Posprząta po Brexicie

Posprząta po Brexicie

Theresa May została premierem, bo jako jedyna naprawdę tego chciała

Wyścig o przywództwo w Partii Konserwatywnej i schedę po Davidzie Cameronie przypominał przerzucanie się gorącym kartoflem. Główne postacie obozu konserwatystów zachowywały się w ostatnich tygodniach jak spanikowane dzieci, niezdające sobie sprawy z konsekwencji własnych czynów. Kiedy tylko kwadrans po dziewiątej polskiego czasu, w piątkowy poranek po referendum brexitowym Cameron stanął przed drzwiami rezydencji premiera na Downing Street 10 i ogłosił swoją dymisję, stało się jasne, że nowy rząd poprowadzić musi jeden z przywódców kampanii na rzecz wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. W końcu to był ich wielki triumf – jak zgodnie stwierdzili były burmistrz Londynu Boris Johnson i były już lider nacjonalistycznego ugrupowania UKIP Nigel Farage, 24 czerwca 2016 r. powinien zapisać się na kartach historii jako brytyjski dzień niepodległości.

Rejterada zwycięzców

Ku zdziwieniu opinii publicznej na Wyspach, ekspertów na całym świecie, a nawet wyborców popierających Brexit, każdy z czołowych głosicieli idei wyjścia zachował się dokładnie odwrotnie. Jeden po drugim zaczęli się wycofywać – najpierw ze składanych tysiącami kampanijnych obietnic, potem z walki o sukcesję po Cameronie i tym samym – co należy wyraźnie podkreślić – z wzięcia jakiejkolwiek odpowiedzialności politycznej za wmówienie milionom Brytyjczyków, że największym wrogiem ich dobrobytu jest bliżej nieopisany demon objawiający się pod postacią brukselskiego urzędnika. Pierwszy był Johnson – być może najwyrazistsza postać całej przedreferendalnej walki. Faworyt bukmacherów, typowany do roli premiera, zanim ktokolwiek w Londynie realnie zaczął myśleć o wyjściu z Unii, kilka dni po głosowaniu zwołał konferencję prasową, na której w typowym dla siebie sarkastycznym tonie poinformował, że po referendum „jego rola ograniczy się do wspierania agendy nowego premiera – agendy prowadzącej do opuszczenia Unii”.

Jeszcze nie zdążyły opaść emocje związane z tchórzliwym wycofaniem się Johnsona, a już z walki o przywództwo w partii wycofał się kolejny lider obozu brexitowego. Minister sprawiedliwości Michael Gove, który w kampanii zarzekał się, że żaden ekspert dowodzący ekonomicznej wyższości Bremainu nie będzie mu mówił, co ma robić, również zrezygnował z udziału w wyścigu o fotel premiera. W jego przypadku jednak kwestia kandydowania przypomina szekspirowską intrygę pełną makiawelicznych zwrotów. Mimo dużego poparcia społecznego na fali Brexitu Gove początkowo miał nie kandydować na szefa rządu, lecz jedynie poprowadzić sztab Johnsona. Kilka dni później minister sprawiedliwości (podobno namawiany przez mającą na niego duży wpływ żonę, którą w kampanii często widziano z nim pod rękę) zgłosił mimo wszystko swoją kandydaturę, ale równie szybko ją wycofał – nieoficjalnie mówi się, że z obawy przed druzgocącą porażką ze znacznie popularniejszą wśród torysów minister spraw wewnętrznych Theresą May.

Jeśli dodamy do tej galerii osobliwości Nigela Farage’a, który najpierw zapowiedział, że złoży europoselski mandat, żeby skupić się na sprawach polityki krajowej, po czym ustąpił z funkcji przewodniczącego UKIP, by na kolejne dwa lata pozostać w Strasburgu, otrzymamy obraz arogantów uciekających jak szczury z tonącego statku brytyjskiej polityki. W tak przerzedzonym peletonie kandydatów na nowego szefa torysów na czoło wysunęła się Theresa May, pretendentka chyba najmniej wyrazista. I może dzięki temu będzie w stanie zaprowadzić porządek.

Pani minister z armatkami

Jej życiorys nie odbiega ani trochę od standardowego opisu brytyjskiej elity politycznej. Wykształcona w Oksfordzie, po studiach od razu trafiła na odpowiedzialne stanowisko w Banku Anglii. Spędziła kilkanaście lat w różnych państwowych instytucjach zajmujących się finansami, godząc obowiązki zawodowe z rolą radnej w gminie Merton na południu Londynu. W 1997 r. po raz pierwszy dostała się do Izby Gmin i od razu zaczęła odgrywać ważną rolę w obozie konserwatystów. Już po dwóch latach w Westminsterze weszła do gabinetu cieni torysów. Zasiadała w nim przez ponad dekadę, aż do zwycięskich wyborów w 2010 r., zajmując się m.in. edukacją, sprawami społecznymi i emeryturami. W pierwszym rządzie Davida Camerona objęła kluczowe stanowisko ministra spraw wewnętrznych, do 2012 r. pełniąc jednocześnie funkcję ministra do spraw równouprawnienia.

Strony: 1 2

Wydanie: 29/2016

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy