Polska nie kończy się w Warszawie

Polska nie kończy się w Warszawie

LEWY DO PRAWEGO 

Minął najdłuższy weekend, jaki sobie zafundowaliśmy na początek nowego tysiąclecia. Ta dziewięciodniowa wyrwa w pracy odbija się, oczywiście, na gospodarce. Można dokładnie wyliczyć, ile czego nie wyprodukowano i nie wykonano. I to jest bezsporny fakt. Ale są również korzyści. Była to bowiem jedyna w tym roku dekada, w trakcie której nie powstała nowa partia na prawicy. Takiego szczęścia dawno nie doznaliśmy.
Mimo zachęcającej do wyjazdów pogody większość z nas czas ten spędziła nie w Egipcie, Grecji i innych ciepłych krajach lub krajowych kurortach, lecz po postu w domu, bo to najtaniej. Jako poseł ziemi kaliskiej uczestniczyłem w wielu pochodach, festynach i spotkaniach organizowanych przez SLD z okazji 1 i 3 Maja. Szedłem w kilkutysięcznym pochodzie pierwszomajowym w stolicy byłego województwa, w Kaliszu. W tym roku nie było już konkurencyjnego pochodu “Solidarności”. Przewodniczący Krzaklewski oddał się jedynie modłom w bazylice św. Józefa i na ulicę już nie wyszedł. Słusznie, bo byłoby głupio, gdyby w takim pochodzie za pocztami sztandarowymi szło wyłącznie kilkunastu funkcyjnych działaczy.
Byłem na festynach i spotkaniach w miastach powiatowych – Jarocinie, Pleszewie, Krotoszynie, a także w gminach – Opatówku, Cekowie, Żelazkowie, Liskowie i Koźminku. Wymieniam te wszystkie miejscowości, by podkreślić, że Polska nie składa się z Warszawy, ale również, a w zasadzie przede wszystkim, z Polski powiatowej i gminnej, gdzie również obchodzi się 1 i 3 Maja, choć nie pokazuje tego telewizja.
W ciągu tych kilku dni miałem możliwość spotkania się i rozmawiania nie tylko z tzw. SLD-owskim elektoratem, ale i z mieszkańcami, a było z kim rozmawiać (nigdy dotąd frekwencja nie była tak wielka) i o czym rozmawiać (nigdy dotąd problemów nie było tak wiele).
Pierwsze, co nurtuje ludzi, to przede wszystkim brak pracy, a tych, co jeszcze ją mają – paniczny strach przed jej utratą. Ludzie wcale nie chcą zasiłków, jakiejś nadzwyczajnej opieki, a po prostu pracy. Bezrobotni mają poniżej pleców programy aktywnej walki z bezrobociem ograniczające się często do nauki pisania podania o pracę, czego przykładem jest program realizowany przez Deawoo. Bezrobotni chcą choćby prostego zajęcia, jakim mogą być roboty publiczne (zalesianie, budowa i naprawa dróg).
Drugi problem to wysokość najniższych płac i świadczeń socjalnych. Podstawowe pytania to: jak za 500-600 zł można utrzymać trzyosobową rodzinę, co można kupić za kilkudziesięciozłotowy zasiłek, otrzymywany raz na trzy miesiące. Następne to opieka medyczna, a w zasadzie brak opieki i oświata w wydaniu powiatowo-gminnym. Na kasach chorych i ich wysoko wynagradzanym personelu nikt nie pozostawia suchej nitki. Jeśli zaś chodzi o oświatę, to w błędzie tkwią ci politycy, którzy wyrównywania szans młodzieży upatrują głównie w pracowniach komputerowych w każdej gminnej szkole. Myli się również premier Buzek, którego kredyty dla studiującej młodzieży nie trafiają do dzieci rolników, ponieważ nie mogą ich otrzymać z uwagi na niską dochodowość rodziców. Wyrównywanie szans to – według rodziców tych wiejskich dzieci – tańsze bilety na dojazdy do szkoły, dopłaty do stancji, finansowa pomoc przy zakupie podręczników, wsparcie materialne dla zdolnych, lecz biednych, zachęcanie dobrych nauczycieli do podejmowania pracy w gminnej szkole.
To, co w rozmowach ze mną poruszali ludzie, jest nam wszystkim, oczywiście, znane. Natomiast nowym zjawiskiem jest, że ta skrajna już bieda zaczyna prowadzić do zerwania więzi społecznych. Ktoś niedawno napisał, że jedyny prawdziwy podział w Polsce to podział na tych, co mają co do garnka włożyć i na tych, co nie mają. Nie jest to do końca prawdziwe. Jest jeszcze gorzej. Nigdy dotąd nie spotkałem się z faktem, by tak otwarcie jedni biedni występowali przeciwko drugim biednym. Nigdy dotąd młodzi bez pracy nie domagali się wprowadzenia zakazu dorabiania przez emerytów i rencistów, zwykli emeryci nie zazdrościli świadczeń emerytom mundurowym, domagali się kwotowej podwyżki najniższych emerytur, a nie procentowej, z której korzystają emeryci z wysokimi świadczeniami. Dostaje się również nam, parlamentarzystom, za uchwalone wynagrodzenia, które według większości ludzi są nieprzyzwoicie wysokie w stosunku do panującej w kraju biedy.
Powszechnym oczekiwaniem jest zmiana ekipy rządzącej i większość ubolewa, że nie może to nastąpić wcześniej w wyniku przyspieszonych wyborów. W trakcie kampanii wyborczej w telewizji i centralnych mediach wszyscy politycy będą zapewne mówić o makroekonomii, o walce z bezrobociem, wyrównywaniu szans, reformie służby zdrowia i oświaty, poprawie bezpieczeństwa, ale jak przyjadą przykładowo do Pleszewa czy Liskowa – to będą musieli odpowiedzieć, co konkretnie zmieni się w tych miejscowościach w ciągu najbliższych czterech lat. Czy zostanie zakończona budowa sali gimnastycznej, wyremontowana droga i szkoła, jak długo rolnik będzie czekał na zapłatę za sprzedane płody, czy dopłaty do kredytów rolniczych będą tylko w budżecie, czy także w banku, w jaki sposób zamierza się pomóc upadającym zakładom? I na to właśnie pytanie, co zmieni się w Polsce powiatowej i gminnej, musi znaleźć odpowiedź w swoim programie Sojusz Lewicy Demokratycznej, jeśli chce zrealizować swój cel i wysoko wygrać wybory.

Wydanie: 20/2001

Kategorie: Publicystyka
Tagi: MAREK WAGNER

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy