Powolne gotowanie żaby

Powolne gotowanie żaby

Warszawa 10.10.2018 r. "Mordor" fot. Krzysztof Żuczkowski

Środowisko korpoludków tworzy sobie bańkę, w której żyje, bo tak mu wygodniej Sara Taylor – autorka powieści „…i wyjechać w Bieszczady. Thriller z Domaniewskiej”, w której opisała dziesięcioletnie doświadczenia z pracy w korporacji Czy przed przyjściem do korporacji miała pani wyobrażenie, że to świat jak z amerykańskiego filmu, a więc fałszywy? – Do korporacji trafiłam praktycznie chwilę po studiach. Nie chcę mówić, że był to świat fałszywy. Na pewno jednak nieco wyidealizowany. To chyba dość normalne, bo mało kto ubiega się o pracę w miejscu, w którym pracować nie chce. Zazwyczaj chcemy postrzegać nowego pracodawcę jako lepszego od poprzedniego. Pozwalającego nam się rozwijać, dającego szansę na awans, oferującego zadowalające zarobki. Ale z czasem zachwyt mija, a my odkrywamy różne mankamenty danej pracy i firmy. Odkrycie prawdziwego oblicza korpo było szokiem? A może wszystko się zgadzało? – Gdybym się ze wszystkim zgadzała i gdyby zgadzali się inni pracownicy korporacji, nikt by z nich nie uciekał. Nikt nie myślałby co jakiś czas, aby „rzucić to wszystko i wyjechać w Bieszczady”. Praca w korporacji wymaga konformizmu. Nie ma w niej za dużo miejsca dla indywidualistów, bo wszystko określają procedury, ale trudno powiedzieć, że można przeżyć w nich szok. To raczej powolne gotowanie żaby. I albo się przyzwyczajamy i mimo że woda staje się coraz gorętsza, znajdujemy coś, co nas w korpo trzyma – choćby pieniądze – albo uciekamy. Czy praca w Mordorze jest ciężka? – Tu należy odpowiedzieć jak prawnicy: to zależy. Od tego, na jakim stanowisku i w jakim dziale, ale także od okresu. Są takie okresy, że trzeba ostro zasuwać po kilkanaście godzin na dobę, a po powrocie do domu ma się ochotę tylko paść na łóżko. Ale są i takie, że znaczna część osób tworzy wokół siebie otoczkę zapracowania. Jak to mówiła moja niegdysiejsza koleżanka, „najważniejsze jest robić wokół siebie dobry PR”. Ciężka fizycznie, psychicznie? Zbyt długa, monotonna, człowiek wstaje od biurka zdrętwiały itd.? – Wszystko naraz. Czasem i stresująca – nawet bardzo. Często jest ciśnienie na wynik: kwartalny, półroczny, roczny. Z czasem jednak większość z nas uczy się, jak przetrwać w korporacji bez nadmiernie ambitnego wyrabiania planów i podnoszenia sobie poprzeczki. Ale to też ogromna umiejętność – zrobić niezbędne minimum, zbytnio się nie wychylać i możliwie spokojnie przetrwać kolejny miesiąc, kwartał, rok. Ma być lekko, łatwo i przyjemnie Jaki jest stosunek szefostwa do pracowników? Sympatyczny, inspirujący, stresujący, obojętny? – Trudno uogólniać. Wiele zależy od ludzi i od stanowiska, a także od kultury organizacyjnej konkretnej firmy. Niestety, często ci, którzy awansowali i zajmują wysokie stanowiska – nie mówię o prezesach ani członkach zarządów – niezbyt dobrze traktują podwładnych, asystentki, sekretarki. Wielu jest pracoholikami i tego samego wymaga od innych. Tacy chcą pokazać, że skoro oni coś osiągnęli, awansowali, to znaczy, że można ciężko pracować. Niekiedy chcą też dać do zrozumienia, że są lepsi. A jeśli tak, to każdy poniżej jest gorszy, słabszy… I dają to odczuć. Wszyscy w korporacji mówią sobie po imieniu? – Zazwyczaj tak. Ale to zależy od rodzaju organizacji, kapitału i zarządów. Trochę inaczej jest w branżach kreatywnych, a inaczej w finansach i bankowości. Zachodnie korporacje przyniosły zwyczaj zwracania się po imieniu, ale bądźmy szczerzy – żyjemy w Polsce i niektórzy uznają, że nie wypada do kogoś zwracać się po imieniu lub ta osoba wręcz sobie tego nie życzy. Ale bardzo generalizując – tak, większość z nas zwraca się do siebie po imieniu. Kontakty pracownik-pracownik. Największy problem czy największa przyjemność? – Jeśli pracujemy w jednej firmie i dziale, to bardzo często rywalizujemy ze sobą, a znajomości raczej mają charakter pozorowany. Wyskoczenie na dymka, małe ploty, kawkę – oczywiście tak, ale prawdziwe przyjaźnie koleżanek z sąsiednich biurek to wyjątki. Poważniejsze lub mniej poważne relacje osobiste też się rodzą między korpoludkami, ale niekoniecznie w ramach jednej organizacji. Łączy nas chyba przede wszystkim styl życia, myślenia i poziom zarobków. Dzięki czemu po prostu lubimy i możemy podobnie spędzać czas wolny, jeść na mieście, imprezować, wyjeżdżać na wakacje. Środowisko korpoludków bardzo często tworzy sobie bańkę, w której żyje, bo tak jest mu wygodniej. Ale ta bańka dotyczy środowiska, a nie poszczególnych korporacji. Czyli przyjaźń i miłość to tylko kilka sympatycznych wspólnych nocy? Ale nie do końca budujących

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 2018, 45/2018

Kategorie: Wywiady