Najtrudniejsze przed nami

Najtrudniejsze przed nami

Ciemną stroną masowych migracji są napięcia społeczne


Prof. Paweł Kaczmarczyk – dyrektor Ośrodka Badań nad Migracjami Uniwersytetu Warszawskiego


Polacy pięknie zdają egzamin z człowieczeństwa, troszcząc się o uciekających z Ukrainy. Ale ta ogromna fala uchodźców – według ONZ w Polsce jest ich już ponad milion – rodzi też obawy. Mamy czego się bać?
– Sytuacja jest absolutnie wyjątkowa. Zarówno jeśli chodzi o skalę uchodźstwa, jak i o skalę pomocy. Moment jest niezwykle trudny, bo rozmiar i dynamika migracji są nieporównywalne z czymkolwiek, co obserwowaliśmy w Europie – myślę tu o migracjach z 2014 czy 2015 r.

Dlaczego?
– Bo wtedy to był proces rozciągnięty na tygodnie, miesiące. A tu w ciągu pierwszych dziewięciu dni wojny do Polski dotarło prawie 800 tys. Ukraińców. Co prawdopodobnie czyni ten napływ jednym z największych i najgwałtowniejszych w najnowszej historii Europy.

Według szacunków ONZ przez pierwsze dziewięć dni wojny z Ukrainy uciekło 1,2 mln ludzi. Z czego do Polski tylko tego dziewiątego dnia ponad 106 tys.
– Sądząc po tym, co się dzieje w Ukrainie i na granicy, ta dynamika zostanie utrzymana. Dlatego czas najwyższy nie bazować tylko, czy przede wszystkim, na spontanicznej pomocy Polek i Polaków. Wydaje mi się, że brakuje bardziej zdecydowanych działań rządu. I koordynacji tej spontanicznej pomocy. Dobrze, że szybko zareagowały samorządy i utworzyły ośrodki recepcyjne w dużych miastach i na granicy. Ale biorąc pod uwagę skalę zjawiska, wydaje mi się, że tych działań powinno być dużo, dużo więcej. Sytuacja jest trudna, bo mamy marzec, ciągle jest bardzo zimno, zwłaszcza w nocy, a uciekinierzy, zwykle kobiety z dziećmi, muszą spędzać wiele godzin na granicy w kolejkach. Czyli nawet po opuszczeniu swoich miejscowości w Ukrainie znajdują się w sytuacji zagrożenia zdrowia i życia. Pilnie potrzeba działań sprawnie rozładowujących te kolejki i zapewnienia uchodźcom możliwości przetrwania w cieple.

Ilu Ukraińców najprawdopodobniej zostanie w Polsce?
– Z danych, które się pojawiły, wynika, że 30-40% z tych 800 tys. pojechało dalej. A w dłuższej perspektywie zapewne będzie ich więcej. Szacuje się, że prawdopodobnie połowa trafi gdzieś dalej. Solidarność europejska jest obecnie bardzo silna, wiele drzwi stoi otworem. Ale główny strumień popłynie pewnie do Niemiec, Austrii, Skandynawii. Dlatego wracając do pytania, czy powinniśmy się bać, odpowiadam: powinniśmy zrobić wszystko, aby jak najsprawniej przeprowadzić akcję pomocy polegającej również na ułatwieniu transportu do innych krajów. Jednak do tego potrzeba koordynacji na poziomie ogólnopolskim. Nie wystarczą takie rozwiązania, jakie sprawdzały się dotychczas, polegające na tym, że prywatne osoby z własnej inicjatywy podjeżdżają pod granicę prywatnymi samochodami, zabierają uchodźców i wiozą dalej, w bezpieczne miejsca.

Najwyższy czas zaprosić do współpracy organizacje europejskie, takie jak Frontex czy Europejski Urząd Wsparcia w dziedzinie Azylu (EASO). To jest też moment, żeby zacząć korzystać z doświadczeń krajów, które musiały sobie radzić z falami uchodźców. Mam tu na myśli państwa południowej Europy, takie jak Włochy, Grecja, ale także – a może przede wszystkim – Niemcy. Wszystko po to, by nasza pomoc była maksymalnie efektywna i skuteczna.

Czy powinniśmy tworzyć obozy dla uchodźców?
– Wolałbym nie używać słowa obozy. Nie tylko ośrodki recepcyjne, ale i przejściowe dla uchodźców prawdopodobnie będą konieczne. Zwłaszcza jeśli szybko nie udostępni się Ukraińcom mieszkań z zasobu komunalnego, jeśli nie da się szybko wybudować mieszkań tymczasowych itd.

Co oprócz mieszkań trzeba zapewnić, żeby naszą pomoc można było nazwać dobrą?
– Powinniśmy im zapewnić dostęp do usług medycznych, w tym związanych ze szczepieniami przeciw COVID-19. Pamiętajmy, że w przypadku Ukrainy wyszczepienie populacji było relatywnie słabe, dodatkowo w większości inną szczepionką niż w krajach UE, głównie rosyjską szczepionką Sputnik V. To może generować w przyszłości sporo problemów. Trzeba stworzyć system opieki nad dziećmi. Teraz spontanicznie przyjmują je istniejące placówki, ale już za chwilę przestaną, bo przedszkola i szkoły nie są z gumy. Trzeba będzie zatem tworzyć dodatkowe szkoły i przedszkola dla ukraińskich dzieci. Pomóc w organizacji naszej pomocy mogą sami uchodźcy. Jest wśród nich wiele nauczycielek, lekarek czy pielęgniarek. Lepiej przecież pracować, niż cały dzień siedzieć w pustym pokoju. Zresztą mamy sygnały, że już tak się dzieje, zaledwie kilka dni od rozpoczęcia wojny. I tak doszliśmy do ostatniego punktu: włączania dorosłych uchodźców w rynek pracy.

Rząd właśnie wypracował specustawę.
– Ta ustawa jest niezbędna, żeby samorządy i inne organizacje mogły działać. Nie mam pojęcia, dlaczego rządowe prace tak się przedłużały. A papier jest cierpliwy i można na nim napisać wszystko. Zapytam retorycznie: czy zapisanie, że uchodźcy ukraińscy mają prawo do bezpłatnego nauczania i opieki zdrowotnej zapewni im jedno i drugie?

Niewydolna polska służba zdrowia i mocno zagęszczone szkoły nie dadzą rady?
– Pojawienie się w niewydolnym systemie dodatkowych tysięcy osób stworzy presję, z którą trudno będzie sobie poradzić. Trzeba działać wyprzedzająco, teraz. Jeżeli nie pozyskamy pieniędzy, jeśli nie zmobilizujemy nauczycieli i lekarzy, jeśli nie włączymy do tego Ukraińców, specustawa niewiele zmieni. Oczekiwałbym w tej chwili przejścia na wyższy poziom determinacji także od władz rządowych.

Czyli?
– Wyasygnowania dużych pieniędzy ze środków publicznych i mocnego wsparcia samorządów oraz współpracy z organizacjami pozarządowymi. Proszę zauważyć, że tak naprawdę tylko samorządy i organizacje pozarządowe zajmowały się dotąd migrantami. Nie mieliśmy i nie mamy polityki rządowej w tej sferze. I, co chciałbym podkreślić, konieczne jest jak najszybsze pozyskanie środków pomocowych z Unii Europejskiej. Bruksela zadeklarowała, że te pieniądze będą błyskawicznie przekazywane.

Kto dziś ucieka z Ukrainy?
– Przede wszystkim kobiety i dzieci, ale na pewno nie jest to losowa próbka populacji ukraińskiej. Każda emigracja jest bowiem zjawiskiem selektywnym. Uciekają ci, którzy mają, po pierwsze, kontakty i powiązania w Polsce, po drugie, pieniądze na transport do granicy albo samochód, który ich tam dowiezie. Albo nie mają chorych rodziców, którymi muszą się opiekować. Lub są na tyle sprawni i zdeterminowani, że mogą wiele dni iść pieszo. W tym miejscu trzeba podkreślić, że nie ma wielkiej różnicy między Ukraińcami, którym teraz tak chętnie i spontanicznie pomagamy, a ludźmi, którzy niedawno stali bezradnie przy polsko-białoruskiej granicy, ale na naszą masową pomoc nie mogli liczyć. Jedni i drudzy uciekali przed wojną.

Dlaczego łatwiej nam pomagać Ukraińcom?
– Bo ich lepiej znamy, są nam bliscy kulturowo. Poza tym Rosję traktujemy jako wspólnego wroga. Wreszcie wojna na Ukrainie rozgrywa się blisko nas, my ją rozumiemy. Wojna w Syrii czy w Afganistanie to było dla przeciętnego Polaka coś dalekiego, obcego, abstrakcyjnego.

Polacy obawiają się, że masowo przybywający Ukraińcy zdestabilizują rynek pracy.
– Do końca nie wiem, z czego wynikają te obawy. Przecież w polski rynek pracy jeszcze przed wojną rosyjsko-ukraińską zaangażowanych było ok. 2 mln Ukraińców. I nie wywołali negatywnych efektów, wręcz przeciwnie. Mieli 11-, 12-procentowy wpływ na dynamikę wzrostu PKB. Napływ nowych pracowników może być i teraz bardzo korzystny dla rynku pracy. Pod warunkiem że zlikwidujemy pewne bariery. Po pierwsze, przyśpieszając nostryfikację dyplomów i uznawanie kwalifikacji. Bo musimy sobie zdać sprawę, że obecna ukraińska emigracja różni się od tej zarobkowej, którą dobrze znamy. To są ludzie wyrwani ze swoich miejsc pracy, często dobrze wykształceni: naukowcy, nauczyciele, dziennikarze, lekarze, inżynierowie. Warto umożliwić im pracę w ich zawodach. Po drugie, ucząc ich języka polskiego, a do tego potrzeba dodatkowych, intensywnych kursów językowych. Polscy pracodawcy już dzisiaj deklarują, że chcą zatrudniać Ukraińców. Wcześniej, jeśli czegoś się bali, to nagłego odpływu Ukraińców, np. do Niemiec. Przypomnijmy, że Polacy poszukują siły roboczej w tak odległych krajach jak Indie czy Bangladesz.

Wiemy, że nie taki diabeł straszny, bo naukowcy badali już wpływ masowej imigracji na rynek pracy, np. tej nazwanej Mariel boatlift.
– Tak, w 1980 r. dość niespodziewanie Fidel Castro ogłosił, że każdy, kto chce, może opuścić Kubę. Ponad 120 tys. Kubańczyków w porcie Mariel – stąd nazwa – załadowało się więc na statki i łodzie i popłynęło na Florydę. Trafili głównie do Miami. Do rodziny, przyjaciół, do silnej diaspory kubańskiej. W tym aspekcie tamta sytuacja jest analogiczna do tego, co dzisiaj przeżywamy w Polsce. Pierwsza fala ukraińskiej emigracji też trafia głównie do rodzin, przyjaciół czy znajomych – tam, gdzie mają jakiś punkt zaczepienia. Tę kubańską emigrację zbadano bardzo solidnie, wśród badaczy był David Card, zdobywca zeszłorocznej Nagrody Nobla. I okazało się, że powiększenie siły roboczej w Miami o 7-10% nie wpłynęło negatywnie ani na Amerykanów, ani na innych imigrantów. Tylko jedna grupa straciła – mieszkający tam Kubańczycy.

Podobne wnioski płyną z innych badań. Imigranci wcale nie zabierają pracy rdzennym mieszkańcom, raczej ją uzupełniają. Rzadko konkurują, zwykle podejmują pracę, której miejscowi nie chcą, uważają ją za nieatrakcyjną. Tak też jest na polskim rynku pracy. Ukraińcy zatrudniani są głównie w rolnictwie, świadczą usługi niskokwalifikowane i proste prace w przemyśle czy budownictwie. Polacy nie musieli i nie muszą się obawiać o swoje miejsca pracy. Wzmożona konkurencja dotyczyć będzie zatem przede wszystkim innych imigrantów. Ale, żeby była jasność, nie chcę przedstawiać migracji tylko w jasnych barwach. Migracje, zwłaszcza masowe, mają jasne i ciemne strony.

To wyliczmy najpierw te ciemne.
– Utrudniony dostęp do świadczeń publicznych: opieki medycznej, społecznej, edukacji, usług transportowych. Mogą się pojawić problemy z wypłacaniem świadczeń społecznych, np. 500+.

Czyli na rynku pojawią się tysiące nowych osób i nie będzie skąd wziąć pieniędzy na opłacanie dodatkowych nauczycieli, lekarzy itp.?
– Nie. Problemem nie jest to, skąd wziąć pieniądze, bo jeśli włączymy Ukraińców do rynku pracy, to oni za to wszystko zapłacą, choćby uczestnicząc w systemie podatkowym, przez podatki dochodowe i podatki pośrednie. Problemem jest nagłe poszerzenie systemu świadczenia różnego rodzaju usług. Proszę sobie wyobrazić 10-tysieczne miasto, w którym niemal z dnia na dzień pojawia się dodatkowe 2 tys. mieszkańców, w dodatku niemówiących po polsku. I teraz z niewielkiego budżetu trzeba stworzyć dodatkowe miejsca w przedszkolach, szkołach, przychodniach. Trzeba pomyśleć o nauczaniu polskiego jako języka obcego. Skąd wziąć takich nauczycieli, zwłaszcza w małym mieście? Nie oszukujmy się, logistycznie będzie to bardzo trudne. Ciemną stroną masowych migracji są też napięcia społeczne.

Co obserwowaliśmy niedawno w Anglii, gdy emigrowali tam masowo Polacy.
– Choć imigracja dobrze wpływa na rynek pracy i to jest bezdyskusyjne, z całą pewnością mogą się znaleźć jednostki lub nawet całe grupy, które na tym napływie ucierpią. W Polsce mogą to być pracownicy o niskich kwalifikacjach lub pracujący w sektorach zdominowanych przez migrantów. Doświadczenia Anglii z czasów poprzedzających brexit nakazywałyby jak najszybciej identyfikować takie grupy i oferować wsparcie, np. w postaci dodatkowego przeszkolenia czy możliwości przekwalifikowania się. Poza tym masowa migracja może powodować napięcia społeczne czy polityczne. Rozsądna polityka publiczna musi je szybko rozpoznawać i rozładowywać, a nie podsycać. A to w naszym kraju szczególnie ważne, bo w ostatnich latach mieliśmy niestety silną retorykę antyimigrancką, która płynęła wprost z instytucji rządowych. Dlatego teraz konieczne jest sformułowanie takiego przekazu, który nie tylko uświadomi wszystkim (o ile nie jest to już oczywiste), że stoimy w obliczu olbrzymiego wyzwania, ale i wskaże, w jaki sposób możemy sobie z nim poradzić i jakie będą skutki imigracji – możliwe zagrożenia, ale i plusy.

Jakie są te plusy?
– Jesteśmy gwałtownie starzejącym się społeczeństwem. Nie tylko nie mamy już problemów z bezrobociem, ale w niektórych sektorach musimy wręcz szukać rąk do pracy. Dlatego pojawienie się na takim rynku pracy dodatkowych tysięcy pracowników trzeba traktować jako sprzyjający nam potencjał. Tym bardziej że nie będą to przede wszystkim pracownicy o niskich kwalifikacjach. Poza tym jest to szansa na budowanie dobrych relacji z sąsiadem. Bardzo prawdopodobne, że – jeśli Ukraina przetrwa – wielu z tych dzisiejszych uchodźców będzie budowało powojenną ojczyznę. A trzeci plus – wielokulturowość jako wartość. Jestem gorącym zwolennikiem tezy, którą nie wszyscy podzielają, że wielokulturowe, różnorodne społeczeństwo nie tylko jest wartością, ale też ma lepsze perspektywy rozwoju.

Fot. archiwum prywatne

Wydanie: 12/2022

Kategorie: Wojna w Ukrainie, Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy