Portret to zwierciadło

Portret to zwierciadło

Krzysztof Gierałtowski – jeden z czołowych reprezentantów współczesnej fotografii polskiej. Urodzony 10 sierpnia 1938 r. w Warszawie, studiował w Akademii Medycznej w Gdańsku i w Warszawie oraz w łódzkiej Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej i Filmowej. Fotografował modę, reklamę, był autorem reportaży. Współpracował z prasą i agencjami reklamowymi w kraju i Europie Zachodniej. Jest twórcą liczącej ponad 80 tys. negatywów kolekcji „Polacy. Portrety współczesne”. Swoje prace prezentował na licznych wystawach indywidualnych i zbiorowych w renomowanych muzeach oraz galeriach w kraju i za granicą.

– Twierdzi pan, że grozi nam kryzys w polskiej fotografii.
– Nie nazwałbym tego kryzysem. Nam grozi upadek albo spsienie polskiej fotografii. Istnieje kilka powodów. Po pierwsze, brak hierarchii w polskiej fotografii i co za tym idzie, brak wartościowania. Nie ma już znakomitych nestorów, takich jak choćby Hartwig czy Obrąpalska, i nie istnieje kolekcja polskiej fotografii współczesnej. Druga rzecz – prasa. „Komuna” chcąc nie chcąc, zatrudniała fotoreporterów na etatach, a młodzi zdolni obok zadań serwitutowo-propagandowych robili zdjęcia, które były jakimś obrazem Polski. Po roku 1989 kapitał zagraniczny kupił w dużej mierze polską prasę ilustrowaną i w jego interesie nie jest pokazywanie prawdziwego obrazu tego kraju, jego ludzi, pejzażu, bogactwa i nędzy. Jesteśmy karmieni gwiazdkami hollywoodzkimi albo krajowymi pseudowielkościami, bo one sprzedają nakłady.
– Czyli fakt, że w gazetach dominują maski, a nie twarze, nie jest wynikiem braku talentu, czasu itp.?
– Nie, raczej uwarunkowań ekonomicznych. W ramach obniżania kosztów nawet ci najzdolniejsi fotografowie zatrudnieni w prasie pracują w większości aparatami cyfrowymi małej rozdzielczości, wobec tego rezultaty ich pracy to powiększenia do formatu A4. Za pięć lat rozlegnie się wycie pokolenia, które raptem zorientuje się, że zostało wykorzystane i oszukane. Ponieważ będą oni bez dorobku. Nie uda im się zrobić wystawy, bo ona wymaga lepszych technologii. Ale jeżeli dusimy koszty…
– Nie widzi pan zatem żadnego następcy, kontynuatora?
– Nie widzę. Dostrzegam zdolnych, którzy zatrzymują się w rozwoju, dlatego że powstał układ niesprzyjający fotografii i rzetelności. Mam ponad 80 tys. negatywów portretów. Mogę lada dzień umrzeć. Pozostaną negatywy, które są wartościowe w 50%. Mój portret powstaje również, kiedy go powiększam. Na przykład mam zdjęcie Feliksa Topolskiego, którego wersja ostateczna powstała z powiększania w 12 fazach. Wkładałem papierki, szablony, ręce, palce, głowę itd., żeby tu doświetlić, tam wysłonić. Tego nikt poza mną nie powtórzy, wobec tego zdjęcie zrobione z tego negatywu przez najlepszego, nieznającego mojej „kuchni” laboranta może mieć tylko 50% wartości.
– A co ze szkołami fotografii? Dzisiaj nie uczy się w nich sztuki portretu?
– Po pierwsze, jacy profesorowie, taka szkoła. Przy prowincjonalności polskiej fotografii starsi prowincjusze uczą młodszych prowincjuszy. Te szkoły są tworzone nie z powodu posłannictwa, tylko interesu. Mamy do czynienia z paradoksem – w biednym kraju, gdzie mamy średni poziom fotografii, powstają dziesiątki szkół mamiących młodych ludzi, że jak zapłacą, to zostaną artystami.
– Fotografował pan modę, reklamę, robił reportaże. Właściwie czemu skupił się pan na portrecie?
– Wiele czynników na to wpłynęło. Również przypadek. W drugiej połowie lat 60. byłem wziętym fotografem mody. Pewnego dnia musiałem sfotografować nestora polskiej matematyki, Hugona Steinhausa. Zdjęcie okazało się podobne do portretu Adenauera z rozkładówki w „Sternie”. Potem zacząłem robić portrety osób. Odkryłem, że posiadanie aparatu fotograficznego otwiera przede mną drzwi najwspanialszych indywidualności tego kraju. Potem zostałem odkryty przez media, a właściwie wepchnąłem się do nich. Poprzez „Nowe Książki”, „Razem”, a potem „ITD.” Tam publikowałem swego czasu około 30 portretów miesięcznie.
– Jak pan znajduje odpowiednią sytuację dla danej postaci? Stara się pan poznać jej osobowość?
– Wcale nie poznaję osobowości portretowanych. Widzę, jak społeczeństwo reaguje na daną postać, i stąd czerpię inspirację, jaki ma powstać portret. Dlatego moje portrety, którym przyklejano łatkę portretów psychologicznych, wcale takie nie są. Poza tym akceptuję przypadek, łowię moment, czasami coś wymyślam, czasami dodam rekwizyt. Trzy lata temu zrobiłem drugi portret Miłosza. Awaria aparatu słuchowego spowodowała, że rozmowa z nim stała się praktycznie niemożliwa. Z faktu, że traktowałem tę wizytę jak pożegnanie, powstało zdjęcie, które pokazuje kurczowo trzymające się laski palce Miłosza i jego jasno prześwietloną twarz. Wszystkie moje zdjęcia powstają w taki dziwny sposób. Na przykład portret Czapskiego, który robiłem w Maisons-Lafitte dwa lata przed jego śmiercią. Po trzech minutach nestor zasnął, a ja nie śmiałem go budzić. Wobec tego sfotografowałem tylko ręce Czapskiego. Ale te ręce arystokraty w ich arystokratycznym ułożeniu mówią dużo więcej o nim jako osobowości, niż gdybym pokazał jego niedołężną starość.
– Dlaczego portretuje pan głównie znanych, rozpoznawalnych ludzi. Oni są ciekawsi czy może ważniejsi dla fotografa?
– Jeżeli wyprodukowanie portretu na wystawę kosztuje około 2 tys. zł, muszę myśleć, kto to kupi. A na anonimowych ludzi popytu nie ma. Przecież widzę, jak wybiera zdjęcia każda kolekcja. Jeśli dam zdjęcia kogoś bardzo znanego i lepsze kogoś mniej znanego, zawsze wybiorą bardziej znanego.

Wydanie: 37/2004

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy