Powtórka z Wrześni?

Powtórka z Wrześni?

W polskich szkołach na Litwie zapowiedziano strajk. Wezwał do niego Związek Polaków na Litwie. Strajk poparło wiele środowisk w Polsce. Przed ambasadą litewską w Warszawie stanęła pikieta. Wielką aktywność wykazał poseł Artur Górski, który w tej sprawie słał nawet jakieś listy otwarte do kanadyjskiej Polonii. Poseł Górski lubi politykę globalną. Tak, ten sam Artur Górski, który chciał swego czasu intronizować Chrystusa na króla Polski (teraz tę ideę, jak wiadomo, realizuje ks. prof. Natanek) i który po wyborze Obamy na prezydenta Stanów Zjednoczonych wieszczył z trybuny sejmowej koniec ery białego człowieka.
Poczynania posła Górskiego można by zaliczyć do polskiego folkloru politycznego i nie przejmować się nimi, ale okazuje się, że ten folklor, jeśli idzie o Litwę, zaczyna dominować w polskich mediach.
Powszechne jest przekonanie, że Litwini niszczą i lituanizują polskie szkolnictwo. Przekonanie to jest tak silne i tak dominujące, że już nikt nie pyta, co konkretnie dzieje się z polskim szkolnictwem na Litwie, bo kogo by tam interesowały jakieś szczegóły. Chodzi o pryncypia. Nie damy lituanizować ani zamknąć polskich szkół! „Nie rzucim ziemi, skąd nasz ród”, „Do krwi ostatniej kropli z żył”, „Ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie”, „Co nam obca przemoc wzięła, szablą odbierzemy!”, hip, hip, hura, hura, hura!
Zanim powtórzymy te wszystkie podniosłe słowa pieśni i zanim wzniesiemy bojowe okrzyki, spróbujmy jednak spojrzeć choć przez chwilę na rzeczywistość.
Na Litwie mieszka liczna mniejszość polska. Jest to co najmniej 260 tys. osób. Jak na małą, trzymilionową Litwę, to dużo. Tym bardziej że Polacy zamieszkują zwarcie dwa rejony, wileński i solecznicki, w którym stanowią większość. W samym stołecznym Wilnie stanowią ok. 20% mieszkańców. Na Litwie jest czynnych ponad 100 państwowych szkół z polskim językiem nauczania.
Na sąsiedniej Białorusi mniejszość polska jest jeszcze liczniejsza, Polacy zamieszkują zwarcie zwłaszcza rejony grodzieński i brzeski, a nie ma tam żadnej państwowej szkoły z polskim językiem nauczania. I o ile wiem, nikt ze strony władz polskich nie dopominał się o taką szkołę, nawet w czasach, gdy Białorusią rządzili jeszcze demokraci, nie dopomina się tym bardziej teraz, za Łukaszenki.
Litwa jest poza Polską jedynym krajem na świecie, gdzie edukację na wszystkich szczeblach można odbyć po polsku.
Zamieszkiwane przez Polaków regiony, zwłaszcza na pograniczu białoruskim, są cywilizacyjnie zapóźnione, biedne, wyludniają się. Taki litewski odpowiednik polskiej ściany wschodniej.
Litwa przeżyła kryzys gospodarczy silniej niż Polska, wolniej też z niego wychodzi. W Polsce zamknięto ostatnio wiele szkół, bo na skutek niżu demograficznego zaczęło w nich brakować dzieci, a utrzymującym szkoły samorządom – pieniędzy. To zamykanie szkół PiS wytacza jako zarzut przeciwko Platformie i obiecuje, że gdy tylko wygra wybory, na nowo je otworzy. Rząd się broni, że racjonalizuje sieć szkół.
Litwini z tych samych powodów też chcą racjonalizować sieć szkół. Ta racjonalizacja to taki sam eufemizm jak w Polsce. Oznacza po prostu likwidowanie tych placówek, gdzie dzieci jest zbyt mało. Litewska racjonalizacja dotknęła niektóre szkoły polskie. Te, jak mówią Litwini, w których nauczycieli jest więcej niż dzieci. Może przesadzają. Warto to jednak sprawdzić. A może warto Litwie pomóc w utrzymaniu tych szkół, skoro tak bardzo nam na tym zależy? Może te polskie środowiska, które tak się przejmują losem polskich szkół na Litwie, pomogą rodakom utworzyć zamiast likwidowanych szkół państwowych szkoły społeczne? Prawo litewskie na to pozwala. Czy w ogóle ktoś w Polsce ten problem badał? O ile szkół chodzi, o ilu uczniów i o jakie koszty? Może to wie MSZ, a może MEN? Pytałem – nie wiedzą.
Organizatorzy strajku szkolnego na Litwie, podpuszczani przez najgłupsze środowiska prawicowe w Polsce, swój strajk porównują do strajku we Wrześni. Do polityki wciągają dzieci. Czasem trzeba, czasem warto. Ale czy na pewno teraz jest to dobry pomysł? We Wrześni w 1901 r. uczniowie zastrajkowali, gdy nawet lekcje religii miały się odbywać po niemiecku i po niemiecku kazano im się modlić. Poza tym rzecz działa się pod pruskim zaborem w czasie germanizacyjnych szaleństw Hakaty. Był to więc protest wymierzony w zaborcę.
Analogia do Wrześni jest zupełnie nietrafna, jest głupia i obraźliwa dla Litwinów. Czy to znaczy, że nawołujący do strajku uważają Litwę za zaborcę? Z wszystkimi tego konsekwencjami, politycznymi i moralnymi? To oficjalnie uznajemy granice Litwy, ale w duchu uważamy ją ciągle za zaborcę Wileńszczyzny? Nam wolno cierpieć na schizofrenię, ale nie dziwmy się, że Litwini coraz mniej nam ufają. W konsekwencji coraz trudniej będzie nam, nawet dla naszej mniejszości, coś z Litwinami załatwić.
Poza tym na czym polega rzekoma lituanizacja polskich szkół? Dotychczas w szkołach z polskim językiem nauczania wszystkich przedmiotów poza językiem litewskim uczono po polsku. Teraz po litewsku ma być prowadzona dodatkowo historia Litwy, geografia Litwy i nauka o społeczeństwie.
Trzeba wiedzieć, że w Polsce, w szkołach, w których nauczanie odbywa się w języku mniejszości, po polsku nauczane są: język polski, historia Polski, geografia Polski oraz wiedza o społeczeństwie… Tak jest w szkołach z językiem litewskim i ukraińskim. W szkołach białoruskich czy słowackich wszystkie przedmioty prowadzone są po polsku, tylko dodatkowo nauczany jest język ojczysty.
Jeśli uważamy, że poziom lituanizacji polskiej szkoły na Litwie dorównał germanizacji w zaborze pruskim, to musimy się liczyć z tym, że jutro lub pojutrze we wszystkich szkołach mniejszości narodowych w Polsce rozpoczną się strajki, a wszystkie będą nawiązywać do tradycji strajku szkolnego we Wrześni. Zwariujemy wszyscy, ale przynajmniej według tych samych kryteriów.

Wydanie: 36/2011

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy