Pomagają innym, pomagają sobie

Pomagają innym, pomagają sobie

Wolontariat działa w dwie strony: ty coś komuś dajesz, ale też dostajesz

Jak to jest? – Czasami przychodzę, wyciągam materiały i słyszę: „Po co tu przylazłaś, sp…”. Wtedy zabieram rzeczy i po prostu wychodzę – zaczyna 25-letnia Justyna, wolontariuszka pracująca z dziećmi z warszawskiej Pragi. – Potem dzwonią i mówią: „No dobra, możesz przyjść za tydzień”, więc przychodzę za tydzień i zaczynamy od nowa.

Justyna od trzech lat prowadzi korepetycje dla dzieci z najbardziej zaniedbanych rejonów Pragi-Północ. Pytana o to, co robi, lubi żartować, że „pracuje ze złymi dziećmi”.

„Złe dzieci”, żartuje dalej Justyna, wszystko robią „źle”: przeklinają, plują, palą papierosy, a zamiast siedzieć w szkole, włóczą się po ulicy, słuchając głośnego, wulgarnego rapu. W dodatku nie dziękują – znacznie częściej każą Justynie się wynosić. Ona jednak wraca – nie wtedy, kiedy usłyszy przepraszam, tylko po tym „No dobra, to przyjdź za tydzień”. W jej słowach nie słychać litości, sensacji czy mesjanizmu.

Według danych Głównego Urzędu Statystycznego z początku 2016 r. w „pracę niezarobkową poza gospodarstwem domowym” zaangażowanych było 8,5% Polek i Polaków w wieku powyżej 15 lat. Łączna praca tych osób jest równa czasowi pracy 152,6 tys. pełnoetatowych pracowników. Natomiast całkowita wartość wolontariatu w roku 2015 wyniosła 5,2 mld zł.

Znamienne, że z perspektywy samych wolontariuszy pomaganie innym nie jest poświęceniem. Jest opowieścią o szacunku, zadowoleniu i poczuciu sensu.

Nie jestem „dobrą panią”

– Jeden z moich dziesięcioletnich uczniów zupełnie nie potrafił czytać ani pisać, choć rozwojowo wszystko było z nim w porządku. Nikt nawet nie zwrócił na to uwagi. Inny dzieciak bardzo się zdziwił, kiedy powiedziałam mu, że to, o czym słucha na historii, naprawdę się wydarzyło – wymienia Justyna. – To są dzieci poza systemem. Do szkoły chodzą tylko w teorii, w praktyce przepycha się je z klasy do klasy, żeby nie mieć z nimi do czynienia w kolejnym roku. Czasem trudno się dziwić, przeciętny nauczyciel nie ma narzędzi, żeby zajmować się na lekcji dziewięcio- czy dziesięciolatkiem, który łamie wszystkie możliwe zasady. Zresztą taki jest ich cel – wyprowadzić nauczyciela z równowagi, żeby mieć jakąkolwiek kontrolę nad sytuacją, wtedy jest bardziej przewidywalnie. Zwykle udaje im się bez pudła.

Zaczęło się w liceum. Niezła z matematyki Justyna lubiła tłumaczyć trudniejsze zagadnienia koleżankom. Do „złych dzieci”, jak twierdzi, ma słabość – w szkole zadawała się z podobnymi rówieśnikami. W końcu trafiła do GPAS – Grupy Pedagogiki i Animacji Społecznej na warszawskiej Pradze-Północ. To organizacja pedagogów ulicznych, którzy prowadzą zajęcia sportowe, artystyczne i edukacyjne dla dzieci z najbardziej wykluczonych społecznie środowisk. Jednym z ich projektów, współprowadzonym z artystą Pawłem Althamerem, była słynna rzeźba „Pan Guma”. Dzieci miały wyrzeźbić coś, co jest dla nich ważne. Wymyśliły więc, że będzie to znany im od lat, zmarły kilka miesięcy wcześniej, mieszkaniec ul. Brzeskiej, nazywany przez nie „Gumą” – lokalny drobny przestępca i pijaczek, który stał zawsze na rogu Stalowej i Czynszowej i kiwał się charakterystycznie w przód i w tył, prosząc przechodniów o drobne. Przedstawiająca go rzeźba została ustawiona w tym samym miejscu, a zamontowana sprężyna powodowała, że – tak jak prawdziwy „Guma” – postać lekko się kiwała z każdym podmuchem wiatru. Od kilku lat jednak rzeźba znajduje się w muzeum, bo podobno za bardzo podkreślała złą reputację dzielnicy.

– Nie jestem „dobrą panią”, a to nie są „biedne dzieci” – Justyna o swoich podopiecznych opowiada trochę jak o niesfornych znajomych. – Bywają nieznośne i agresywne. Rzadko się otwierają, a ja tego od nich nie oczekuję. Moją ambicją nie jest zmienianie ich, ich środowiska i priorytetów – przychodzę, żeby pomóc im w lekcjach.

– Wiesz, tylko z tym pomaganiem tak naprawdę nie chodzi wyłącznie o lekcje – dodaje po zastanowieniu. – Ich największym problemem nie jest to, że oni czegoś nie umieją, ale to, że uważają, że nigdy się nie nauczą – mimo że nie mają żadnych ograniczeń intelektualnych. Mówią: „Nie umiem tego, jestem głupi”. Kiedy się okaże, że jakieś zadanie zrobili dobrze, nie mogą w to uwierzyć – „złe dzieci” zakładają, że zrobią źle.

Człowiek potrzebuje zrobić coś dla innych

– Angażowanie się to nie obowiązek. Nie każdy musi pomagać – Natalia mówi dużo i szybko, wydaje się pełna energii. – Rzecz w tym, że człowiek po prostu potrzebuje zrobić coś dla innych.

Natalia ma 40 lat, kilkanaście przepracowała na stanowisku kierowniczym w dużej firmie. Dziś pracuje za darmo w dwóch organizacjach. W jednej zajmuje się zbieraniem funduszy, w drugiej – lekcjami polskiego dla siedmiolatka z Syrii. Z firmy odeszła po 12 latach. Od tego się zaczęło. – Miałam pieniądze, umowę na czas nieokreślony i pakiet dodatkowych korzyści. Jak tylko mieliśmy z mężem wolne, zabieraliśmy dzieci na jakiś wyjazd. Właściwie żyłam od wyjazdu do wyjazdu. Aż w końcu nawet te wyjazdy przestały mnie cieszyć – opowiada. – Po odejściu z pracy byłam tak wypalona, że postanowiłam zrobić sobie przerwę. Tylko że w takiej sytuacji masz nagle bardzo dużo wolnego czasu, z którym coś trzeba zrobić.

Najpierw pisała do różnych organizacji, pytając, czy nie potrzebują wolontariusza – bez odpowiedzi. – Czułam się trochę głupio: 40-latka, matka dwójki dzieci, prosi, żeby ktoś przyjął jej pomoc. W końcu odpowiedziało jedno stowarzyszenie. Akurat poszukiwali kogoś z moimi kompetencjami. Dostałam swoje stanowisko pracy i zakres zadań, który właściwie niewiele się różnił od tego, co robiłam wcześniej. Ale praca jest zupełnie inna.

Swoje umiejętności z dziedziny sprzedaży i marketingu przeniosła do pracy wolontariackiej – o ile w korporacji wykorzystywała je po to, żeby zarabiać pieniądze dla firmy, o tyle teraz zdobywa je na projekty fundacji. Wie, że prędzej czy później musi wrócić do pracy zarobkowej – ma jednak nadzieję, że tym razem nie będzie to korporacja. – Wiem, że ta bajka kiedyś będzie musiała się skończyć, oszczędności w końcu się wyczerpują. Bardzo nie chcę wracać do poprzedniego trybu – być może uda mi się zatrudnić chociaż na część etatu w fundacji, w której pracuję. Wszystko rozbija się nie o to, co się robi, ale po co się to robi.

Otworzyły mi się oczy

W wypowiedziach wolontariuszy dominuje motyw wzmocnienia i całkiem osobistej satysfakcji. „To sprawia, że czuję się silniejsza”, „wiele mi to daje” – te zdania powtarzają się najczęściej.

– To nie jest tak, że tylko ty coś komuś dajesz. To działa w obie strony – dajesz coś od siebie i dostajesz coś w zamian – potwierdza Janek, który od kilku lat koordynuje program „Brave Kids” mający zmniejszać bariery kulturowe poprzez wspólne działania artystyczne dzieci z różnych krajów i kultur. – Zacząłem pracę przy tym projekcie w 2015 r., kiedy kryzys uchodźczy był w apogeum. Szczerze mówiąc, nie wiedziałem wtedy, co mam myśleć o tych całych migrantach. Kończyłem prawo i chciałem zdobyć doświadczenie w prowadzeniu dużego projektu – dlatego w to wszedłem. Potem miałem się zająć robieniem kariery.

Z robienia kariery – takiej, jaką zaplanował sobie wcześniej – niewiele wyszło. Janek postanowił bowiem zostać przy „Brave Kids”. – Poczułem, że otworzyły mi się oczy i że mam umiejętności, których nie miałem wcześniej. Coś się otworzyło, coś się zmieniło.
– Nie masz pojęcia, jakie to uczucie widzieć moment, w którym dzieciakowi uważającemu wcześniej, że tabliczka mnożenia to przypadkowy zbiór liczb, nagle włącza się abstrakcyjne myślenie – mówi Justyna w odpowiedzi na pytanie o powody, dla których pracuje za darmo. – Albo kiedy chłopak, który przez trzy lata szkoły nie wiedział, co to jest ułamek, oblicza na twoich oczach pole trapezu – pokazując przy tym, jak bardzo go to nie obchodzi.

Natalia: – Może to zabrzmi trochę egoistycznie, ale pomaga się w dużej mierze dla siebie. Nigdy nie byłam bardziej zadowolona z życia niż teraz.

Wydanie: 16/2019

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy