Poszedłem swoją drogą i „zmyliłem pogonie”

Poszedłem swoją drogą i „zmyliłem pogonie”

Krzysztof Penderecki (1933-2020)

Gdy pierwszy raz szykowałam się do rozmowy z Maestro Pendereckim, miałam pietra jak licho. A może nie wychyli się ze swojej wieży z kości słoniowej, bo jak pani Elżbieta jest otwarta, tak mąż ponoć hermetyczny? I będzie odpowiadał: tak, nie albo yhm? A że jego imieniem nazwano planetoidę, może nie zejdzie na Ziemię; nie wychyli nosa spoza partytury i jej wątków, podczas gdy mnie marzyła się rozmowa o życiu i garść wspomnień? Na wszelki wypadek przestudiowałam dzieło Daniela Barenboima o dyrygenturze, sonoryzmie, muzycznej awangardzie itd., wiedząc, że obaj panowie się znali.

Własny labirynt

Zasiedliśmy w gabinecie na parterze 200-letniego, uratowanego przed unicestwieniem lusławickiego dworku (nagrodę za znakomity efekt siedmioletniego remontu dostała od ministra kultury teściowa Mistrza, on „tylko” sypnął groszem), wśród pięknych bibelotów, z mnóstwem światła i zieleni zaglądającej do okien i… rozmowa popłynęła. W głębi domu pani Elżbieta zajmowała się innymi gośćmi i ekipą fotograficzną, a rozmówca zdradził mi, że kucharka przygotowuje dla niego pierogi z jagodami, ale „Elżunia przypilnuje, by nie zjadł zbyt wielu”, co wprawi go w jeszcze lepszy humor, choć z reguły i tak zawsze ma dobry („Chyba że jestem bardzo zajęty, wtedy bywam nieprzystępny”).

Moje obawy były płonne. Krzysztof Penderecki okazał się rozmówcą wyśmienitym. Pogodnym, szczerym, patrzącym w oczy rozmówcy swoimi czarnymi oczyma (po prababce Ormiance ze strony matki). Do tego bawiącym się rozmową i nieunikającym odpowiedzi na trudne pytania. Na przykład o bunty orkiestr, które nie chciały grać jego pierwszych awangardowych utworów, chociażby „Trenu”, o nowatorskim zapisie i notacji.

Kochał piękno we wszystkich jego przejawach, na które ciężko, systematycznie, codziennie pracował. Kochał piękne doznania, pięknych ludzi, piękne przedmioty, kupowane za grosze już w początkach prężnie rozwijającej się kariery. We wczesnej PRL dzięki pasji kolekcjonerskiej zaczął się otaczać antykami wielkiej urody, nie tylko meblami. Kochał też drzewa, kwiaty, rzadkie rośliny. Dumny był z krzewu kielichowca, który przywiózł gdzieś ze świata – tam kwitł on na brązowo, a w Lusławicach na czerwono, dzięki czemu nazwano go Calycanthus luslaviciensis.

To z powodu Lusławic, dworku, w którym malował Malczewski, i 35-hektarowego ogrodu pozostał w Polsce. Był profesorem Yale i „mógł tam wieść spokojne życie, ale ogród dawał mu siłę i równowagę”.

Wspólnie z ogrodnikami stworzył dwa labirynty z krzewów, osobiście uczestnicząc w sadzeniu. Większy miał ponad 4 tys. m kw. i wystawał ponad głowę. Ten labirynt był symbolem drogi Mistrza. „Nie można iść do celu prostą drogą, bo nie ma prostych dróg. Ale jak się sadzi własny labirynt, to zna się wszystkie drogi”.

Wierzyłem w to, co robię

Uczucie zwątpienia, incydenty depresyjne były mu całkiem obce. Jak to możliwe? „Wierzyłem w to, co robię”, a „jak chce się coś w życiu osiągnąć, do czegoś dojść, bez pewności siebie nie da się rady. Tę pewność siebie trzeba mieć przez całe życie, zwłaszcza gdy człowiek idzie pod prąd”.

Były więc trudne początki, a bez eufemizmów – środowiskowe skandale z orkiestrami w Sztokholmie, Rzymie, Londynie. W Monachium orkiestra operowa zgodziła się jeden jedyny raz nagrać utwór „Polimorfia” na 48 instrumentów smyczkowych i potem do przedstawień baletowych puszczano go z taśmy. Nic dziwnego, że na pytanie o pracę w zespole usłyszałam: „Orkiestra to często kindergarten”.

W Polsce bunt przyszedł w czasach późniejszych – o dziwo, Solidarności, jak to skwitował Mistrz, nazywając go „buntem ostatnich pulpitów”. To wtedy z powodu protestów zrezygnował z dyrektorowania Filharmonii Krakowskiej. Były i inne przykrości. Gdy spytałam o zapomniane przez Kraków jego 70. urodziny, odpowiedział: „Oczywiście, że boli, jak się to dzieje we własnym mieście. Ale mam Lusławice, które są moim prawdziwym miejscem na ziemi”.

Miał świadomość, że jeśli chodzi o muzykę, wyprzedza epokę, więc nie było mowy o prostej drodze. „Wiem, że jestem w Polsce kompozytorem dosyć znienawidzonym wśród kolegów. Bo nie pozostałem w miejscu, w którym wszyscy zaczynaliśmy. Poszedłem dalej swoją drogą i »zmyliłem pogonie«”. Pomogła pewność siebie: „Zgadza się, byłem zarozumiały i jestem zarozumiały. Całe życie”. „Brali mnie chyba trochę za wariata”, dodawał.

Przyznał, że na szczęście ma mocny system nerwowy i zupełnie poważnie deklarował, że skandale go cieszyły. „Takie zdarzenia mocno mnie podbudowywały. Myślałem: »Ja wiem, ale oni nie, oni nic nie rozumieją«”.

Pamiętam, że przywołałam wtedy zdanie Daniela Barenboima: „Artysta może być wielki tylko wtedy, gdy jest bezkompromisowy” i że sukces ma swoją cenę. Usłyszałam: „Szczególnie w Polsce, ale na świecie jest podobnie: sukcesu nikomu się nie wybacza”.

Życie prywatne splecione z twórczym

Z czego wypływał ten jego imponujący spokój? Na pewno z niepodważalnego poczucia własnej wartości. Ale również z symbiozy życia twórczego i osobistego. Trwała ponad pół wieku dzięki Elżbiecie Pendereckiej, z domu Soleckiej, córce uznanego koncertmistrza.

Maestro mógł zamykać się dzień w dzień w gabinecie i komponować albo myśleć, bo wszystkim (!) innym zajmowała się pani Elżbieta. Była jego żywym terminarzem. Pamiętała daty, godziny, nazwiska. Ogarniała dom, jego funkcjonowanie, całą obfitą korespondencję, pakowanie przed każdą podróżą walizki męża, w której ubrania przekładała papierem, by się nie gniotły.

To ona także zdobywała środki na Wielkanocny Festiwal Ludwiga van Beethovena, cierpliwie antyszambrując pod gabinetami wysokich urzędników i polityków, co w dzisiejszym świecie wielkiej dyplomacji dowodzi nie lada talentów.

Dlatego Mistrz, który nie znosił prozy życia, biurokracji, small talków, a wiele zajęć go nużyło i mierziło, dzięki pani Elżbiecie mógł sobie pozwolić na bycie „ponad”. Przyznawał zresztą, że był z tego powodu szczęśliwy. A wszystko to dzięki życiu prywatnemu tak splecionemu z twórczym, że stanowiły całość nienaruszalną w jakimkolwiek zakresie i aspekcie.

Poznali się wcześnie, kiedy to mała Elżbietka nie mogła dosięgnąć dzwonka furtki domu Pendereckich. Szła na lekcję fortepianu do pierwszej małżonki Mistrza – pianistki i dopiero pan Krzysztof wracający z miasta pomógł jej w pokonaniu przeszkody. Tę ładną scenkę opisała mi przyjaciółka domu Jagoda Has – żona reżysera Wojciecha Hasa, do którego wspaniałego filmu „Rękopis znaleziony w Saragossie” Krzysztof Penderecki skomponował muzykę.

Do filmu miał szczęście, jego muzykę wykorzystywali tacy reżyserzy jak Andrzej Wajda w „Katyniu”, David Lynch w „Dzikości serca” i „Miasteczku Twin Peaks”, William Friedkin w „Egzorcyście”, Stanley Kubrick w „Lśnieniu” itd.

Największe dzieła Pendereckiego, zazwyczaj wieńczące festiwal beethovenowski, niezwykle działały na moją wyobraźnię. Zachwyciły mnie opery „Diabły z Loudun” i „Czarna maska” i pokorna ilustracyjność tej muzyki.

Obraz, który ciepło wspominam, to oddalający się po długiej rozmowie Maestro, trochę chyłkiem, nieco jakby ukradkiem, w kierunku wielkiej lusławickiej kuchni, gdzie czekały pierogi z jagodami specjalnie dla niego zrobione przez panie, które uwielbiały Mistrza karmić. Ciche przemykanie się przez pokoje miało sprawić, że pani Elżbieta nie zjawi się w kuchni zbyt szybko.

Fot. Liliana Śnieg-Czaplewska

Wydanie: 15/2020

Kategorie: Sylwetki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy