Polska zagłębiem pokojów ucieczki

Polska zagłębiem pokojów ucieczki

Polacy pokochali escape roomy. Krajowa branża wyrosła na czwartego gracza na świecie

Pierwsza lokalizacja odpada już po kilku minutach – Cyrk Dziwadeł (Escapers) w Warszawie wolnych terminów nie ma przez kilka kolejnych wieczorów. Druga – Łowcy Głów (Amazeing) też ma komplet gości. Podobnie jest w Legendzie Miecza (Wyjście Awaryjne) czy np. Napadzie na Bank (Akcja Ewakuacja nr 1 Warszawa). Znaleźć wolne miejsce z dnia na dzień w najbardziej obleganych terminach (przede wszystkim w piątkowe i sobotnie popołudnie) nie jest łatwo. Grupa przyjaciół liczy trzy osoby, decyzja jest spontaniczna, za to zamówienie konkretne: niech to będzie jeden z najlepiej ocenianych escape roomów, czyli pokojów ucieczki. To pomieszczenia wypełnione przeróżnymi zagadkami – od manualnych po logiczne. Najlepiej rozwiązać je tak szybko, jak tylko się da.

W innych miastach nie inaczej – we wrocławskich Scooby Dooby Doo (Fox O’clock), Obłęd (Exit19.pl) czy Porwany Samolot (Escape Bus) także trudno o wolną godzinę. Podobnie w Bydgoszczy – Tajemnica Strychu (Fabryka Czasu), Nautilus: Podmorska Przygoda czy np. Legenda Miecza (Wyjście Awaryjne) też porezerwowane z dużym wyprzedzeniem.

– I trudno temu się dziwić, bo Polacy całym sercem pokochali tę formę rozrywki – tak ten fenomen wyjaśnia Jakub Witosławski z serwisu LockMe.pl. Od 2014 r. zajmuje się obsługą rynku escape roomów w Polsce (a od 2017 r. także w Niemczech i Austrii).

W samej Warszawie powstało ich już prawie 120, w Poznaniu ponad 100, we Wrocławiu – 70, a w Bydgoszczy – 42. Łącznie w całym kraju jest ich już ok. 1000. To 359 firm, bo większość ma kilka lokalizacji, skoro rynek wydaje się nienasycony. Stale też powstają nowe pokoje – na przełomie wiosny i lata Exit19 otworzy kolejny. A jeszcze w styczniu 2019 r. Wyjście Awaryjne odda drugi Pokój Piramid.

Ale i tak już teraz Polska wyrosła na najważniejszego gracza w regionie (na niemieckim rynku jest tylko 759 escape roomów) i czwartego na świecie. Przed nami są USA, Rosja i Chiny – i to głównie ze względu na rozmiary tych krajów. W USA działa obecnie ok. 4,5 tys. pokojów ucieczki, a pierwsze zaczęły powstawać jeszcze w 2012 r.

Wehikuł czasu

Sam pomysł na biznes nie jest jednak oryginalny – przecież graczy zamykano już w czterech ścianach i dawano różnego rodzaju zagadki do rozwiązania w popularnym w latach 90. francuskim programie „Fort Boyard” czy brytyjskim „The Crystal Maze”. Oba formaty, w których celem uczestników misji było zdobycie kluczy koniecznych do dostania się do skarbca, szybko jednak wyczerpały swoje możliwości. Po nich rynek zalały proste gry w stylu point-and-click, które pojawiały się już na ośmiobitowych komputerach. Legendarny okazał się „Myst”, w którym przemierzało się równoległe światy i głowiło nad zagadkami z ksiąg. Aż w końcu w 2006 r. grupa informatyków z Doliny Krzemowej – nie trzeba chyba dodawać, że byli fanami RPG (role-playing game) – wpadła na pomysł przeniesienia tych gier do świata rzeczywistego. Tak narodził się Origin (inspirowany zagadkami z książek Agathy Christie), który do dziś uchodzi za najwierniejszy pierwowzór pokojów ucieczki. Pomysł chwycił na tyle, że escape roomy zaczęły powstawać na całym świecie. Polacy poznawali je nierzadko przez przypadek – podczas zagranicznych podróży albo poszukiwań w sieci. Ale bakcyla połknęli i zdecydowali się przeszczepić na krajowy grunt ten format bazujący na silnych emocjach i wymagający współdziałania. Obowiązkowo z angażującą fabułą i realistyczną scenografią. Bo dla jednych to przede wszystkim sposób na zabawę poza siecią, a dla drugich – nawiązanie do gier znanych z dzieciństwa (nie bez powodu modne są teraz planszówki).

– Z tą jednak różnicą, że escape roomy działają jak wehikuł czasu, pozwalają przenieść się w czasie i przestrzeni, a także – inaczej niż w filmie, kinie czy teatrze – pozostać bohaterem i głównym sprawcą zdarzeń – zastrzega Grzegorz Cholewa, współwłaściciel Exit19.pl.

Nic dziwnego, że tylko w 2017 r. pokoje ucieczki odwiedziło w Polsce 4,2 mln osób. Za bilet płaciły średnio 100 zł (najwięcej w Warszawie – 147 zł, a najmniej w Rawiczu – 78 zł), co dało ok. 120 mln zł. W tym roku ma paść rekord, wynika z prognoz właścicieli.

Kilka gratów

Wejście na rynek escape roomów to wydatek ok. 100 tys. zł, czyli wartość średniej klasy samochodu z salonu. Tyle potrzeba na przyzwoity pokój. Na wyjątkowy trzeba będzie dorzucić jeszcze jedno auto. Mimo to chętnych nie brakuje, w tym także śmiałków, którzy porwali się nawet na wyjście z Polski. Jednym z nich jest architekt krajobrazu Karol Skraba z Wrocławia. Najpierw w 2014 r. razem ze wspólnikami Sebastianem Wąsowiczem i Mateuszem Kacprowiczem otworzyli we Wrocławiu LetMeOut, czyli pierwszą w Polsce grę typu escape rozgrywaną w czasie rzeczywistym. Potem na przełomie 2015 i 2016 r. zaistnieli w Brukseli, a teraz planują dalszą ekspansję. – Chcemy działać też w Niemczech. Liczymy, że do końca 2019 r. będzie to druga nasza lokalizacja poza Polską – mówi Karol Skraba.

Już 2017 r. był dla niego bardzo dobry. Przychody i zyski rosły rok do roku, podobnie jak liczba grup – bywało, że miesięcznie w jednym punkcie urosła ze 100-120 do 300. Każda z nich zostawiała ok. 100 zł za pojedynczą grę, co daje obrót w wysokości ok. 30 tys. zł miesięcznie.

Pod swoją marką LetMeOut działa teraz w sześciu miejscach w Polsce (m.in. w Krakowie, Katowicach, Lublinie, ale też w Zakopanem). Ma 27 pokojów, w tym od 1 września pierwszy w Polsce escape room wyłącznie dla programistów.

– Rynek jest już gotowy na specjalizacje branżowe?! – dopytuję.

– Dla określonych grup zawodowych na pewno. Czy dla wszystkich – tego nie wiem. Poza tym Wrocław, gdzie działa teraz Hexit, taka jest oficjalna nazwa pokoju, jest specyficzny. Siedziby ma tu wiele firm IT, pracuje wielu programistów.

Dla niedoświadczonego przedsiębiorcy, jakim był zaledwie cztery lata temu, escape roomy nie były z początku tak pewnym biznesem. Wystartowali nieśmiało i bardzo skromnie, z dwoma pokojami po 18 m kw., w biurze wynajętym na jednej z ulic odchodzących od rynku głównego. Na urządzenie potrzebowali trzech miesięcy i 15 tys. zł (teraz to trzy-cztery miesiące i ok. 30 tys. zł na jedno pomieszczenie). – Wystarczyło kilka gratów do pokoju, żeby go tylko stylistycznie przygotować – Karol Skraba przyznaje wprost. – Przecież jeśli ktoś wtedy otwierał pokoje ucieczki, to wszystkie były utrzymane w klimacie PRL. Ława, kanapa, dywan, kilka zagadek i gotowe. Te ostatnie nawet nie układały się w żadną fabułę, bo o niej nikt jeszcze wtedy nie myślał.

Budowania scenariuszy uczyli się z gier komputerowych, których do dziś są wielkimi fanami, po czym testowali je na znajomych i przyjaciołach. I to wiele razy. Ale choć pomysł chwycił od razu, a liczba miast, w których działali, rosła, to nadal zarabiali też na swoich wcześniejszych biznesach. Karol Skraba zyski czerpał głównie z projektowania stron, a Sebastian Wąsowicz – z prowadzenia klubu i dyskoteki. – Nadal nie wierzyliśmy, że taka forma rozrywki w Polsce przyjmie się na dobre. Bo finansowo od razu się spinaliśmy – będą tłumaczyć po latach. (W biznes weszli przypadkiem, kiedy w sieci trafili na stronę podobnej firmy z zagranicy).

Prawdziwym przełomem okazał się dla nich jednak rok 2015, kiedy i inni zwietrzyli w tym interes (działało już ok. 150 escape roomów, a jedna z firm też nazwała się LetMeOut, choć to oni mieli zastrzeżone i znak, i nazwę handlową).

– Gwałtownie wzrosła liczba zapytań o franczyzę, a bywało, że całe tygodnie spędzaliśmy w trasie – przypomina sobie Karol Skraba. – Zainteresowanie było tak duże, że zdarzało się, że jechaliśmy przez całą Polskę tylko po to, by usłyszeć: „Panowie, ja tu mam kamienicę i nie za bardzo wiem, co z nią zrobić, to może byście zainwestowali w escape room”. Z podobnych spotkań nic potem nie wychodziło.

I dlatego ostatecznie zdecydowali się wchodzić we współpracę głównie z tymi, z którymi mogli się wymieniać doświadczeniami, w tym np. organizatorami dużych eventów. Tak otworzyli np. pokoje ucieczki w Lublinie – to jedyne miasto, w którym marka LetMeOut jest obecna w dwóch lokalizacjach. Nowo nawiązana współpraca spowodowała też, że jeszcze większy nacisk położyli na obsługę klientów i podejście do prowadzenia biznesu. Weszli także w inne formy promocji (wcześniej głównie marketing szeptany, teraz – reklama na FB i kampania AdWords oraz formy niestandardowe). Od dwóch lat wydają np. swoją gazetę. „Dziennik Lublina” liczy osiem stron, zawiera artykuły i reklamy pisane językiem z lat 20. i 30., a rozdawany jest przez chłopców przebranych za gazeciarzy.

Konkurencja sprzyja

Bum na pokoje ucieczki trwa teraz w najlepsze. Rywalizacja między escape roomami toczy się na coraz to nowych polach.

– Jako jedyni mamy teraz tzw. podwójny escape room, czyli dwa pokoje, w których w opcji wyścig może rywalizować od czterech do dziesięciu osób. Widzą pasek postępu przeciwnika, a w razie potrzeby mogą im przeszkadzać. A to proszą o wyłączenie światła na trzy minuty, a to o puszczenie głośnej muzyki, która uniemożliwia komunikację, a to o przekazanie fałszywej podpowiedzi – zachwala Łukasz Skowroński z Wyjścia Awaryjnego; dołączył do spółki w lipcu 2016 r., kiedy ruszali z biznesem w stolicy.

To fotograf specjalizujący się w sesjach reklamowych i portretowych. Wejście w nową branżę zaproponowali mu trzej koledzy z rodzinnej Bydgoszczy. A pomógł fakt, że pokój ucieczki zaczął powstawać tuż za ścianą jego studia („Mogłem jednocześnie czuwać nad nowym biznesem”).

– Ale i tak się baliśmy, bo kto to słyszał budować dwa takie same pokoje?! Przecież to bez sensu! Nawet swego czasu zwątpiliśmy: kto ma tylu znajomych, żeby spontanicznie zorganizować wypad dla 10 osób?! Ale było już za późno – opowiada. Ruszyli w listopadzie 2016 r., a dziś 80% rezerwacji to właśnie opcja wyścig (pokoje można też zamawiać pojedynczo).

Skrzyknęli się jeszcze w 2015 r., a wystartowali z jednym pokojem (był wówczas drugim w Bydgoszczy), by rok później wejść do Warszawy. Co ciekawe, nie dość, że żaden z trójki pomysłodawców nie miał doświadczenia w budowie escape roomów (dwóch nawet żadnego nie odwiedziło), to jeszcze działali w bardzo różnych branżach. Michał Rajszel ma firmę kurierską, Mikołaj Racki – prowadzi działalność związaną z pracami podwodnymi i hydrotechniką, a Filip Mroczek był radcą prawnym (ostatecznie po kilku latach pracy w kancelarii całkowicie poświęcił się escape roomom).

Ich pomysły na każdy kolejny pokój z czasem stawały się jeszcze odważniejsze: tylko autorskie, bez posiłkowania się gotowymi scenariuszami. I zawsze precyzyjnie zbalansowane: jedna zagadka logicznie powiązana z drugą, a ich liczba tak dobrana, by bawić się przez godzinę i obyć bez podpowiedzi (w praktyce ok. 15 zadań różnego rodzaju). Przy czym pokoje stawały się coraz większe (ok. 50 m kw.) i droższe (do 100 tys. zł). – Nie da się dziś za 20-30 tys. zł zbudować escape roomu, który będzie dobry i utrzyma się na rynku – zapewnia Łukasz Skowroński. – Pierwszy, który uruchomiliśmy trzy lata temu, kosztował nas jedynie 6 tys. zł i to tylko dlatego, że wszystko robiliśmy sami, a i wystrój rewelacyjny nie był. Drugi już dwa razy tyle, a trzeci – cztery razy tyle.

Dziś mają ich łącznie dziewięć; jeden generuje średni przychód w wysokości 15 tys. zł miesięcznie. – Każdy kolejny sprawia, że zyskują wszystkie inne, bo klienci przechodzą z pokoju do pokoju nawet tego samego dnia – Łukasz Skowroński tłumaczy model biznesowy Wyjścia Awaryjnego. – Po otwarciu Planu na Włam w Bydgoszczy skok był wręcz nieproporcjonalny. Gości było przeszło dwa razy więcej.

Klientom wcale nie przeszkadza, że część pokojów funkcjonuje bez zmian od czterech lat. Wręcz przeciwnie. – Jeśli są dobre, to będą rekomendowane kolejnym i kolejnym grupom. Poza tym chętnie polecamy klientom pokoje innych firm, które z kolei polecają nasze. W tym biznesie konkurencja tylko nam sprzyja – zapewnia Łukasz Skowroński. Grzegorz Cholewa, współwłaściciel Exit19.pl, potwierdza: – Od początku mocno sobie kibicujemy, bo chodzi przede wszystkim o to, by klienci wciągnęli się w zabawę. Innymi słowy, dobre pokoje zainspirują graczy, by poszli i zobaczyli kolejne – u nas czy w innych firmach. W naszym interesie jest i to, by cały czas postawały kolejne dobre realizacje.

Hollywoodzki rozmach

Grzegorz Cholewa też celuje w budowę kultowych escape roomów. Na razie ze wspólnikiem Krzysztofem Świątkowskim ma we Wrocławiu cztery pokoje ucieczki; o dwóch od początku było głośno.

– Pierwszy, czyli Zdradę w Breslau, zaaranżowaliśmy jak muzeum. Każdy przedmiot pochodzi z Wrocławia lat 30. – od łóżka po stare pianino. Dzięki temu wszędzie unosi się charakterystyczny dla tamtych czasów zapach, a sam escape room działa jak maszyna do podróży w czasie – zapewnia Grzegorz Cholewa. – Drugim, czyli Obłędem, rządzi już hollywoodzki rozmach. 100 m kw. piwnicy urządzaliśmy półtora roku; mówiliśmy nawet swego czasu, że to nie pokój, ale projekt Obłęd. Do pracy zaprosiliśmy scenografów zatrudnianych przy filmach Andrzeja Wajdy czy Jerzego Kawalerowicza. Do dziś zresztą stale z nimi współpracujemy.

Dostęp do nich Grzegorz Cholewa miał ułatwiony, bo sam pracował przy produkcjach filmowych, a wcześniej przez 10 lat jako dziennikarz pisał o życiu kulturalnym Wrocławia.

W efekcie na pokój poszło jakieś 200 tys. zł. Ale – jak zastrzega – nie tylko o efekty specjalne i zaawansowaną elektronikę chodziło. Także o rozpisanie scenariusza sekunda po sekundzie (wspólnik Krzysztof Świątkowski to fanatyk gier planszowych, sam nawet jedną napisał) i zaskakiwanie widza co krok. Stąd najnowszy pomysł, by w poniedziałki organizować… grę z aktorem. To postać wpisana w fabułę, która ma budować dodatkowe napięcie i ingerować w grę (podpowiadać albo mylić tropy).

Jak szybko zwraca się inwestycja? – Maksymalnie po półtora roku – zapewnia współwłaściciel Exit19.pl. Tyko w sierpniu (miesiąc nie ma znaczenia, bo sezon na escape roomy jest zawsze, przekonuje) przez jeden jego pokój przewinęło się ok. 150 grup, co daje rocznie ok. 8 tys. osób. – Ryzyko? Ono jest zawsze, jak w każdym biznesie. Ale escape roomy to nowa branża i innego scenariusza dla nas niż rozwój po prostu nie ma. Dodaje, że zaledwie trzy miesiące temu z Krzysztofem Świątkowskim otworzyli jeszcze Klątwę Skarbu Majów.

Trzecia generacja

Mimo rosnącej popularności escape roomów ich właściciele zdają sobie sprawę, że bańka może jednak kiedyś pęknąć. Dlatego już teraz wprowadzają do oferty usługi dodatkowe, w tym mobilne pokoje ucieczki. Tę strategię wdrożył m.in. LetMeOut.

– Gry wyjazdowe, bo tak też je nazywamy, organizujemy na potrzeby konferencji i targów w całej Polsce. W hotelach urządzamy wtedy cztery-pięć pokojów, do których przywozimy elektronikę i część mebli – wyjaśnia Karol Skraba. Koszt: 2,5 tys. zł za ok. 20 osób.

LetMeOut idzie o krok dalej i wchodzi również w product placement – na potrzeby akcji promocyjnych w wybranych przez klienta miastach stawia kontenery, a do środka zaprasza albo Kowalskich, albo gwiazdy internetu. Do tej pory sięgnęły po to rozwiązanie międzynarodowe koncerny, w tym Orange, Lipton i Adidas, głównie przy wprowadzaniu na rynek nowych produktów i towarzyszących temu kampaniach reklamowych.

Na klientów biznesowych postawił też Exit19.pl. Wynajmuje pokoje ucieczki na imprezy integracyjne czy np. szkolenia i rekrutacje prowadzone przez działy HR i head hunterów (podobną strategię ma m.in. Wyjście Awaryjne). Ostatnio wszedł także we współpracę z firmą szkoleniową – na zlecenie klientów oferują kompleksową usługę, w tym pomoc w interpretacji zachowań (potencjalnych) pracowników.

Biznes na escape roomach zwietrzyły też specjalistyczne firmy oferujące konkretne usługi dla branży – od tworzenia nowych zagadek, przez pisanie scenariuszy, po budowę stron internetowych, systemów rezerwacyjnych i wystroju (w grę wchodzą: elektronika, elektryka, hydraulika, stolarka, a nawet obróbka metali). Wśród nich są Escape Room Supplier i Escape Service, które usługi i sprzęt sprzedają już poza Polską. Marcin Pleskacz, właściciel Escape Room Supplier: – Ostatnie zamówienie mieliśmy z Afryki, a wcześniej z USA, Norwegii, Japonii, Korei, Brazylii, Paragwaju, Gwatemali. Największe do tej pory z Kanady, kiedy na przełomie 2017 i 2018 r. jedna z tamtejszych firm przechodziła na pokoje trzeciej generacji. Odchodziła od kłódek i papieru na rzecz pełnej elektroniki, która jest teraz standardem w Polsce. O ile w 2015 r. naszpikowany nią był jeden na 10 pokojów w kraju, o tyle w roku 2016 – pięć, a w 2017 – osiem. W tym roku to już ponad 95%.

Poza tym działają jeszcze pojedyncze osoby, które tworzą specjalistyczne elementy, czy to elektronikę, czy scenografie. Jakub Witosławski z LockMe.pl przewiduje, że i ten obszar w najbliższych 12 miesiącach mocno się sprofesjonalizuje.


Pokój a generacja
Pokoje dzieli się nie tylko ze względu na stopień trudności zagadek czy typ fabuły, ale też generację. A są ich trzy.

Pierwsza generacja – escape room budowany jak najmniejszym kosztem (5-10 tys. zł), często „chałupniczymi” metodami. Proste zagadki i minimalna liczba rekwizytów – łamigłówki, kłódki, kartka papieru, kalkulator, biurko i na tym koniec. Nierzadko bez fabuły.

Druga generacja – pokoje ucieczki naszpikowane elektroniką. Koniecznie z angażującą fabułą i rozbudowaną scenografią, których koszt waha się od 50 do 100 tys. zł.

Trzecia generacja – nowoczesne pomieszczenia warte ok. 200 tys. zł, światowy standard, wielopoziomowa scenografia, zaawansowane efekty dźwiękowe i wizualne, nierzadko z udziałem aktora. Do tego oryginalne rekwizyty z epoki albo ich wierne kopie.


Fot. Krzysztof Żuczkowski

Wydanie: 52/2018

Kategorie: Obserwacje

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy