Polscy Biskupi daleko od Franciszka

Polscy Biskupi daleko od Franciszka

Hierarchom i publicystom przeszkadza otwarty katolicyzm papieża

13 marca minęły trzy lata od wyboru mało znanego kardynała Jorge Maria Bergoglia na papieża. W Kościele katolickim te trzy lata zaznaczyły się głębokimi przemianami, które zostały szeroko skomentowane i uzasadnione. W Polsce hierarchowie zachowują wstrzemięźliwość i nadal odwołują się głównie do nauczania polskiego papieża Jana Pawła II. Istnienia Franciszka nie mogą ignorować, ale znaczenie jego nauczania minimalizują. Walnie pomagają im w tym prawicowi publicyści i politycy.
Ich stosunek do papieża jest jedną z największych osobliwości w polskiej publicystyce prawicowej. Z jednej strony, większość wypowiadających się deklaruje przywiązanie do katolicyzmu i papieskiego nauczania, z drugiej – z niespotykaną gdzie indziej nonszalancją traktuje argentyńskiego papieża jako słabo wykształconego, zupełnie zagubionego w realiach kościelnych, ba, pojawiają się dość poważne wątpliwości, czy został w sposób ważny wybrany na papieża. Zwykle zresztą powątpiewający odwołują się do „autorytatywnych” głosów kolegów po piórze z Zachodu, które niekiedy są przedstawiane w formie wywiadu lub recenzji książek. Moim zdaniem, głównym powodem takiej postawy jest niezgoda na katolicyzm otwarty i dialogiczny, głoszony od pierwszego dnia urzędowania przez Franciszka. Również odejście od retoryki autorytarnego prezentowania doktryny nie wpisuje się w konfrontacyjną publicystykę uprawianą przez większość (właściwie przez wszystkich) prawicowych komentatorów. Trudno referować wszystkie reprezentatywne głosy, przywołam kilka typowych, by wskazać rozpowszechnione techniki manipulacyjne i sposoby unieważniania propozycji teologicznych i duszpasterskich papieża. Przykładem są dwa teksty, które ukazały się na łamach „Plus Minus”, weekendowego dodatku do „Rzeczpospolitej”, 20 listopada 2015 r. Jeden to niezwykle pouczająca rozmowa z Antoniem Soccim, znanym włoskim dziennikarzem i autorem licznych książek, w tym dwóch poświęconych papieżowi Franciszkowi. Została ona znamiennie zatytułowana „Franciszek wywołał zgorszenie”, którą to tezę drobiazgowo udokumentował Socci. Tekst drugi, równie znacząco zatytułowany „Antypapieże XXI wieku”, napisał historyk Sławomir Cenckiewicz – nie tylko autor wielu książek poświęconych najnowszej historii Polski, w których obficie korzysta z zasobów IPN, lecz także wzięty publicysta o konserwatywnych poglądach (był też redaktorem naczelnym pisma „Zawsze Wierni”, organu polskich tradycjonalistów niekryjących sceptycyzmu wobec Soboru Watykańskiego II).

Zbyt wierny soborowi

Zacznę od Cenckiewicza, który niby krytykuje najbardziej absurdalne tezy włoskiego dziennikarza, niby je tylko referuje, ale przecież po części zgadza się z nimi. Czytelnik staje więc na rozdrożu, nie wie, co tak naprawdę autor myśli, czy jest za, czy przeciw. Jednak nie ulega wątpliwości, że Cenckiewicz wiele poglądów wyrażonych zarówno w książkach, jak i w obszernym wywiadzie podziela, choć dystansuje się od radykalnej krytyki papieża Franciszka. Wymowa jego tekstu zdaje się więc (to nie jest do końca jasne) jednoznacznie pozytywna. Stwierdza bowiem: „Dlatego tak ważne jest, byśmy mieli dobrych pasterzy za przewodników dusz. Akurat w tej sprawie nie mam wątpliwości, że Socci napisał swoją książkę przejęty Chrystusową przypowieścią o dobrym pasterzu”.
W odróżnieniu od Cenckiewicza ja mam wątpliwości natury teologicznej. Wydaje mi się bowiem, że zarówno włoskiemu dziennikarzowi, jak i polskiemu historykowi umykają rzeczy najważniejsze. Zważywszy, że głównym bohaterem jest Socci, pozwolę sobie przywołać jego zasadnicze tezy. Przedtem jednak przypomnę sprawę podstawową.
Przede wszystkim warto się zastanowić, czym był Sobór Watykański II, a do takiej refleksji skłania obchodzona na całym świecie 50. rocznica jego zakończenia. Miałem okazję uczestniczyć w dwóch międzynarodowych konferencjach w USA na ten temat – w maju zeszłego roku na jezuickim Uniwersytecie Georgetown w Waszyngtonie i w październiku w Uniwersytecie Northwestern w Evanston koło Chicago. Na obu tych konferencjach wiele się mówiło o papieżu Franciszku i o nawiązaniu przez niego, zaraz po wyborze na Stolicę Apostolską 13 marca 2013 r., do ustaleń soborowych. A przede wszystkim do doświadczenia, jakim ten sobór był dla całego katolicyzmu – naprawdę otworzył on nową epokę! Nie dziwią więc odwołania Franciszka przede wszystkim do Jana XXIII i jego zaskakującej decyzji o zwołaniu nowego soboru. Jak wiadomo, nikt tego się nie spodziewał po zbliżającym się do osiemdziesiątki papieżu. A jednak. Nie zważając na swój wiek i opór najbliższych współpracowników z Kurii Rzymskiej, papież Jan zaufał, jak to określił, natchnieniu Ducha Świętego i rozpoczął dzieło odnowy. Zostało ono dokonane dzięki zebranym biskupom, teologom i obserwatorom z całego świata. Wspominam o tym, by wskazać podobieństwa sytuacji, w jakiej znalazł się katolicyzm po wyborze Franciszka. Ta analogia uszła jednak uwagi zarówno Socciego, jak i Cenckiewicza. Obaj natomiast mówią dużo o własnym rozumieniu katolicyzmu i o zagrożeniu, jakie stwarza styl sprawowania urzędu przez nowego papieża. Oczywiście mają do tego prawo, ale warto sobie uświadomić, że zarówno jeden, jak i drugi zdają się w ogóle nie dostrzegać teologicznego wymiaru przemian, jakim podlegał i podlega katolicyzm. Zaklinanie rzeczywistości nie jest dobrym sposobem na jej zrozumienie.
Motorem i głównym dostarczycielem argumentów przeciw argentyńskiemu papieżowi jest Antonio Socci. Zebrał je w dwóch książkach, obie zostały już wydane po polsku. Najpierw „Czas burzy. Dramat czasu konklawe”, zaraz po ukazaniu się włoskiego oryginału w 2013 r. Socci kwestionuje w nim prawomocność konklawe wybierającego Franciszka. Druga książka ma tytuł: „Czy to naprawdę Franciszek? Kościół w czasach zamętu”. Zakwestionowany został w niej już nie tylko sposób wyboru, ale i cały pontyfikat. Moim zdaniem, są to książki wyjątkowo bałamutne, ich autor miesza troskę o czystość katolicyzmu z własnymi, konserwatywnymi, a nawet fundamentalistycznymi obsesjami. Odsyłając zainteresowanych do tych tytułów, pozwolę sobie przywołać z rozmowy opublikowanej na łamach „Plus Minus” kilka najbardziej zdumiewających stwierdzeń, które można sprowadzić do jednego – Franciszek wywołuje w umysłach wiernych wielkie zamieszanie i pozbawia ich wiary, zamiast ją w nich umacniać. Zdaniem Socciego, „papieżowi udało się jedynie wprowadzić wielkie zamieszanie. To tak, jakby ktoś zrzucił bombę atomową na Kościół. Franciszek zasiał niepewność i wywołał zgorszenie wśród rzesz wiernych, jednak na razie nie udało mu się wprowadzić żadnych zmian. A tego nie powinien robić żaden pasterz Kościoła. Co gorsza, wierni są zdezorientowani, w chwili gdy Kościół i rodzina atakowane są przez różne ideologie. Zamiast więc zewrzeć szyki w obronie Kościoła i rodziny, papież obalił mury i wprowadził do dyskusji eklezjalnej ziarna świeckich ideologii”. A nawiązując do rozmowy z Eugeniem Scalfarim, stwierdza: „Po pierwsze, Franciszek obalił pojęcie grzechu, identyfikując Boga z miłością, miłosierdziem i przebaczeniem. Podkreślił przy okazji, że człowiek jest wolny i taki został stworzony. Zrelatywizował pojęcie dobra i zła, ogłaszając, że wszystko zależy od intencji. W końcu miał powiedzieć, że Bóg nie jest katolikiem, co w ustach głowy Kościoła katolickiego brzmi dość zaskakująco”. Czytam wszystko, co napisał Franciszek, i sporo komentarzy na jego temat. Oceny Antonia Socciego są odosobnione, ale nad Wisłą prawicowi publicyści traktują je jako poważne teologiczne rozumowanie.

Za bliski ubogim

Co ciekawe, te same powody budzą irytację dyżurnych katolików w polskich prawicowych mediach. Nie będę wymieniał filarów tej publicystyki, bo są oni boleśnie przewidywalni. Jedna cecha wyróżnia ich zdecydowanie – to zgodny opór przeciw reformie zapoczątkowanej przez Sobór Watykański II. Można ich wszystkich określić jako przeciwników soboru, a więc właściwie umieścić poza katolicyzmem. Aż się dziwię, że dotąd nikt tego nie zrobił. A wracając do Franciszka, nie tylko jest on papieżem soboru, lecz także próbuje pozytywne myślenie o świecie zapoczątkowane w latach obrad soborowych uczynić częścią swojego papieskiego nauczania. Moim zdaniem, idzie mu to całkiem nieźle, choć dzieje się to głównie w przestrzeni działania duszpasterskiego. Doktrynalnie Franciszek nie chce zrywać z przeszłością i podkreśla łączność z katolicką tradycją. Można to nazwać twórczym stosunkiem do przeszłości, można też dostrzegać w tym próbę przekonania do swojego rozumienia katolicyzmu teologów przywykłych do myślenia konserwatywnego.
Nie wszyscy są tak „odważnie” krytyczni jak Cenckiewicz, który – jak się okazuje – jest nie tylko specjalistą od Lecha Wałęsy, ale z równym zapałem potrafi też analizować watykańskie sekrety. Jest jednak faktem, że papież Franciszek wyraźnie nie leży polskim publicystom prawicowym, którzy jakoś tak półgębkiem odnotowują, co powiedział i do kogo się zwrócił. Żaden z nich nie tropi odwołań do teologii wyzwolenia, jakże częstych u Franciszka (jeśli już, to z wyraźnym przerażeniem!), nie zachwyca ich jego zbliżenie do ubogich i praktykowanie ubóstwa. A przecież Franciszek zbliżył się do teologii ojców założycieli nurtu, Leonarda Boffa i Gustava Gutiérreza. Nie tylko spotyka się z nimi i przypomina, że bp Oscar Romero to męczennik. Wspomina też o wielu innych zamordowanych przez faszystowskie rządy niektórych krajów Ameryki Łacińskiej, nie tak dawno postrzegane jako zbliżone do Kościoła katolickiego. Jak łatwo się domyślić, takie gesty nie przysparzają Franciszkowi sympatii polskich publicystów, a zapewne i polityków prawicowych.

Zbyt otwarty wobec Rosji

Ich niezależność myślenia objawia się przede wszystkim w krytykowaniu papieża Franciszka. Jako przykład wymienię nieocenionego redaktora Tomasza Terlikowskiego, który na łamach „Rzeczpospolitej” skreślił charakterystyczny dla swojego stylu felieton: „Franciszek, sojusznik Władimira” (5 marca 2014). Powiada Terlikowski: „Od końca pontyfikatu Benedykta XVI widać wyraźne ukłony Stolicy Apostolskiej w kierunku Rosji. Franciszek ten proces wzmocnił i równocześnie osłabił inne kierunki polityki watykańskiej”. I dodaje: „Skuteczność polityki dogadywania się z Rosją i Rosyjską Cerkwią Prawosławną została już przetestowana w latach 60. i 70. Jedynym skutkiem polityki odprężenia i zapraszania rosyjskich prawosławnych do dialogu, a także komunistów do debaty, był brak jasnego potępienia komunizmu na Soborze Watykańskim II, a także poczucie osamotnienia katolików z krajów sowieckich”. Jak rozumiem, należałoby raczej dążyć do konfrontacji i pokazać wyraźnie, kto tu ma rację, a nie wdawać się w konszachty ze znienawidzonym prawosławiem i totalitarną Rosją Putina. Tak więc to już nie teologia argentyńskiego papieża, ale geopolityka Watykanu wyraźnie trapi Terlikowskiego, zwłaszcza niedopuszczalne zbliżenie z Rosją. Jak widać, polskie antyrosyjskie fobie, o których na łamach PRZEGLĄDU tyle pisali Andrzej Walicki i Bronisław Łagowski, dotykają do głębi zatroskany umysł redaktora Terlikowskiego, który zresztą nie ogranicza publicystycznej aktywności do felietonów na łamach „Rzeczpospolitej”, ale aktywnie działa i w swojej Telewizji Republika, i na portalu Fronda.pl.

Zbyt spolegliwy wobec Żydów

Inny komentator spraw kościelnych na łamach „Rzeczpospolitej”, Filip Memches, najpierw dał się poznać jako zdecydowany przeciwnik ekologicznej encykliki Franciszka Laudator si’, a później z niepokojem odnotował odejście od misji nawracania Żydów. Chodzi o opublikowany w grudniu 2015 r. nowy dokument watykański, w którym mowa jest o tym, że Kościół nie tylko rezygnuje z nawracania Żydów, ale i zdecydowanie dystansuje się od podobnych praktyk. Memches nie poprzestał na wyrażaniu swoich lęków, lecz zwrócił się z prośbą o ich rozwianie do eksperta ks. prof. Waldemara Chrostowskiego (30-31 stycznia 2016). Jak wiadomo, ks. Chrostowski jest urzędowym teologiem prawicowych publicystów i chętnie odpowiada na ich pytania, nie szczędząc krytyki pod adresem innych księży, nader spolegliwych wobec „lobby żydowskiego”, czy nazbyt otwartych katolików świeckich. Owoc tej swoistej teologicznej terapii można przeczytać znowu na łamach „Plus Minus”.
To znany zabieg retoryczny – gdy nie zgadzam się z oficjalnym nauczaniem, zawsze mogę ponarzekać na jakość i wierność przekładu. Tak postępuje właśnie ks. Chrostowski: „Gdy dowiedziałem się o tym dokumencie i poznałem go ze streszczeń, poczułem niemałe zaniepokojenie. Postanowiłem sięgnąć do źródła i przeczytałem wersję angielską. W połowie stycznia na stronie internetowej Konferencji Episkopatu Polski ukazała się wersja polska, ale – niestety – ten przekład pozostawia sporo do życzenia”. Jednak w każdej wersji językowej wychodzi to samo: Żydów katolik powinien zostawić w spokoju i pozwolić im wierzyć po swojemu. Natomiast z długiej rozmowy wyłania się inny obraz. Przede wszystkim ks. Chrostowski rozprawia się z „filozofami dialogu” (koniecznie w cudzysłowie): „Wraca tu dyskusja dotycząca koncepcji dwóch dróg zbawienia, która pojawiła się przed II wojną światową w środowiskach żydowskich i została przeniesiona na grunt chrześcijański. Jej rzecznikami byli dwaj »filozofowie dialogu«: Martin Buber i Franz Rosenzweig. Ich stanowisko można streścić tak: chrześcijanie idą do Ojca przez Syna, ale my, Żydzi, nie potrzebujemy iść do Ojca przez Syna, bo zawsze byliśmy i jesteśmy z Ojcem. Chrześcijaństwo byłoby zatem drogą zbawienia dla nie-Żydów, podczas gdy Żydzi zostają przy własnej drodze zbawienia – judaizmie. Ta koncepcja jest chwytliwa i ma zwolenników w Kościele katolickim w Polsce. Takie głosy pojawiają się w kręgach »Kościoła otwartego« i były lansowane na łamach »Tygodnika Powszechnego«, »Gazety Wyborczej«, »Znaku« i »Więzi«. Postulują, by zostawić Żydów w spokoju, bo ich drogę zbawienia stanowi ich religia”. No właśnie, tak mówi dokument watykański, co widzi również Filip Memches, ale nie zgadza się z tym. Dlatego wzywa na pomoc eksperta, który również z tym się nie zgadza, ale potrafi to teologicznie uzasadnić!

Autor jest teologiem, historykiem i antropologiem kultury, pracuje w Ośrodku Studiów Amerykańskich Uniwersytetu Warszawskiego, w 2005 r. wystąpił z zakonu jezuitów i zrezygnował z kapłaństwa


Jaki jest wpływ papieża Franciszka na polski Kościół?

Adam Szostkiewicz,
dziennikarz i publicysta „Polityki”
To wygląda różnie. Nie jest tak, że wszystko, co mówi papież Franciszek, w polskim Kościele wpada jak kamień w wodę. Klasyczny przykład to sprawa uchodźców, kiedy polski Episkopat zastosował się do linii papieża, deklarując gotowość wsparcia przybyszów i ich przyjęcia. Nic z tego co prawda nie wyszło, ale przykład idzie z góry, od obecnego rządu, który najchętniej nie przyjmowałby uchodźców. Niestety, jest także sporo przykładów na to, że rodzimemu Kościołowi brakuje dobrej woli, aby podążyć za linią Franciszka. Niezrozumienie i oburzenie wzbudziły jego słowa o tym, że nie będzie osądzał geja, który szuka własnej drogi do Boga. To, co Franciszek robi i mówi, nie odbiega od ortodoksji katolickiej, ale znacznie różni się od ortodoksji polskiej. Dlatego część naszego Kościoła traktuje jego przesłanie jako aberrację. Rodzimym publicystom katolickim zdarza się pouczać papieża i stwierdzać, że swoimi działaniami ośmiesza Kościół. Kościół w Polsce cały czas odwołuje się do spuścizny św. Jana Pawła II i Benedykta XVI. To na ich dorobku opiera swoje nauczanie. Ci dwaj papieże mieli bardzo krytyczny stosunek do teologii wyzwolenia, którą postrzegali jako marksistowską V kolumnę w Kościele. Nie jest przypadkiem, że abp Romero tyle lat musiał czekać na beatyfikację. Papież Franciszek pochodzi z regionu, gdzie narodziła się teologia wyzwolenia, i widzi potrzebę docenienia wybranych aspektów latynoskiej teologii. Dlatego tak często zwraca uwagę na światową biedę. Kościoły katolickie w starych demokracjach biorą sobie do serca naukę Franciszka i wyciągają z niej konkretne wnioski. Pod tym względem polski Kościół jest fenomenem. Powstaje niekorzystne wrażenie, że jesteśmy wyjątkiem w europejskim katolicyzmie.

Zbigniew Nosowski,
redaktor naczelny „Więzi”
To dobre pytanie, szczególnie w kontekście listu biskupów polskich do kapłanów na Wielki Czwartek, zatytułowanego „Misjonarze Miłosierdzia”. Ten list na pewno nie powstałby bez pontyfikatu papieża Franciszka. Czytamy w nim m.in. o roli św. Piotra, że „staje się skałą Kościoła właśnie wtedy, gdy widzi, że sam z siebie nic nie potrafi”. Oznacza to, że ci, którzy mają umacniać nas w wierze, sami muszą odkryć, że są słabi. W liście mowa jest także o księżowskich grzechach. Przeczytać można w nim, że księża bywają „marnotrawnymi synami, którzy roztrwonili w znacznej części »majątek« swojego powołania”. W ten sposób biskupi nigdy do księży nie pisali. Pontyfikat Franciszka wzmocnił także liczne środowiska zaangażowane na rzecz ubogich. Dzięki niemu ludzie ubodzy mogą poczuć, że są w sercu Kościoła. Kluczowa trudność związana z papieżem Franciszkiem polega na tym, że jego przesłanie kierowane do duchowieństwa jest bardzo wymagające. Możliwe, że księża to najczęściej krytykowana przez niego grupa. Nie są do tego przyzwyczajeni, ponieważ dotychczas słyszeli słowa umocnienia od swoich pasterzy. Coś takiego wywołuje opór nie tylko w Polsce. Można to zaobserwować zwłaszcza w krajach w przeważającej mierze katolickich, gdzie trwa przekonanie o społecznej roli duchownego, o jego wyższym statusie, i to niekoniecznie materialnym. Poza tym papież wymaga zmiany modelu duszpasterstwa. Dotychczas księża troszczyli się o tych, którzy przychodzili do kościoła, Franciszek pokazuje, że należy poszukiwać tych, których w Kościele nie ma.

Dr hab. Tadeusz Bartoś,
Akademia Humanistyczna im. Aleksandra Gieysztora w Pułtusku, były dominikanin
Należy pamiętać, że w ramach Kościoła katolickiego funkcjonuje Kuria Rzymska, która jest w opozycji do działań papieża Franciszka. W milczącej opozycji jest także polska hierarchia kościelna. W Kościele, podobnie jak w wojsku, istnieją frakcje, ale wielu rzeczy głośno się nie mówi. Ta frakcja ma świadomość, że papież nie jest wieczny, i czeka. Pamiętajmy jednak, że kard. Bergoglio został wybrany, więc w pewnym sensie jego działania są wliczone w system. Część konserwatywnych i rozsądniejszych biskupów jest zadowolona, bo papież robi całemu Kościołowi dobrą publikę. To tak jak w PZPR, kiedy do KC przyjmowano tzw. liberałów, żeby pokazać ludzką twarz, pluralizm i przykryć partyjny beton. Franciszek de facto nie reformuje Kościoła, ale często go krytykuje. To, co mówi, nie jest natomiast miłe dla polskich hierarchów, ponieważ dotyczy ich stylu życia, szczególnie bogactwa. Dlatego polski kler zachowuje dystans do Franciszka, bo na jego tle rodzimi księża wypadają wyjątkowo blado.

O. Grzegorz Kramer,
jezuita
Aby zrozumieć papieża Franciszka, trzeba przeczytać księgi prorockie ze Starego Testamentu. Prorocy, ludzie od Boga, bardzo często posługiwali się znakami niezrozumiałymi w pierwszym momencie dla całego narodu izraelskiego. Franciszek – jezuita, który został papieżem, co już samo w sobie jest znakiem – bardzo często posługuje się słowami i gestami, które w pierwszej chwili wielu (również w samym Kościele) mogą się wydawać niezrozumiałe czy wręcz gorszące. Franciszek to papież, który swoimi decyzjami, słowami i gestami wprowadza wiele pozytywnego zamieszania. Jednych denerwuje, drugich pobudza do wiary i zadawania sobie trudnych pytań, co w konsekwencji prowadzi do powrotu do wiary świadomej i żywej. Tak jest też w polskim Kościele. Wielu ludzi pod jego wpływem budzi się w końcu do wiary, w której jest miejsce na to, by zadawać pytania, mieć wątpliwości, szukać swoich dróg do Boga. Franciszek sprawia, że wielu duchownych odczuwa dyskomfort, że dla wielu stare, utarte schematy tracą nagle siłę i wymuszają szukanie nowych dróg dotarcia do ludzi. Można powiedzieć, że za tego pontyfikatu Kościół, po raz kolejny w historii, musi zrzucić kilka „starych ubranek blichtru”.

Artur Sporniak,
dziennikarz „Tygodnika Powszechnego”
Kościół to pojęcie bardzo szerokie, ale najczęściej, kiedy o nim mówimy, mamy na myśli instytucję. W takim wypadku wydaje się, że wpływ Franciszka jest niewielki. W ostatnich dwóch dziesięcioleciach polski Kościół budowano nawet nie na nauczaniu, ale na wielkości Jana Pawła II. Papież Polak wykorzystywany był jako symbol, na którym budowano świadomość religijną Polaków. Momentami można mieć zatem wrażenie, że instytucja nie dostrzegła zmiany na Tronie Piotrowym. Proszę zauważyć, że teraz do Polski przyjeżdża papież Franciszek, ale na Światowe Dni Młodzieży, które są silnie kojarzone z Janem Pawłem II i w Krakowie będą poświęcone jego osobie. Swego czasu w „Tygodniku Powszechnym” sprawdziliśmy, co polscy księża myślą o Franciszku. Okazało się, jeśli można tak generalizować, że nie rozumieją oni Franciszkowego sposobu widzenia Kościoła. To rodzi wiele nieporozumień i lęków. Zwróciliśmy uwagę nawet na to, że w pomieszczeniach kościelnych wiszą portrety Benedykta XVI, a nie ma portretów Franciszka. Obecny papież jawi się jako postać z innego świata religijnego i to rodzi pewne problemy. Dużo lepszy jest jednak odbiór Franciszka we wspólnotach religijnych, które nastawione są na zaangażowane przeżywanie wiary. To właśnie środowiska związane z ruchem nowej ewangelizacji wydały dokumenty z Aparecidy, które papież uznaje za programowe. A co przeciętny Polak myśli o papieżu? Sądzę, że Franciszek może go fascynować, bo jest dobrze kojarzony – z ewangelią, a nie z instytucją.

Not. Wiktor Raczkowski

Foto: AP Photo/Alessandra Tarantino

Wydanie: 13/2016

Kategorie: Kościół

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy