Polska dusza z mitu i kitu

Polska dusza z mitu i kitu

Polska znalazła się w stanie jakiegoś szaleństwa. Chciałbym, aby ci, którzy za nie odpowiadają, jak Kmicic oblali się lodowatą wodą

Prof. Zbigniew Mikołejko – kierownik Zakładu Badań nad Religią Instytutu Filozofii i Socjologii Polskiej Akademii Nauk

Panie profesorze, pamięta pan piosenkę kabaretu Elita z lat 70.: „Hej, szable w dłoń! (…) Ruszamy w bój, / aby Baśkę uwolnić od zbója / Tatarzyn zbój, okrutny zbój, / nie zwycięży nas nigdy, tralala!”?
– Oczywiście.
Wtedy żartowano sobie z bohaterów Trylogii, obecnie władza stawia ich za wzór do naśladowania.
– Moim zdaniem, współcześni dawcy wzorców polskości nie przejmują się żadnym Sienkiewiczem czy Mickiewiczem, wykorzystują tylko jakieś szczątki wielkiej tradycji romantycznej i postromantycznej do budowy tzw. porządku patriotycznego. To, co się teraz wśród nich gada o sprawach patriotyzmu, jest wulgarne, toporne.

Zgubny sarmatyzm

A jednak obie izby parlamentu ustanowiły obecny rok rokiem Henryka Sienkiewicza. W uchwale Sejmu napisano, że spuścizna Sienkiewicza „stanowi podstawę patriotycznego wychowania młodych pokoleń Polaków, jak bowiem pisał o Nim Stanisław Cat-Mackiewicz: »My wszyscy z niego«”. Pan też?
– Też, ale zapewne w przeciwieństwie do wielu autorów tego dokumentu jestem z dogłębnego czytania Sienkiewicza; wielokrotnie w swoich pracach interpretowałem teksty tego pisarza. Trudno mi zresztą wyobrazić sobie, bym był z tego samego Sienkiewicza co powołujący się na niego polityczni hejterzy. Oni pochodzą z ideologicznego rozdania, które usiłuje żerować, pasożytować na wielkiej tradycji XIX-wiecznej, żeby zrobić z niej doraźny, pałkarski użytek. Henryk Sienkiewicz, niezależnie od słynnej krytyki Stanisława Brzozowskiego, jest o wiele bardziej złożony niż ta ideologiczna, nadęta interpretacja, którą pan przytoczył.
Senat w uchwale o Roku Sienkiewiczowskim zalecił popularyzowanie zawartego w jego książkach „przywiązania do tradycyjnych wartości”.
– Co to znaczy „tradycyjne wartości”? Nie ma takich wartości, bo nie ma jednej wspólnej tradycji, z której mogłyby one się wywodzić. Każdy poważny badacz przedmiotu – polecam książkę prof. Jerzego Szackiego „Tradycja” – przekona nas, że tradycja jest sprawą wyboru. Jestem przeciwko narzucaniu jednoimienności, opowiadaniu bredni, że istnieje jednoimienna, powszechnie obowiązująca tradycja.
Ci, którzy myślą inaczej niż pan, mówią, że polska dusza jest nie do pomyślenia bez sarmatyzmu. Przypuszczam, że uhonorowanie Sienkiewicza to zarazem podkreślenie zasług i wyrażenie uznania dla tamtej epoki.
– Takie myślenie jest obecne od XIX w. w części środowisk konserwatywnych, kontynuuje je m.in. Jarosław Marek Rymkiewicz, dostrzegając w Samuelu Zborowskim, w warcholstwie, w tamtej nieodpowiedzialności sprzed wieków, źródła prawdziwej wolności i polskości.
Czytałem teksty krakowskich konserwatystów, którzy twierdzą, że sarmatyzm został zafałszowany przez historyków Stanisława Augusta Poniatowskiego.
– A ja znam teksty krakowskich konserwatystów, stańczyków, którzy przeprowadzili bardzo gruntowną krytykę polskości wywiedzionej z sarmatyzmu i dowodzili, że sarmatyzm doprowadził do zguby Polski. Tę ocenę potwierdzają dobrze mi znane teksty autorów, których zaliczamy do przedstawicieli sarmatyzmu: pamiętnik „Przewagi elearów polskich” napisany przez Wojciecha Dembołęckiego, kapelana lisowczyków, pamiętniki Jana Chryzostoma Paska i Marcina Matuszewicza, „Opis obyczajów” ks. Jędrzeja Kitowicza. Autorzy tych utworów nieświadomie lub świadomie obnażają to, co w sarmatyzmie było chorego, zgubnego. Historia wystawiła bowiem jak najgorsze świadectwo sarmatyzmowi, choć trzeba zaznaczyć, że to określenie jest nieostre, obejmuje ciekawą i bardzo zróżnicowaną epokę. W XVI w. owi „Sarmaci” przecież, będąc katolikami, potrafili wybrać do Sejmu Rzeczypospolitej większość złożoną z innowierców – prawosławnych i protestantów, przekraczając własną przynależność wyznaniową, ideową. W XVII w. sarmatyzm uległ zwyrodnieniu, głównie przez raka toczącego demokrację szlachecką – liberum veto oraz trzy dogmaty: zboża, bez którego Europa rzekomo nie mogłaby się wyżywić, ponoć idealnego ustroju, dzięki któremu według ks. Dembołęckiego Królestwo Polskie do Bożego było podobne, wreszcie „przedmurza chrześcijaństwa”. To wszystko okazało się bolesną fikcją, za którą przyszło nam zapłacić kolejno: dyktatem politycznym obcych państw, obecnością na terytorium Rzeczypospolitej obcych wojsk, wreszcie rozbiorami i przeszło stuletnią nieobecnością na mapie Europy – w czasie gdy inni budowali mocne materialne i duchowe podstawy cywilizacyjne.

Zakorkowane głowy

Jacek Kaczmarski uczył krytycyzmu wobec przenoszenia przez Sienkiewicza tradycji sarmatyzmu: „Polska – suknem Radziwiłła. / Wróg prywatny – wróg ojczyzny, (…) / Krzyż, Ojczyzna, Bóg, prywata”.
– Znam tę piosenkę: „Hej, kto szlachta – za Kmicicem! / Hajda na Wołmontowicze”. Zawiera ona kwintesencję sarmatyzmu, ale przecież sam Sienkiewicz nie był wcale wobec niego bezkrytyczny. Zresztą z Sienkiewiczem jest pewien problem, bo miał przecież korzenie tatarskie.
„Geniusz, który wcielił w siebie ducha Narodu”, „Hetman Duchowy Polaków” – jak panu się podobają te charakterystyki Sienkiewicza z uchwały Sejmu?
– Są górnolotne, puste i nieprawdziwe. Jak pisała Wisława Szymborska, „nic dwa razy się nie zdarza”. Hetmaństwo Sienkiewicza odgrywało rzeczywiście niebywałą rolę w warunkach zniewolenia, stanowiąc zasób polskich mitów. Mitów, podkreślam, a nie prawd historycznych. Dziś natomiast żyjemy w zupełnie innym kontekście historycznym, kulturowym, politycznym – jaki więc sens miałoby popularyzowanie dawno przeżytych i nieprawdziwych opowieści, utrwalanie mitów wyłonionych w dobie niewoli? Powinniśmy się skupić na krytycznym spojrzeniu na przeszłość. Za kim mamy się opowiedzieć – za awanturnikiem Samuelem Zborowskim czy Janem Zamoyskim? Jaka tradycja powinna być nam bliższa: wielokulturowości charakterystycznej dla Rzeczypospolitej XVI stulecia czy – posłużę się tytułem dzieła Wacława Sobieskiego – „Nienawiści wyznaniowej tłumów za rządów Zygmunta III-go”?
To nie jest wcale jednoznaczne. Senat w uchwale o Sienkiewiczu podkreślił, że „Quo vadis” „dziś, w chwili zderzenia cywilizacji, zyskuje dodatkowe, współczesne znaczenie”. Islamscy terroryści podpalą Europę, a katolików rzucą na pożarcie dzikim zwierzętom…
– Wraca ten nieszczęsny, wywodzący się z sarmatyzmu mit przedmurza chrześcijaństwa, który doprowadził Polskę do zguby. Słowacki pisał o czerepie rubasznym, fatalnej spuściźnie sarmatyzmu. Był – podobnie zresztą jak Mickiewicz – bardzo wnikliwym badaczem tej epoki. I widział w niej nie zaczyn wielkości Polski i wolności, tożsamości narodowej, lecz trupa, patetycznego zombie pożerającego polskość, wysysającego z niej krew. Idę zresztą o zakład, że ci, którzy napisali i poparli uchwały o Sienkiewiczu, tak naprawdę Sienkiewicza nie znają, odwołują się jedynie do jakichś strzępów, powidoków, wyobrażeń.
Polska od morza do morza, pełna wolność, stepy szerokie. Witold Gombrowicz napisał, że Sienkiewicz „wsadził nam w głowy Kmicica wraz z Wołodyjowskim oraz panem Hetmanem Wielkim i zakorkował je”.
– Ta opinia dotyczy starszych pokoleń, teraz Sienkiewicza nikt nie czyta.
W tym roku cała Polska ma czytać Sienkiewicza.
– Jak to możliwe, skoro z ostatnich badań Biblioteki Narodowej wynika, że w ubiegłym roku przeszło 63% Polaków nie przeczytało ani jednej książki? Zaledwie co 11. przeczytał w tym czasie więcej niż sześć książek. A przez szkołę i uczelnię można przejść, nie czytając dłuższych tekstów. Skoro matury i dyplomy szkół wyższych są godne tylko tego, żeby z nich zrobić papierowe samolociki, to o czym my mówimy?

Czas zatrzymany

O Narodowym Czytaniu, akcji zapoczątkowanej w 2012 r. przez Bronisława Komorowskiego i kontynuowanej przez Andrzeja Dudę. W zeszłym roku czytaliśmy „Lalkę”, w tym sięgniemy po „Quo vadis” Sienkiewicza. W głosowaniu powieść ta wygrała z „Chłopami”, „Nocami i dniami”, „Weselem” i „Popiołami”. Nie jest pan zdziwiony?
– Ani trochę, bo Sienkiewicz stał się symbolem pisarza. Kiedy kogoś pytają, jakiego polskiego pisarza zna, to wymienia Sienkiewicza, choć w życiu nie miał z nim do czynienia. Czasem pytam podstępnie studentów, kto napisał „Pana Tadeusza”, i słyszę odpowiedź: Sienkiewicz. Oni nie znają ani jednego, ani drugiego. To jest fakt. Narodowe Czytanie ma formę spektaklu, pożytecznego, i owszem, ale nie wierzę, że przyczyni się do pogłębienia znajomości Sienkiewicza. Młodzi nie będą go czytać, system edukacyjny jest taki, że zamiast wiedzy otrzymujemy jakieś strzępy, z Trylogii zostają husarskie skrzydła i „rycerstwo spod kresowych stanic”.
Niewiedza, nieczytanie mogą sprzyjać wpojeniu przekonania, że jesteśmy potomkami dumnych sarmatów, narodu wielkiego i wybranego, wyjątkowego. Zamiast odwoływać się do oświecenia i racjonalizmu, będziemy się skupiać na emocjach, gestach, rytuałach, symbolach.
– Tak niestety się dzieje – i sarmatyzm fałszywie przeciwstawia się tradycji oświeceniowej. Dla mnie symboliczne było zdjęcie zegara ze ściany kancelarii pani premier i zastąpienie go krzyżem, kopią toskańskiego krucyfiksu. Odczytałem to jako przejście od porządku chronos, nieubłaganie upływającego czasu linearnego i postępowego o wyznaczonym kierunku, do czasu kairos – nieruchomego i patetycznego czasu mitów i rytuałów.
Nie mniej znaczące było chyba usunięcie z kancelarii pani premier unijnych flag i pozostawienie wyłącznie polskich – dumni Polacy wstają z kolan, odtąd nikt nie będzie nam niczego narzucał ani opluwał polskiej duszy.
– Ta biało-czerwona flaga, o czym się nie pamięta, wywodzi się z dziedzictwa oświeceniowej Konstytucji 3 maja, uchwalonej faktycznie w warunkach zamachu stanu. Inaczej nie udałoby się jej przeforsować, podobnie jak nie udało się wprowadzić wielu reform, w tym kodeksu Andrzeja Zamoyskiego. Naprawę Rzeczypospolitej torpedowali uważający się za prawdziwych patriotów Sarmaci. Lecz mimo ich oporu zreformowano szkolnictwo, dokonał się rozwój kultury i miast. Oświecenie wyposażyło nas w trwałe dziedzictwo, dzięki któremu mogliśmy przetrwać czas bez niepodległości – sarmatyzm nam tego nie zostawił, konstytucja i zreformowana edukacja nie były jego dziełem.
Za to określenie polskiej, narodowej duszy, które przywrócił kilka lat temu do obiegu prof. Ryszard Legutko, autor „Eseju o duszy polskiej”, jest zdecydowanie bliższe sarmatyzmowi niż oświeceniu.
– Odpowiem anegdotą zaczerpniętą z powieści rosyjskiego pisarza Walerija Piecucha, której akcja toczy się w komunałce – mieszkaniu zajmowanym przez kilka rodzin. Najważniejsze rozmowy toczą się tam koło pieca na korytarzu. Pewnego razu jeden lokator pyta drugiego, czy wie, z jakich powodów Rosjanie wynaleźli rosyjską duszę. Odpowiedź brzmiała: z takich samych, które doprowadziły do wynalezienia przez Hindusów buddyzmu – z braku dostatecznej liczby przedmiotów codziennego użytku. Mam wrażenie, że ta anegdota w znacznej mierze stosuje się do polskości – brak krzepkiego życia społecznego i gospodarczego próbujemy zrekompensować rzekomą wyjątkowością naszej duchowości. Nie ma czegoś takiego jak polska dusza, pojęcie ukuli w XIX w. romantycy, lecz sami podchodzili do niego, tak jak Słowacki, ostrożnie – ambiwalentnie, niejednoznacznie.
Paweł Rojek, inny krakowski konserwatysta, w „Powrocie duszy polskiej” napisał: „Polskość jest cnotą. Polskość jest czymś, co można ćwiczyć, czego można się nauczyć, do czego nie jest konieczna ciągłość praktyki. (…) Ktoś, kto zacznie żyć po polsku, nie będzie udawanym Polakiem”.
– I należy się nawrócić na polskość według projektu wyznaczonego przez prof. Legutkę i pana Rojka? Ja takiej polskości nie potrzebuję. Jeden z moich dziadków walczył jako ułan w wojnie polsko-bolszewickiej, a w czasie II wojny był więziony w Dachau i Buchenwaldzie. Drugi dziadek – ten, który mnie wychował – też walczył w czasie I wojny, w 1920 i 1939 r. o Polskę, a w czasie okupacji pomagał żydowskim przyjaciołom i został za to potwornie skatowany. Mój ojciec, którego nie pamiętam, jako młody żołnierz walczył w AK, a potem zwiał z sowieckiego więzienia. Nie muszę więc afiliować się do polskości poprzez ideologiczne projekty osób, które uznały się za jej namiestników. Nie odmawiam im prawa do takiego udziału, ale niech nie oczekują, że wszyscy uznają wyznaczone przez nich kryteria. Nie tędy droga – podobne opowieści mają przecież swoje konsekwencje.

Nasz hejt powszedni

Dzień przed naszą rozmową kontrolowany przez obecną władzę kanał Kultura pokazał film „Ostatnie piętro”. Jego bohatera doprowadził do obłędu patriotyzm oparty na Sienkiewiczu i współczesnym jego odczytywaniu przez skrajnych narodowców. Opętany przekonaniem, że ojczyzną rządzą Żydzi i homoseksualiści, wywiesił w oknie biało-czerwoną flagę, zamienił mieszkanie w twierdzę, dzieci, zamiast chodzić do szkoły, poznawały „Pana Wołodyjowskiego”. W końcu bohater popełnił samobójstwo.
– Bardzo ciekawe. A czy wie pan, gdzie poza Polską przed wojną „Pan Wołodyjowski” był lekturą obowiązkową? Bardzo łatwo zgadnąć.
Na Litwie?
– Nie, w Japonii, bo mieszkańcom oswojonym ze zjawiskiem kamikadze postać rycerzy wysadzających się w powietrze była bliska.
Jednym z fundamentów polskiej duszy jest wiara chrześcijańska, choć odnoszę wrażenie, że Bóg został przez naszych nauczycieli patriotyzmu podporządkowany narodowi polskiemu, spolonizowany.
– Przypomina mi się wiersz Słowackiego: „Szli krzycząc: »Polska! Polska!« / – wtem jednego razu / Chcąc krzyczeć zapomnieli na ustach wyrazu; / Pewni jednak, że Pan Bóg do synów się przyzna, / Szli dalej krzycząc: »Boże! Ojczyzna! Ojczyzna«. / Wtem Bóg z Mojżeszowego pokazał się krzaka, / Spojrzał na te krzyczące i zapytał: »Jaka?«”. Choć dzisiejsi patrioci bardzo chętnie odwołują się do naszych romantyków mesjanistów, trzeba pamiętać, że tamci – w imię polskości – wadzili się z Bogiem, inspirowali się filozofią i teologią heretycką.
Ligia z „Quo vadis” mówi, że nie wolno jej nienawidzić, bo jest chrześcijanką. Tymczasem wielu polskich chrześcijan sądzi, że nie ma w tym niczego nagannego. Maria Peszek śpiewa: „Hejt nasz polski powszedni / Jak chleb jak obiad na stole”.
– Mamy obecnie do czynienia z wdrażaniem projektu ideologicznego, a projekt ten nie ma w sobie krztyny moralności. Nie może mieć, bo tego, co ideologiczne, nie interesują pojęcia prawdy, uczciwości, rzetelności, otwartości, tolerancji, solidarności. Język ideologii jest daleki od miłości. Mieliśmy incydent pojednania po śmierci Jana Pawła II dwóch krakowskich klubów piłkarskich. Następnego dnia się pobili, tak to wygląda. Podałem przykład środowiska kibiców, bo szef rządzącej Polską partii uważa ich za prawdziwych patriotów.
Kilka lat temu wieszczył pan, że w ten sposób konstruowana polskość umiera, że to jej łabędzi śpiew. Tymczasem zaraziła miliony osób, ogromną część młodzieży, której bliska jest sarmacko-romantyczno-narodowa Polska.
– Pewnego typu zjawiska olbrzymieją u swojego kresu, żeby zaraz potem zdechnąć. Jesteśmy w takim momencie. Rozpaczliwie, histerycznie próbuje się nam narzucić ten „porządek patriotyczny” – gdyby miał on lepsze perspektywy, byłby wprowadzany wolniej, sensowniej, bardziej przemyślanie. Nie da się jednak zbudować Polski według konceptu schyłkowej endecji połączonej z jakimiś odmianami bolszewizmu. Nie da się tego zrobić w Europie, w tym miejscu i czasie. Można jedynie próbować, tworząc dramat społeczny, którego teraz jesteśmy nie tylko świadkami, ale i niestety uczestnikami.
Czym on się skończy?
– Poprzednio z podobnie głębokimi podziałami mieliśmy do czynienia w pierwszych latach powojennych, a wcześniej w latach 30. To, co się dzieje w Polsce, można bowiem nazwać zimną wojną domową. Nie mogę przewidzieć jej końca, bo Polska znalazła się w stanie jakiegoś szaleństwa. Wiem, że to zabrzmi jak życzenie na święta, ale chciałbym, aby ci, którzy za nie odpowiadają, jak Kmicic po swoich wybrykach oblali się lodowatą wodą ze studni, stojąc na śniegu. W przeciwnym razie będziemy musieli się zmierzyć z jeszcze większymi dramatami.

Foto: Krzysztof Żuczkowski

Wydanie: 12/2016

Kategorie: Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy