Pożar, który strawił Australię

Pożar, który strawił Australię

Drzewa eksplodowały, ptaki spadały z nieba, całe miasta zniknęły z powierzchni ziemi Gigantyczne pożary spustoszyły południowo-wschodnią Australię. Ściana ognia pochłaniała samochody uciekających ludzi. W stanie Victoria całe miasteczka zniknęły z powierzchni ziemi. Co najmniej 181 osób straciło życie w tej najtragiczniejszej katastrofie w powojennej historii kraju. W Melbourne władze musiały urządzić specjalną kostnicę. W szpitalach zabrakło morfiny. Ogień spopielił 365 tys. ha terenu. Prawie 2 tys. domów uległo zniszczeniu. 5 tys. osób straciło dach nad głową. W akcji ratowniczej wzięło udział 4250 strażaków. Z ofertą pomocy zwrócili się do rządu Australii światowi przywódcy, w tym prezydent USA Barack Obama. „To piekło na ziemi”, mówił australijski premier Kevin Rudd, który ogłosił dzień żałoby narodowej. Wstrząśnięty szef rządu oskarżył podpalaczy o spowodowanie tej narodowej tragedii. Stwierdził, że winowajcy dopuścili się masowego morderstwa na niewyobrażalną skalę i zgniją w więzieniach, jeśli zostaną skazani. Sprawców ściga utworzony specjalnie w tym celu stuosobowy oddział policji „Task Force Phoenix”. W internecie krążą pogłoski, że pożary wzniecili islamscy terroryści z Al Kaidy. Siedem lat temu wiele regionów Australii nawiedziła dotkliwa susza, która trwa do dziś. Ogromne obszary buszu wyschły jak wiór. Temperatury biją kolejne rekordy. 7 lutego w Melbourne termometry pokazały 46,4 stopnia. W buszu poza miastem było jeszcze goręcej. Ten dzień przeszedł do historii Australii jako Czarna Sobota. Wiał silny, gorący wiatr z północy, który osiągał w porywach 80 km na godzinę. W tej sytuacji wystarczyła iskra lub jedna zapałka, aby spowodować katastrofę. Władze uważają, że w wielu przypadkach ogień podłożyli ludzie. Szefowa policji w stanie Victoria, Christine Nixon, powiedziała, że podpalacze odpowiedzialni są za pożar, który unicestwił miasteczko Churchill, zabijając co najmniej 21 mieszkańców. Władze podejrzewają, że tylko dzięki przestępczej działalności mogła powstać apokaliptyczna ściana ognia, mająca 96 km długości i kształt półksiężyca. Wysokość tego walca śmierci sięgała 50 m, a temperatura płomieni dochodziła do 1000 st. C. W porywach wichury ognista ściana mknęła z prędkością kilkudziesięciu kilometrów na godzinę. Co więcej, eksplodujące w piekielnym skwarze drzewa eukaliptusowe miotały snopy iskier, które mknęły z wiatrem i rozpalały nowe ogniska pożaru. W niebo, które przybrało kolor pomarańczy, biły kłęby ciemnego dymu, na ziemię spadały jak upiorny deszcz martwe ptaki. Oficjalna instrukcja przeciwpożarowa stanu Victoria daje ludziom wybór: mogą podjąć próbę obrony swego domu lub też uciekać, kiedy zobaczą płomienie. W przeszłości obrona domów, polewanych przez właścicieli wodą z węży, często kończyła się powodzeniem. Tym razem rozszalały ogniowy walec był zbyt potężny, aby ludzie mogli stawić mu czoła. Tych, którzy zostali, aby walczyć z ogniem, często czekała zagłada. Wielu zdecydowało się na ucieczkę, kiedy było już za późno. Gnany wiatrem ogień rozprzestrzeniał się bowiem pulsująco, w nierównym tempie. Niektórym wydawało się, że dym jest daleko, za horyzontem. Chwilę później płomienie już huczały za progiem. Na domiar złego wiatr nagle zmienił kierunek na południowy. Miejscowości, które uważano za bezpieczne, znalazły się w śmiertelnej pułapce. Miasteczka Kinglake i St. Andrews zostały unicestwione, zanim nadano dla nich radiowe ostrzeżenie przed ogniem. W skazanych na zagładę miejscowościach działy się dantejskie sceny. Zaskoczeni przez płomienie ludzie szukali schronienia w wannach, w pospiesznie wygrzebanych dziurach pod podłogą, niekiedy nawet w lodówkach. Najczęściej daremnie. Cudem przeżył pewien ciężko poparzony człowiek, którego sąsiedzi wepchnęli do basenu i trzymali w wodzie przez sześć godzin. 21-letnia Penny Chambers i jej siostra Melanie z Kinglake usiłowały ocalić konie ze swej stadniny i zginęły wraz z nimi, kiedy przez farmę przetoczyła się ogniowa ściana. 78-letni emerytowany dziennikarz Brian Naylor w przeszłości wielokrotnie nadawał w telewizji relacje z pożarów buszu. Tym razem nie zdążył uciec. Zginął w Kinglake wraz z żoną. Bill i Faye Walker, rodzice poruszającego się na wózku inwalidzkim Geoffreya, wyprowadzili samochód. Kluczyk tkwił w stacyjce, na tylnym siedzeniu siedział pies. Ale starsi państwo musieli wrócić

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 07/2009, 2009

Kategorie: Świat