Minimum godności

Minimum godności

Jeżeli będą wyższe płace, polscy przedsiębiorcy, którzy się rozleniwili, zostaną zmuszeni do wysiłku

Piotr Kuczyński – główny analityk Domu Inwestycyjnego Xelion

Dlaczego Polacy tak mało zarabiają?

– Znam takich, którzy zarabiają bardzo dużo.

Jednak średnio zarabiamy przeszło trzy razy mniej niż nasi niemieccy sąsiedzi. W zarobkach wyprzedzają nas Czesi i Słowacy, wleczemy się w ogonie Unii Europejskiej.

– Nie ma przypadku w tym, że na dole tabeli wynagrodzeń w Unii Europejskiej znajdują się wyłącznie dawne państwa socjalistyczne. To spuścizna zacofania i transformacji. Doskonale pamiętam czasy, gdy dobra pensja stanowiła równowartość dwudziestu kilku dolarów.

Statystyka i życie

Mówi pan jak jeden z autorów reformy Balcerowicza, Stefan Kawalec, który przypomina, że na początku lat 90. przeciętne wynagrodzenie było równowartością 100 dol., a obecnie – ponad tysiąca. Ale mamy też punkt widzenia prezesa NBP Marka Belki: Polacy zarabiają za mało.

– Oba te poglądy nie kłócą się ze sobą. Stefan Kawalec przytacza dane GUS, choć trzeba od razu zaznaczyć, że obejmują one przeciętne wynagrodzenia pracowników firm zatrudniających przeszło dziewięć osób. W tej chwili to ok. 4 tys. zł. Przeciętne zarobki w mikroprzedsiębiorstwach zatrudniających od jednej do dziewięciu osób są znacznie niższe – w 2013 r. wyniosły 2145 zł, czyli ok. 550 dol. Przypuszczam, że od tego czasu niewiele wzrosły. Nie znam aktualnych danych, bo GUS co miesiąc podaje jedynie wysokość wynagrodzeń w firmach zatrudniających powyżej dziewięciu osób.

Gdy obywatele słyszą kolejny komunikat GUS, ile wynosi przeciętne wynagrodzenie, internet grzeje się z wściekłości.

– Polakom scyzoryk otwiera się w kieszeni, bo rzeczywiste przeciętne wynagrodzenie jest niższe. GUS prowadzi taką statystykę, bo badanie wynagrodzeń w mniejszych firmach ze względu na ich liczbę byłoby bardzo trudne. Dlatego raz na dwa lata podaje raport szerszy. Zresztą przeciętne wynagrodzenie niewiele mówi. Przypomnę stare porównanie: gdy do zatłoczonego baru wejdzie Bill Gates, średnia dochodów klientów gwałtownie skoczy w górę. Posługiwanie się średnią płacą jest błędne, niemniej jednak zarówno Stefan Kawalec, jak i Marek Belka mają rację. W dużych firmach zarobki są rzeczywiście na niezłym poziomie, ale większość Polaków zarabia za mało.

Sprzedam pracę

Karol Marks dowodził, że praca jest towarem. Zgadza się pan?

– Oczywiście. Wystawiamy swoją pracę na rynek, a przedsiębiorcy ją kupują. Może lepiej pasowałoby pojęcie usługa, bo praca jest towarem niematerialnym. Towar kojarzy nam się z czymś widzialnym i namacalnym: szklanką, stołem, samochodem. Sprzedając swoją pracę, sprzedaję swoją usługę.

Ekonomiści mówią, że cena pracy – podobnie jak towarów i usług – zależy od popytu.

– Kiedy jest duży popyt, cena pracy rośnie, kiedy jest duża podaż – spada. Wysokie jak na warunki Unii Europejskiej bezrobocie w Polsce nie sprzyja podnoszeniu płac.

A pielęgniarki? To zawód w Polsce wymierający, bo nie ma chętnych do tej pracy. Popyt na pielęgniarki jest zatem dużo większy niż podaż. Mimo to dopiero głośne protesty w sezonie wyborczym wymusiły wzrost ich płac.

– Rynek pielęgniarek, jeśli już mamy się posłużyć tym pojęciem, nie jest prawdziwym rynkiem. Byłby prawdziwy, gdyby cały sektor usług medycznych został sprywatyzowany. Wówczas prywatne podmioty prowadzące szpitale i inne placówki medyczne wyznaczałyby odpowiednią cenę. Taki system oznaczałby, rzecz jasna, katastrofę, bo miliony Polaków nie byłyby w stanie opłacić swojego leczenia. Dlatego ochrona zdrowia wciąż ma charakter publiczny, kieruje nią państwo, a do kasy tego państwa wpłacamy skromną składkę na ubezpieczenie zdrowotne. To z niego finansowana jest publiczna służba zdrowia. Poziom wydatków Polski na ochronę zdrowia – w relacji do PKB – jest prawie dwukrotnie niższy niż w Niemczech. Aby pielęgniarki mogły zarabiać tyle, ile koleżanki za Odrą, musielibyśmy wszyscy płacić znacznie większe składki.

Jednak lekarze pracujący w tej samej służbie zdrowia i opłacani z tych samych składek nie narzekają.
– Bo choć jest ich mniej niż pielęgniarek, okazali się znacznie silniejsi i skuteczniejsi w walce o podwyżki.

Minister nie poszaleje

Państwo, które wciąż jest dużym pracodawcą, oszczędza na urzędnikach i budżetówce, zamrażając wzrost wynagrodzeń.
– Zamrożono fundusz płac, a nie płace. Gdyby np. w jakiejś jednostce zatrudnienie spadło z 20 do 10 urzędników, ich płace mogłyby wzrosnąć o 100%.
Niemniej jednak, jeśli spojrzymy na wynagrodzenia wyższych urzędników ministerialnych, okaże się, że państwo wcale nie jest szczodrym pracodawcą.
– Zdecydowanie nie jest. Nie chcę powielić wypowiedzi pani Bieńkowskiej, ale to rzeczywiście śmieszne zarobki. Wiem, że z perspektywy osoby zarabiającej 1,5 tys. zł 6 tys. to duża kasa, ale trzeba wziąć pod uwagę, że tych urzędników państwowych wysokiego szczebla jest niewielu i powinni być wynagradzani tak, aby przyciągać ludzi z kwalifikacjami gwarantującymi właściwe zarządzanie państwem. Oni mają na głowie 38-milionowy naród. Weźmy ministra finansów Mateusza Szczurka. Przyszedł do rządu z sektora bankowego, w którym musiał zarabiać kilka razy więcej, co potwierdza jego oświadczenie majątkowe.
Państwo nie tylko jest pracodawcą, ale także wykorzystuje swoje możliwości do wpływania na wysokość wynagrodzeń w sektorze prywatnym. Za rządów Platformy Obywatelskiej minimalne wynagrodzenie brutto wzrosło z 1126 do 1750 zł. Czy gdyby płacy minimalnej nie było, zarabialibyśmy jeszcze mniej?
– Tak sądzę. Od dawna mamy w Polsce rynek pracodawcy. Wyjątek stanowiły lata 2005-2007, gdy mieliśmy rynek pracownika. Nie była to bynajmniej zasługa rządów Prawa i Sprawiedliwości, lecz efekt wejścia do Unii Europejskiej, któremu towarzyszyły bardzo wysoki wzrost PKB i otwarcie unijnego rynku pracy. Pracodawcy wykorzystują swoją przewagę, starają się płacić jak najmniej. Dlatego płaca minimalna ogranicza duszenie przez nich kosztów. Ona jednak dotyczy tylko zatrudnionych na etat.
Z myślą o zatrudnionych na tzw. umowach śmieciowych ugrupowania walczące w wyborach chcą wprowadzić minimalną stawkę godzinową: PO i PiS – 12 zł, Zjednoczona Lewica – 15 zł.
– Ja się z tym zgadzam, ale dziś rano spotkałem znajomych pracujących w ochronie. Przybiegli do mnie z prośbą: „Panie Piotrze, niech pan wszędzie mówi, żeby nie przyjmowali tej płacy minimalnej. Bo my mamy teraz 7 zł, a jak uchwalą 12 za godzinę, to nas zwolnią”. Zacząłem się zastanawiać. Sprawa 12 zł za godzinę – niezależnie od wyniku wyborów – jest przesądzona. Ale czy pracodawca z dnia na dzień podniesie moim znajomym pensję o 70%? Nie jestem tego taki pewien – musiałby przerzucić koszty na klientów, a oni mogliby zrezygnować z jego usług. Paradoksalnie pracownicy boją się wprowadzenia minimalnej stawki godzinowej.

Unia nierównych płac

Wolą mniej zarabiać, ale mieć pracę.
– W niektórych przypadkach minimalna stawka godzinowa może nie być problemem – np. w dużych przedsiębiorstwach, w których większość załogi stanowią pracownicy etatowi, a godzinowych jest niewielu. W ochronie zaś to setki tysięcy osób w skali kraju – prawie wszyscy są zatrudnieni ze stawką godzinową. Fundusz płac tych firm momentalnie spuchnie o kilkadziesiąt procent. Jestem zwolennikiem minimalnej stawki godzinowej, ale powinna być ustalona na takim poziomie, który nie wymuszałby skokowego wzrostu wynagrodzeń. A potem można by stopniowo – jak w przypadku minimalnego wynagrodzenia za pracę – dochodzić do coraz wyższego poziomu. Pomysł Zjednoczonej Lewicy – minimalna płaca godzinowa na poziomie 15 zł – jest dobry, ale należałoby go wprowadzać w życie stopniowo, a nie natychmiast.
Jaka powinna być relacja między płacą minimalną a minimalną stawką godzinową?
– Przy 170 godzinach pracy miesięcznie i 12 zł za godzinę uzyskamy 2040 zł, podczas gdy płaca minimalna w przyszłym roku wyniesie 1850 zł brutto. To różnica prawie 200 zł, czyli coś jest nie tak z obliczeniami PO i PiS. Powinno być 11 zł za godzinę, takiej stawki domagało się OPZZ od Ewy Kopacz, gdy objęła urząd premiera. Akurat w tym miejscu projekt lewicy jest bardziej spójny, bo zakłada podniesienie płacy minimalnej do 2,5 tys. zł. Tym samym minimalne wynagrodzenia etatowców i „godzinowców” byłyby niemal równe.
Mieliśmy głośny konflikt z Niemcami, które zażądały, by nasi kierowcy ciężarówek jeżdżący przez ich terytorium zarabiali co najmniej 8,5 euro na godzinę – tyle wynosi minimalna stawka godzinowa za Odrą. Właściciele firm transportowych stanowczo zaprotestowali, a kierowcy nie upomnieli się o większe pieniądze.
– Nasz transport drogowy jest potęgą na skalę europejską, Niemcy postanowiły ograniczyć konkurencję i dlatego próbowały wprowadzić tę zmianę, którą uzasadniły obowiązującym ustawodawstwem związanym z minimalną stawką godzinową. Moim zdaniem, to żądanie było absurdalne.
Przed naszą rozmową przeczytałem informację, że Komisja Europejska zamierza wprowadzić w życie zasadę równej płacy za taką samą pracę. Nie chodzi jednak o to, by robotnik w fabryce Volkswagena w Poznaniu zarabiał tyle samo, ile robotnik VW w Wolfsburgu, lecz o to, by oddelegowany do pracy w Niemczech Polak zarabiał tyle, ile jego niemiecki kolega. Co pan o tym sądzi?
– Ta propozycja też wygląda mi na walkę z krajami, które konkurują niską płacą, uderza w nowe kraje UE, w tym w Polskę. Za pięknym hasłem kryje się ochrona rynku pracy państw bogatszych. Ma to bardzo niewiele wspólnego z solidarnością europejską.
Unia nie zamierza i nie może wprowadzić jednolitej płacy minimalnej. Płacowe Schengen – taka sama płaca za tę samą pracę w całej Unii – jest niemożliwe?
– Ci, którzy mają najwięcej do powiedzenia w Unii Europejskiej, nie są tym zainteresowani.

Niemiec nie dogonimy

Bardzo wielu ekonomistów tłumaczy, że jeśli państwo będzie wymuszać podnoszenie płac, pozbędziemy się jednego z najważniejszych atutów – niskich kosztów pracy.
– Istnieją dwa punkty widzenia w tej sprawie. Ten, który pan przytoczył, i drugi, który ja podzielam: niskie płace są elementem świadczącym o naszym zacofaniu. Jeżeli będą wyższe płace, wymuszone także przez płace minimalne, polscy przedsiębiorcy, którzy się rozleniwili (dzięki niskim płacom nie muszą się wysilać, bo i tak osiągną spory zysk), zostaną zmuszeni do wysiłku: zwiększenia wydajności pracy, wprowadzenia nowych technologii, znalezienia niszy innowacyjnej.
Zgadza się pan z taką opinią o polskich pracodawcach: „Mają pieniądze na podwyżki, ale wolą trzymać je w bankach”?
– Poziom depozytów bankowych firm jest rzeczywiście rekordowy. Ale nie wiem, czy to akurat dowód niechęci do podnoszenia wynagrodzeń. Nie potępiam przedsiębiorców za to, że nie rozdają pracownikom pieniędzy na prawo i lewo. Depozyty można przeznaczyć na inne cele – np. na inwestycje i innowacje, które w efekcie przełożą się także na podwyżki dla pracowników.
Jedni mówią, że wymuszanie wzrostu wynagrodzeń studzi gospodarkę i zwiększa bezrobocie, drudzy, że nakręca koniunkturę i rynek pracy, bo gdy ludzie mają więcej pieniędzy, to więcej wydają, potrzeba zatem więcej usług i towarów. Kto ma rację?
– Jedni i drudzy po trochu. Warto podnieść dochody biednym, bo oni rzeczywiście więcej kupują. Bogaci zachowują się inaczej. Prof. Zyta Gilowska, która będąc w rządzie PiS, zlikwidowała 40-procentowy próg podatkowy, zostawiła w kieszeni bogatych Polaków ponad 30 mld zł. To było jedno z najbardziej bezsensownych posunięć. Ma sens dodawanie pieniędzy najbiedniejszym, bo oni rzeczywiście wszystko wydają. Z tego punktu widzenia za bardzo interesujący uważam projekt systemu podatkowego Platformy, w którym mało zarabiający i mający rodziny płaciliby bardzo niskie podatki, zachowując dużo więcej pieniędzy w kieszeni. Oni rzeczywiście je wydadzą i nakręcą gospodarkę.
Program Platformy jest najkorzystniejszy dla osób najmniej zamożnych?
– Tak uważam, pomysły pozostałych partii przypominają plasterki kładzione na ranę, są nawet szkodliwe. Podniesienie kwoty wolnej od podatku do 8 tys. (PiS) czy 20 tys. zł (Zjednoczona Lewica) dałoby dodatkowe pieniądze zarówno uboższym, jak i bogatszym, a według mnie tak nie powinno być. Poza tym prawie 50% dochodów z PIT trafia do samorządów lokalnych. Czy ktoś może sobie wyobrazić skutki obniżenia kwoty wolnej od podatku? Skąd samorządy wezmą pieniądze na wkład własny, by wykorzystać środki unijne? To rozwiązanie jest bez sensu. Nie reklamuję Platformy, ale jej pomysł akurat bardzo mi się podoba.
Kiedy będziemy zarabiać tyle co w bogatych krajach UE?
– Gonimy, gonimy… Wszystko zależy od tego, w jakim tempie będziemy się rozwijać. To kwestia dziesięcioleci. W każdym razie za mojego życia Niemiec nie dogonimy.

Wydanie: 42/2015

Kategorie: Wywiady

Komentarze

  1. xttx
    xttx 15 października, 2015, 15:45

    – „Kiedy jest duży popyt, cena pracy rośnie, kiedy jest duża podaż – spada. Wysokie jak na warunki Unii Europejskiej bezrobocie w Polsce nie sprzyja podnoszeniu płac”.

    I dlatego wpuściliśmy na rynek pracy kilkaset tysięcy Ukraińców gotowych pracować za stawki, których nie chcą nawet Polacy..

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy