Polski nie znaczy lepszy

Polski nie znaczy lepszy

Na Zachodzie zachwycamy się wielkim światem, ale tęsknimy do małosolnego

Anna Arno – pisarka, autorka zbioru eseistycznego „Ten kraj”

W najnowszej książce „Ten kraj” piszesz: „W moim kraju lubię nawet to, czego nie lubię”. Trudna to miłość, dziwna fascynacja.
– Lubię ten kraj, bo jest mój. Nie dlatego, że jest najpiękniejszy, najciekawszy, ale czuję, jak wiele mnie z nim łączy. Mamy chłodne morze, trochę gór, a w nich tłumy turystów, podobnie jak na niewielkiej starówce w Krakowie. Z tą miłością jest tak jak z misiem mojego siostrzeńca. Chociaż rozciągnięty i wielokrotnie prany, jest jedyny, bo właśnie „jego”. Podobny mam stosunek do Polski. To faktycznie trudna miłość, ale która miłość nie jest trudna?

Kiedy zaczęłaś tak myśleć o Polsce, kiedy mocniej poczułaś, że ten kraj jest „twój”?
– Kiedy żyje się w Polsce na co dzień, pewnych rzeczy się nie dostrzega. Marzy się o dalekich krajach i obcych krajobrazach. Może taka jest ludzka natura – tęsknimy za tym, czego nam brakuje. W myślach widzimy lśniącą zagranicę. Gdy wyjedzie się z Polski na dłużej, inaczej zaczyna się patrzeć na własny kraj. Okazuje się, jak silnie jest się z nim związanym, że jest on najważniejszym punktem odniesienia. Studiowałam w Stanach Zjednoczonych i we Francji, dopiero tam uświadomiłam sobie, jak mocno jestem związana z Polską. Pamięcią wracałam do domowych zapachów i znajomych widoków. Na Zachodzie zachwycamy się wielkim światem, ale tęsknimy do ogórka małosolnego.

Te powidoki nie prowadzą cię jednak do ślepego uwielbienia ojczyzny. Daleka jesteś od nacjonalizmu.
– Nie rozumiem, dlaczego pochodzenie miałoby człowieka wyróżniać lub upokarzać. Kiedyś była reklama Biedronki, w której przekonywano, że „my, Polacy, tak mamy”: lubimy wysoką jakość i niskie ceny. Jakby zamiłowanie do dobrego jedzenia i oszczędności miało być z natury polskie. Polski nie znaczy lepszy, chociaż niektórzy bardzo chcieli w to uwierzyć. Kiedy kupuję jogurt, wybieram taki, który mi smakuje, a nie ten, który ma na opakowaniu polską flagę.

Obecnie podróżowanie po Europie Zachodniej jest łatwe, wygodne i tanie. Nie boimy się już Zachodu.
– I to paradoksalnie powoduje nieraz zamykanie się w nacjonalistycznie pojmowanej polskości. Nie zawsze doceniamy korzyści z naszej obecności w Unii Europejskiej. Część osób nawołujących do wyjścia z Unii nie pamięta kontroli na granicach albo kojarzy Unię tylko z kolosalną biurokracją. Żyje nam się coraz lepiej, staliśmy się ambitni, chcemy pokazać naszą siłę i niezależność. Jeździmy za granicę jak do siebie, z poczuciem, że nam to wszystko się należy.

Jak odpowiedziałabyś na pytanie, skąd jesteś?
– Urodziłam się w Zabrzu, ale moja rodzina nigdy nie była związana ze śląską tradycją. Nie mówiło się gwarą, nie gotowało tradycyjnych dań. Mieszkam w Krakowie, który nigdy nie przestał mnie zachwycać. Może dzięki temu, że przyjechałam z zewnątrz, Kraków zawsze był dla mnie świętem, lepszym światem. Zarazem mam nadzieję, że Europa – ze wspaniałymi zabytkami i bogatą historią – to także moje miejsce. Nie wybieram między Polską a światem.

Najbardziej znana jesteś jako poetka i autorka biografii. Kiedy się zastanawiam, komu dziś są potrzebni poeci, dochodzę do wniosku, że władzy. Obecna bierze, chociaż wybiórczo, na sztandary Herberta, by lansować pewien wzorzec patriotyzmu.
– Na szczęście poezja nie poddaje się ideologicznym manipulacjom. Czasami próbuje się dzielić dziedzictwo polskiej poezji na kosmopolityczną stronę Miłosza oraz związany z „prawdziwym” patriotyzmem „obóz” Herberta. To nadużycie, w którym na plan pierwszy wysuwane są pewne późne wypowiedzi Herberta – nieraz gorzkie, ostre sądy ciężko chorego człowieka. Przez wiele dekad Miłosz i Herbert byli sobie bliscy, wzajemnie się podziwiali i wspierali. Aby uzyskać wielostronny obraz tej skomplikowanej relacji, trzeba przeczytać potężną biografię Herberta, dzieło Andrzeja Franaszka, a także wrócić do jego biografii Miłosza.

Po mające prawie 2 tys. stron dzieło Franaszka sięgną pewnie nieliczni. Za to w szkole – bo to dla wielu osób jedyne miejsce, gdzie stykają się z poezją – lansowane będą wybiórczo utwory Herberta, poezje Rymkiewicza czy Wencla.
– Ostatnio siedziałam w przedziale w pociągu z gimnazjalistką. Dziewczynka zainicjowała rozmowę, przekonana, że jesteśmy w podobnym wieku. Odpowiedziałam jej, że jednak jestem znacznie starsza i że napisałam książkę o Gałczyńskim. Wydawało mi się, że to nazwisko będzie jej znajome. Niestety, dziewczynka odparła, że jeszcze tego nie przerabiali. To bardzo niepokojący znak.

Wydanie: 38/2018

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy