Pożar w Kraju Cedrów

Pożar w Kraju Cedrów

Libańczycy domagają się nie tylko wymiany rządu, ale reformy, która pozwoli na obejmowanie stanowisk według kompetencji, a nie wyznania

W poniedziałek 10 sierpnia do dymisji podał się cały libański rząd premiera Hassana Diaba. Gabinet, którego głównym zadaniem miało być uporanie się z głębokim kryzysem, w jakim pogrążony jest Kraj Cedrów, nie sprostał swojej misji i po niecałych ośmiu miesiącach od zaprzysiężenia musiał ustąpić na skutek coraz bardziej masowych demonstracji. Choć może się wydawać, że antyrządowe wystąpienia są wynikiem tragicznej w skutkach eksplozji w bejruckim porcie, to w rzeczywistości są one kontynuacją protestów, które wybuchły już w zeszłym roku. Diab nie jest też pierwszym premierem, który ustąpił w trakcie tzw. rewolucji październikowej. 29 października 2019 r. rezygnację na ręce prezydenta Michela Aouna złożył Sad al-Hariri, którego rząd Libańczycy uważali za skorumpowany. Dymisja została przyjęta, ale al-Hariri pozostał premierem do zaprzysiężenia Diaba w styczniu 2020 r.

Październikowe demonstracje antyrządowe wybuchły po tym, jak rząd ogłosił rozwiązania mające ratować podupadający budżet kraju. Ich częścią były nowe podatki, w tym podatek na tytoń, opłaty nałożone na użytkowników komunikatorów internetowych, takich jak WhatsApp, oraz podniesienie opłat za paliwo. Nie spodobało się to Libańczykom, którzy masowo wyszli na ulice. I choć rząd bardzo szybko wycofał się ze swoich propozycji, protestów nie udało się ugasić. Na transparentach pojawiały się hasła domagające się uporządkowania sytuacji gospodarczej kraju, zlikwidowania korupcji w sektorze publicznym i konfesjonalizmu w systemie politycznym.

Wielu Libańczyków uważa, że to właśnie system, w którym najwyższe stanowiska państwowe rozdzielane są według wyznania, jest źródłem problemów. Liban jest najbardziej zróżnicowanym religijnie krajem Bliskiego Wschodu. Oficjalnie uznaje 18 religii i wyznań. Największymi grupami religijnymi w zamieszkanym przez 6 mln ludzi kraju są maroniccy chrześcijanie, sunnici i szyici. Między nich rozdzielone są najważniejsze stanowiska w kraju. Prezydent zawsze musi być maronitą, premier sunnitą, a przewodniczący parlamentu szyitą. Zgromadzenie Narodowe, w którym zasiada 128 delegatów, podzielono po równo między chrześcijan i muzułmanów. Taki podział kraju, z drobnymi zmianami, obowiązuje już od przyjęcia niepisanego Paktu Narodowego w 1943 r., pozwalającego Libanowi na osiągnięcie niepodległości od francuskiego mandatariusza.

Oparty na wyznaniu system potwierdzony został także przez porozumienie z Taif, podpisane w 1989 r., by zakończyć trwającą od 1975 r. krwawą wojnę domową, w którą zaangażowane były także Izrael i Syria. Układ z Taif miał sprawić, że nigdy więcej nie dojdzie już do walk między różnymi grupami etnicznymi i religijnymi. Dzisiaj, 31 lat po zakończeniu konfliktu, wielu Libańczyków jest przekonanych, że ten argument jest już nieaktualny, a podział władzy sprzyja jedynie korupcji. Według protestujących konieczne są głębokie reformy, które pozwolą na obejmowanie stanowisk na podstawie kompetencji, a nie wyznania. Niektórzy uważają też, że władza wcale nie jest równo rozdzielona między wyznaniami, a w rzeczywistości w Libanie ścierają się interesy
zagranicznych mocarstw.

Powitanie bez prądu

W libańskim systemie politycznym obecne partie polityczne wykształciły się przede wszystkim z bojówek z czasów wojny domowej. Oprócz tego okrutnego konfliktu kraj wycierpiał wiele – od dwóch wojen z Izraelem, przez syryjską okupację, aż po zamachy na przywódców. Dawni wrogowie, którzy podczas wojny domowej występowali w mundurach, dzisiaj w garniturach brylują na salonach. W Zgromadzeniu Narodowym szyicki Hezbollah, uznawany m.in. przez Stany Zjednoczone i Wielką Brytanię za organizację terrorystyczną, zasiada razem z chrześcijańskimi Falangami Libańskimi, które w 1982 r. dokonały masakry palestyńskich uchodźców w obozach Sabra i Szatila, co odbyło się z pełnym przyzwoleniem izraelskich władz wojskowych. Libańczycy mają już dość życia pod rządami układu stworzonego przez różnych watażków i bojowników, co wyraźnie pokazali, gdy po eksplozji w porcie ich kraj odwiedził Emmanuel Macron.

Kiedy francuski prezydent przyleciał 7 sierpnia do Bejrutu, żeby zobaczyć zniszczenia, media donosiły, że dotarł na miejsce przed lokalnymi politykami i spotkał się tam z mieszkańcami, którzy prosili go o pomoc, mówiąc, że watażkowie manipulowali nimi przez lata. Macron obiecał, że francuska pomoc dla Libanu trafi bezpośrednio do ludzi i organizacji pozarządowych. Spotkanie Libańczyków z Macronem było pełne emocji i nadziei. Francja nie jest jednak fundacją charytatywną i jej działania wiążą się z zabezpieczeniem własnych interesów na Bliskim Wschodzie, które wynikają z lat wspólnej historii, kiedy Liban był terytorium mandatowym należącym do Francuzów. Dla wielu Libańczyków jest to jednak kwestia wtórna, bo ich kraj od lat jest krytycznie źle zarządzany. Francuski prezydent sam zresztą przekonał się o złej sytuacji, podczas ceremonii powitalnej z udziałem Michela Aouna doszło bowiem do awarii elektryczności. W Libanie to nic nadzwyczajnego, bo do wielogodzinnych przerw w dostawach prądu dochodzi codziennie.

Macron zobowiązał się, że zorganizuje konferencję z udziałem Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych, na której omówiona zostanie humanitarna sytuacja Kraju Cedrów, wykraczająca poza kłopoty spowodowane wybuchem azotanu amonu. Funt libański ma dzisiaj tak niską wartość, że wielu obywateli nie stać na jedzenie. Zresztą w wielu sklepach po prostu brakuje żywności. Tego problemu szybko się nie naprawi, bo Liban importuje większość produktów spożywczych, a 60% towarów przybywało przez port w Bejrucie. Drugi największy port, mieszczący się w Trypolisie, przygotowuje się do przejęcia roli stołecznego portu, ale nie ma infrastruktury, która pozwoliłaby na zaspokojenie potrzeb całego kraju.

Wysypisko przy lotnisku

Sytuacja jest krytyczna także w innych obszarach. Eksplozja w bejruckim porcie wyłączyła na pewien czas trzy szpitale, a pozostałe placówki ochrony zdrowia apelowały, by osoby z powierzchownymi ranami opatrywały się same i nie przychodziły do szpitali. Dodatkowo ledwie dwa dni po eksplozji w kraju odnotowano rekordową liczbę 355 nowych przypadków zachorowań na COVID-19. Pogrążony w długach Liban może mieć poważne problemy z leczeniem chorych, o czym wprost mówił premier Diab w marcu, kiedy w szpitalach pojawiały się pierwsze osoby zakażone. Wtedy protestujący Libańczycy posłuchali apelu władz i wielu z nich zrezygnowało z udziału w demonstracjach.

Uspokojeniu nastrojów nie sprzyja galopujące bezrobocie. Bank Światowy szacuje, że co roku na rynek pracy wkracza ok. 23 tys. młodych Libańczyków. Tylko co szósty z nich znajduje zatrudnienie. Z tego powodu niemal co drugi młody Libańczyk myśli o wyjeździe. Dzięki emigracji zarobkowej, zwłaszcza do bogatych krajów Półwyspu Arabskiego, wielu obywateli zapewnia byt sobie i rodzinie. Młodzi Libańczycy często myślą jednak o emigracji, bo nie przekonuje ich zarówno taki sposób życia, jak i brak perspektyw. Prezydent Aoun przekonywał jednak swego czasu, że głównym powodem wysokiego bezrobocia jest niechęć Libańczyków do przyjmowania gorzej płatnych posad i praca razem z syryjskimi uchodźcami.

Los 1,5 mln Syryjczyków przebywających w Libanie również jest tragiczny. Rodziny zmuszane są do przeżycia za grosze, a połowa dzieci w wieku szkolnym nie ma dostępu do edukacji. Ponadto Liban nie zdecydował się na wybudowanie obozów, w których mogliby mieszkać Syryjczycy. Wielu z nich wynajmuje pokoje w obozach, w których mieszkają uchodźcy palestyńscy.

Kolejnym problemem są składowane niemal wszędzie odpady. Jedno z największych wysypisk śmieci, nazwane Costa Brava, usytuowane jest w sąsiedztwie jedynego cywilnego lotniska. Żerujące na wysypisku ptaki w każdej chwili mogą spowodować uszkodzenie silnika lądującego lub startującego samolotu i katastrofę. Śmieci są też problemem dla rybaków, którzy często wyławiają plastik zamiast ryb. Ministerstwo Rolnictwa wielokrotnie obiecywało, że poprawi ich sytuację, ale nie widać żadnych efektów tych działań.

Libańczycy narzekają też na dziką zabudowę, zwłaszcza drogich parcel zlokalizowanych na klifach, którymi naznaczone jest 225 km linii brzegowej kraju. Powstają tam budynki mieszkalne i ośrodki wypoczynkowe w miejscach niedostępnych dla przeciętnego mieszkańca. Choć deweloperzy są w stanie przedstawić stosowne pozwolenia, to mieszkańcy i aktywiści miejscy nie są przekonani, że zostały one zdobyte w legalny sposób. Głośnym przykładem była budowa ośrodka Lancaster Eden Bay, uruchomionego w 2017 r. na ostatniej publicznej plaży Bejrutu.

Tyle że plaże nie są bezpieczne. Do morza spływa bowiem część miejskich ścieków, powodując zanieczyszczenie. Zeszłego lata Reuters donosił, że niemal wszystkie publiczne plaże nie mieszczą się w określonym przez Światową Organizację Zdrowia zakresie oznaczającym bezpieczny poziom szkodliwych substancji, pochodzenia zarówno biologicznego, jak i chemicznego. Z tego powodu w wielu miejscach obowiązuje zakaz kąpieli, co dodatkowo odstrasza turystów.

W całym roku 2019 Liban odwiedziło nieco ponad pół miliona gości. Izrael, z którym Liban pozostaje oficjalnie w stanie wojny, przyjął ich dziewięć razy więcej. Wielu podróżnych jest przekonanych, że Liban może mieć problemy z bezpieczeństwem, do czego z pewnością przyczyniają się doniesienia medialne i zła sława Hezbollahu. W rzeczywistości jednak polskie MSZ i ministerstwa w innych krajach Europy odradzają jedynie podróże po określonych obszarach kraju, w szczególności wzdłuż granicy z pogrążoną w wojnie Syrią i po pograniczu libańsko-izraelskim.

Zmiana ministrów nie wystarczy

Te problemy negatywnie wpływają na libański budżet. Kolejne rządy prowadziły z Międzynarodowym Funduszem Walutowym lub Bankiem Światowym negocjacje w sprawie uzyskania pomocy finansowej. Już w 2018 r. Liban uzyskał pierwszą obietnicę otrzymania 11 mld dol. w formie grantów, pożyczek i dotacji, ale pieniędzy nie zobaczył do dzisiaj. Obecnie trwa kolejna runda negocjacji z MFW, lecz Bejrut nie może się porozumieć z funduszem w kilku kwestiach. Libańskie władze są przekonane, że MFW zawyża wartość libańskiego długu. Sami szacują dług na niecałe 20 mld dol., podczas gdy przedstawiciele funduszu mówią o ponad 60 mld. Przez to negocjacje od dawna stoją w miejscu.

Rozmowom tym sprzeciwia się Hezbollah, głównie dlatego, że fundusz domaga się gruntownych reform, które zabrałyby publiczne instytucje partiom i wymusiłyby wprowadzenie kontroli finansowych, choćby w agencjach celnych. Ograniczyłoby to wpływy Partii Boga (tak tłumaczy się nazwę Hezbollah), która jest dzisiaj chyba najsilniejszym graczem na krajowej scenie politycznej. Zbrojne skrzydło ugrupowania ma liczebność małej armii. Według ostatnich szacunków dysponuje 25 tys. bojowników i niemal 30 tys. rezerwistów. Taka siła, wraz ze wsparciem ze strony Iranu, sprawia, że trudne będzie odsunięcie organizacji od władzy. Jednak nie wszyscy Libańczycy tego chcą, Hezbollah uzyskał poparcie zapewniające mu 10% miejsc w Zgromadzeniu Narodowym.

Hezbollah wchodzi też w skład tzw. Sojuszu 8 Marca – grupy organizacji politycznych, które cieszą się zaufaniem Syrii i Iranu. Ich koalicjantem jest partia prezydenta Michela Aouna – popierany przez chrześcijan Wolny Ruch Patriotyczny. Właśnie ten Sojusz stał za odchodzącym premierem Hassanem Diabem. To komplikuje wyznaniowy system podziału władzy. Poprzedni premier, Sad al-Hariri kieruje sunnicką partią Strumień Przyszłości i opozycyjnym Sojuszem 14 Marca popieranym z kolei przez Stany Zjednoczone i Arabię Saudyjską. W tej sytuacji libański parlament staje się areną, na której ścierają się interesy nie tylko rozmaitych grup etnicznych i religijnych samego Libanu, ale również zagranicznych sił próbujących rozgrywać kraj według własnej wizji. Te wzajemnie wykluczające się interesy w polityce sprawiają, że wielu obywateli przekonanych jest, że sama zmiana ministrów
nie poprawi ich sytuacji.

Znają to z doświadczenia, gdyż rząd Hassana Diaba był reklamowany jako technokratyczna władza, składająca się z samych ekspertów. Co więcej, podkreślano postępowość gabinetu, mówiąc, że jeszcze nigdy libański rząd nie miał tak wielkiej liczby kobiet na stanowiskach ministerialnych. Niestety, Diabowi i jego ministrom nie udało się poprawić sytuacji. Dlatego demonstrujący domagają się nie pozorowanego ruchu, jakim będzie mianowanie nowego premiera z poparciem dawnego układu. Libańska ulica domaga się reformy całego systemu, która umożliwi wprowadzenie do parlamentu nie tylko nowych twarzy, ale także nowych idei.

Fot. East News

Wydanie: 34/2020

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy