Ordynacka liczy na Wiejską

Ordynacka liczy na Wiejską

Stowarzyszenie dawnych działaczy ZSP nie przekształci się w partię polityczną, ale nie rezygnuje z ambicji politycznych

Działacze Stowarzyszenia Ordynacka mówią o sobie z dumą, że są wszędzie – robią kariery naukowe, polityczne, sprawdzają się w biznesie. Teraz zapragnęli zasiąść w ławach parlamentu i w następnych wyborach wystartują pod szyldem Ordynackiej. Jednak w partię przekształcać się nie chcą – zdecydowali podczas niedzielnego kongresu.
Delegaci wybierali nowego przewodniczącego stowarzyszenia. Do wyboru mieli tylko dwóch kandydatów: Wiesława Kaczmarka i Krzysztofa Szamałka (dotychczasowego lidera). Kaczmarek właściwie z góry był skazany na przegraną, bo delegaci obawiali się, że jeśli wybiorą go na przewodniczącego, stowarzyszenie zacznie być kojarzone z „Orlengate”. Kaczmarkowi zresztą zaszkodziła nie tylko rozpętana przez niego afera wokół Orlenu. Sympatii nie przysporzyła mu także nadmierna szczerość. – Ordynacka to ostatnie miejsce, w którym można dyskutować o Polsce, nie obawiając się restrykcji – przekonywał najpierw, ale zaraz potem, wbrew regułom gry politycznej, roztrąbił to, o czym po cichu mówiło się w kuluarach. – To nie jest walka między Wiesławem Kaczmarkiem a Krzysztofem Szamałkiem. Wyznaczono mi Krzyśka, ale tak naprawdę to pojedynek między Wieśkiem Kaczmarkiem a Włodkiem Czarzastym. Grajmy w otwarte karty. Szamałek ma być szefem, ale decyzje będą zapadać w innym gabinecie – zagrzmiał, a delegaci aż zamarli z wrażenia.
O byłym sekretarzu KRRiTV, o którym głośno się zrobiło przy okazji afery Rywina, już od dawna mówi się, że ma wybujałe ambicje polityczne. – Błyskotliwy, inteligentny i wie, czego chce – oceniają go koledzy z Ordynackiej – ale coraz wyraźniej widać, że zaangażował się w organizowanie infrastruktury stowarzyszenia, bo chce zbudować dla siebie zaplecze. Wykorzysta je później do zrobienia kariery politycznej – przewidują.
Szamałek wyraźnie zdenerwowany słowami Kaczmarka uznał, że zlekceważył on kolegów, zarzucając im, że głosują na marionetkę. – Tym stwierdzeniem obraziłeś delegatów – mówił, wywołując burzę oklasków. – Gdybym miał wrażenie, że kieruje mną Włodek Czarzasty, nie startowałbym.
Ostatecznie przewodniczącym został ponownie Szamałek, zdeklarowany przeciwnik przekształcania stowarzyszenia w partię polityczną, popierający natomiast start Ordynackiej w wyborach samorządowych i parlamentarnych.

Kariera bezpartyjnej partii

Szamałek został liderem coraz bardziej liczącej się siły. W 1990 r. na pierwszym spotkaniu dawnych działaczy Zrzeszenia Studentów Polskich pojawiło się niewiele ponad 20 osób. Samo stowarzyszenie powstało w roku 2001 i skupiało wówczas około 3 tys. członków. Pod koniec ubiegłego roku było ich 5 tys. Stowarzyszenie zaczęło się gwałtownie rozrastać, od kiedy zaczęto mówić, że należy do niego elita intelektualna, ludzie, którzy zrobili kariery naukowe i polityczne czy sprawdzili się w biznesie. Na majowym kongresie chwalono się już 7 tys. wykształconych, dobrze sytuowanych działaczy.
Wraz z pogłębiającym się kryzysem na scenie politycznej i spadającymi notowaniami lewicy coraz głośniej zaczęto mówić o przekształceniu stowarzyszenia w partię. Propozycję taką rzucił w ubiegłym roku toruński lider, Lech Witkowski. Domagał się jednocześnie uniezależnienia się od Sojuszu, „wyrwania zdrowej części z SLD” – jak mówił – tak jak Platforma wyrwała sporą część z UW. Jego słowa wywołały burzę. Chociażby dlatego, że aż 40% działaczy należy do SLD. Głośno protestował zwłaszcza tzw. salon warszawsko-eseldowski, do którego zalicza się polityków zajmujących eksponowane miejsca w Sojuszu. Tworzenie sobie konkurencji nie miałoby sensu. Pomysł utworzenia partii nie spodobał się także działaczom związanym z innymi ugrupowaniami (jest ich ok. 20%) – PiS, PO, UW i Samoobroną. Były przewodniczący Wiesław Klimczak przekonywał, że przekształcenie się w ugrupowanie polityczne pociągnie za sobą odejście ze stowarzyszenia sporej grupy działaczy, a resztę może skłócić.
Propozycje Witkowskiego musiały jednak się spodobać nie tylko jemu samemu, skoro zaczęły niepokoić zarówno premiera, jak i prezydenta. Obaj politycy wezwali pod koniec ubiegłego roku na dywanik liderów stowarzyszenia, chcąc uzyskać od nich jasne deklaracje, że te pomysły nie zostaną zrealizowane. Nie brakuje głosów, że lewicowi politycy chętnie widzieliby w Ordynackiej szalupę ratunkową. Jeśli notowania SLD i SdPl będą nadal dramatycznie niskie, zawsze mogą się ukryć na listach wyborczych życzliwego im stowarzyszenia. Gdyby Ordynacka była partią, a więc konkurencją, nie byłoby to możliwe.
Apel Witkowskiego nie daje o sobie zapomnieć, o czym można było się przekonać podczas kongresu. Wizja zaistnienia na scenie politycznej na pewno kusi wielu działaczy, tym bardziej że do wzięcia jest lewicowy czy centrolewicowy elektorat, który odwrócił się od SLD i nie zaufał SdPl. Według niektórych, Ordynacka mogłaby odebrać elektorat nie tylko poharatanym wewnętrznymi sporami lewicowym ugrupowaniom, ale także liberalnej Platformie Obywatelskiej. Program opracowany przez komisję ds. gospodarczych stowarzyszenia jest zbieżny z tym, co głosi PO, ale ma tę niewątpliwą zaletę, że nie stoi za nim Jan Rokita.
Działaczy ośmiela także sukces na polu polityki lokalnej. Wbrew SLD działacze Ordynackiej wystawili własnych kandydatów w wyborach na prezydentów Torunia i Piotrkowa Trybunalskiego. Obaj wygrali. Tymczasem działacze umieszczeni na listach SLD przepadli z kretesem.
Od zeszłej jesieni liderzy Ordynackiej jeździli po kraju, nawołując do tworzenia oddziałów terenowych. Teraz wielu działaczy mówi: „Skoro mamy struktury i swoich ludzi we władzach państwowych i lokalnych, osoby znane, to dlaczego nie sięgnąć po coś więcej, niż mamy teraz?”.
– Dążenie do tworzenia partii jest ryzykowne i nie warto ryzykować zrywania więzi koleżeńskich – przekonuje Józef Oleksy, który jako gość honorowy pierwszy przemawiał podczas kongresu. Jednocześnie dodając, że jeśli Ordynacka ma ambicje uzdrowienia sytuacji w Polsce i chce wpływać na to, co dzieje się w kraju, powinna mieć reprezentację w parlamencie. Czyli nie dla budowania partii, tak dla „uczestnictwa w mechanizmach funkcjonowania państwa”. Na razie zadaniem stowarzyszenia ma być – zdaniem Oleksego – odbudowanie etosu polskiej inteligencji i kreowanie opinii.
Oleksy – ku aprobacie delegatów – przypomniał też, że w społecznym odbiorze politycy i partie oderwały się od wyborców i nie rozumieją ich potrzeb.
– Pora skończyć ze schizofrenią – odpowiadał mu Lech Witkowski. – Osoby, które teraz grzmią o odlocie elit politycznych od społeczeństwa, same do tych elit należą. Może gdyby mówili o tym wcześniej, nie doszłoby do sytuacji, którą mamy obecnie. Ordynacka i osoby wywodzące się z niej, a obecne w życiu publicznym, także są winne zapaści politycznej, jaką mamy. Ciąży na nas grzech zaniechania. Wiele szans Ordynacka już zaprzepaściła. Skończmy więc z naiwną wiarą, że nie zmieniając niczego w naszym funkcjonowaniu, możemy odgrywać większą rolę – twierdził Witkowski.

Kwilenie wasala

– Elementem życia demokratycznego jest struktura partyjna, ale między nimi są luki i te luki powinniśmy zapełnić – przekonywał z kolei Krzysztof Szamałek.
– Naszą drogą jest poszukiwanie alternatywy, nowej jakości życia gospodarczego, politycznego, społecznego. To są nasze zadania. Nie chcemy się przekształcać w partię – dodawał delegat Stanisław Kajzer.
Ale bycie intelektualnym motorem zmian na lepsze na razie ludziom z Ordynackiej za dobrze nie wychodziło. W nieoficjalnych rozmowach delegaci nie szczędzili gorzkich słów pod adresem liderów. Krytykowano przede wszystkim ich bierne przyzwolenie na procesy psujące scenę polityczną. – Aktywność Ordynackiej była do tej pory niewystarczająca. To przypomina kwilenie wasala, takie cichutkie, by nie urazić pana. Jak na elity intelektualne kraju dajemy głos cieniutko i piskliwie – żali się działacz z Krakowa. – Skoro nie ma zgody na to, co dzieje się w Polsce, trzeba rozbić obecny monolit partyjny. Ale wygląda na to, że znów mamy się ograniczać tylko do picia piwa i sentymentalnych wspomnień.
Znacząca była nieobecność na kongresie właściciela legitymacji nr 1. Prezydent Aleksander Kwaśniewski nie tylko nie przyjechał do hotelu Gromada, gdzie obradowali delegaci, ale nawet nie przysłał im kurtuazyjnego listu z pozdrowieniami, manifestując swój dystans. Atmosferę podgrzewały pogłoski, że prezydent powiedział Józefowi Oleksemu, że rozczarował się Ordynacką.
Myśli działaczy Ordynackiej nie krążą jednak wyłącznie wokół polityki. Teren jest bardziej zainteresowany przejęciem kontroli nad finansowymi środkami płynącymi z Unii Europejskiej. – Musimy się zastanowić, jak wykorzystać środki z UE. Tu widzę nasze kolosalne możliwości. Jeśli nie zrobimy tego my, jako elita intelektualna, to kto? – stawia retoryczne pytanie delegat z Wrocławia, Jan Rymarczyk.
O włączeniu się w nadzorowanie inicjatyw współfinansowanych przez UE myśli również delegat z Podlaskiego. – Musimy także działać na rzecz rozwoju wsi i małych miasteczek. Powinniśmy zakładać organizacje pozarządowe, np. różne fundacje – proponuje delegat Norbert Krawczyk.
Liderzy zapewniają, że stowarzyszenie nie zmieni się w partię, ale zwykli działacze wiedzą swoje. – Walka Ordynackiej o miejsca w parlamencie tak naprawdę oznacza, że będziemy działać jak partia. I nie ma tu znaczenia, czy Ordynacka określać się będzie jako partia, czy stowarzyszenie – uważa delegat z Białegostoku.
Z jednej strony, stowarzyszenie chciałoby odgrywać znaczącą rolę i cieszyć się przywilejami, jakie daje bycie liczącym się ugrupowaniem politycznym, z drugiej strony, jego członkowie zdają sobie sprawę, że to nie jest dobry czas na zakładanie partii. Wygląda na to, że Ordynacka chce dokonać trudnej sztuki – zjeść ciastko i mieć ciastko.

 

 

Wydanie: 23/2004

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy