyt dosłownie ideę równości w sferze edukacji. Świetnie wiemy, że nie wszyscy pragną tego samego, nie wszyscy mogą to samo osiągnąć, jest zatem wielkim błędem tworzenie iluzji, pozoru ujednolicenia. To, że kondycja uniwersytetu stała się dziś, mówiąc najoględniej, problematyczna, w dużej mierze jest związane z tą nieprzemyślaną, szaleńczą wręcz demokratyzacją, która oznaczała otwarcie bram. I wszyscy znaleźli się na obszarach uniwersytetu, nawet w kilku miejscach naraz. To fatalne rozwiązanie.

Na szczęście możemy zakończyć optymistycznie: jest grupa czytających książki, chcących dyskutować, rozwijać się.
– Jest! Owszem, człowiek gubi się w tym całym zamęcie popkultury, ale istnieje wiele mocnych punktów oparcia. Myślę i o publicystach, i o intelektualistach, myślę o tradycji nauczania związanej z uniwersytetem… Widzę i cieszę się, że przychodzą młodzi ludzie, tuż po maturze, dla których również to ma znaczenie. I nie można ich rozczarować, zawieść. Nie możemy tworzyć edukacyjnych fast foodów, powinniśmy raczej nastawić się na kuchnię wyszukaną, a przynajmniej gdzieniegdzie dbać o takie rozkosze.


Stanisław Filipowicz – profesor na Wydziale Nauk Politycznych i Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Warszawskiego. Do najważniejszych jego prac należą: „Mit i spektakl władzy”, „Pochwała rozumu i cnoty. Republikańskie credo Ameryki”, „Demokracja. O władzy iluzji w królestwie rozumu”, „Galimatias. Zaprzepaszczony sens Oświecenia”, „Demokracja. Interpretacja wyznania wiary”, a także opublikowana niedawno przez wydawnictwo Peter Lang książka „Truth and the Will to Illusion”.


Fot. Krzysztof Żuczkowski

Wydanie: 12/2019

Kategorie: Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy