Pożegnanie z UOP

Pożegnanie z UOP

Czy Barcikowskiemu i Siemiątkowskiemu uda się ograniczyć wpływ służb specjalnych na życie polityczne?

Nie ma już Urzędu Ochrony Państwa, w jego miejsce powołano dwie agencje – Wywiadu i Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Wywiadem kieruje Zbigniew Siemiątkowski, doktor nauk politycznych, kontrwywiadem – jego starszy kolega z Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych, również doktor, Andrzej Barcikowski.
Cała operacja przeprowadzona została w miniony weekend, bez zgrzytów i niespodzianek, według wcześniej przygotowanego planu – SLD mówił o nim już rok temu podczas kampanii wyborczej – zaakceptowanego i przez prezydenta, i przez premiera. Już wiele tygodni wcześniej wiadomo było, kto przejmie wywiad, a kto kontrwywiad, w jakim zakresie do wywiadu cywilnego przejdzie część oficerów z Wojskowych Służb Informacyjnych. Dodajmy do tego jeszcze jeden element: w ub. tygodniu zaprezentowano założenia do ustawy o WSI, zakładające, że wojskowe służby zajmować się będą głównie wywiadem taktycznym, czyli najbliższego sąsiedztwa.
W ten sposób zakończył żywot UOP, instytucja która wywarła olbrzymi wpływ na pierwsze 12 lat III RP. Wpływ zdecydowanie za duży. Minionych latach nie było w zasadzie roku, w którym nie mielibyśmy jakiegoś skandalu związanego ze służbami specjalnymi. Ich wpływ na życie – polityczne i gospodarcze – był zdecydowanie za duży. Czy tym razem Barcikowskiemu i Siemiątkowskiemu uda się ograniczyć to państwo w państwie?

Dziejowe fatum

Czy UOP skazany był na prowokowanie skandali i kreowanie polityki? Dziś, z perspektywy 12 lat, widać wyraźnie, że szanse na to były minimalne.
Jeżeli spojrzymy na kraje regionu – Węgry, Czechy czy Słowację – to okaże się, że tam również w minionym 12-leciu służby specjalne mieszały się do polityki. Na Słowacji porwały syna prezydenta, w Czechach podsłuchiwały polityków i podrzucały teczki z nazwiskami tajnych współpracowników, na Węgrzech również mieliśmy aferę teczkową. Co ciekawe, afery te miały miejsce niezależnie od tego, czy w służbach zastosowano „opcję zerową”, tzn. – tak jak w Czechach – rozwiązano starą StB i w jej miejsce powołano nową służbę z zupełnie nowymi ludźmi czy też postawiono na „starych” funkcjonariuszy.
Dlaczego tak się działo?
Odpowiedź jest prosta – w momencie, w którym rozpadły się stare struktury, rosło znaczenie tych istniejących. A to rodziło pokusy. W pierwszych latach III RP służby specjalne współkreowały wydarzenia apolityczne, wymieniały premierów, niszczyły polityków, były źródłem wielu fortun. Jednym z ostatnich spektakularnych skandali z udziałem UOP były wybory prezydenckie w roku 2000, kiedy próbowano za pomocą procedury lustracyjnej wyeliminować z wyścigu prezydentów Kwaśniewskiego i Wałęsę. „Lustracyjny zamach stanu”, pisała wówczas na pierwszej stronie „Gazeta Wyborcza”. Dziś postępowanie UOP w tamtym czasie bada prokuratura, sprawa pewnie skończy się w sądzie.

Chłopcy radarowcy

W niedawnym wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” pierwszy szef UOP, Krzysztof Kozłowski, opowiadał, jak tworzył Urząd: „Musiałem mieć własnych ludzi. A prawie nikt nie chciał przyjść do MSW i mi pomóc. Mówię to z goryczą. Jedyna grupa, która podjęła wyzwanie, to ludzie przed trzydziestką, z harcerstwa, tego nieoficjalnego, pacyfiści. Najęli się na stanowiska generalskie, a w najlepszym razie byli podoficerami. Ale dowodzenie przez podoficerów pułkownikami nie dawało najlepszych rezultatów”.
Dylemat Kozłowskiego funkcjonował w zasadzie przez cały okres działalności UOP. Kolejni szefowie stawali przed alternatywą: na kim się oprzeć? Czy na młodym zaciągu z podziemnych organizacji solidarnościowych, czy też na zweryfikowanych pozytywnie funkcjonariuszach SB? Z punktu widzenia jakości państwa, nie miało to większego znaczenia. „Starzy” oficerowie wymyślili niszczącą prowokację związaną z niepopartym jakimikolwiek dowodami oskarżeniem urzędującego premiera o szpiegostwo. „Sprawa Oleksego” zdestabilizowała państwo na wiele miesięcy. „Młodzi” najpierw prowadzili operację inwigilacji polityków SLD, czyli słynną „Pamelę”, potem, już w ostatnim czasie, próbowali wyeliminować Aleksandra Kwaśniewskiego z wyścigu o prezydenturę w 2000 r.
Na drugim planie, w cieniu afer politycznych, miał miejsce inny proces – oficerowie służb specjalnych – albo korzystając z funduszu reprezentacyjnego, albo też wykorzystując swoje możliwości – angażowali się w przedsięwzięcia gospodarcze. Firmy pozostające pod opieką służb mogły liczyć na lepsze kontrakty, rozwijały się lepiej od konkurencji. W ten sposób zbudowano potężne zaplecze finansowo-gospodarcze, w którym zatarciu uległy role. I w końcu nie wiadomo było, czy firma miała służyć operacjom UOP, czy też operacje UOP miały służyć rozwojowi firmy…

Dylemat Siemiątkowskiego

Rok temu, kiedy SLD szedł po władzę, na szefa tajnych służb w gabinecie Leszka Millera wyznaczono Zbigniewa Siemiątkowskiego. Stanął on przed dylematem. Czy po przejęciu UOP przeprowadzić operację podobną do tej, którą przeprowadzili Janusz Pałubicki ze Zbigniewem Nowkiem, czyli wyrzucić obcych i wstawić swoich, czy też budować nową konstrukcję, w której nie byłoby miejsca na politykowanie oficerów?
Pierwszy wariant był łatwiejszy. Po przejęciu władzy przez AWS, na przełomie lat 1997-1998, szef UOP wyrzucił kilkuset oficerów tylko dlatego, że swą karierę w służbach specjalnych rozpoczynali w czasach PRL. W ich miejsce awansowano nowych, jak wypominała ówczesna opozycja, na zasadzie kryterium wierności AWS. Zresztą w AWS nikt tego nie ukrywał – zadaniem Pałubickiego i Nowka było zbudowanie służb specjalnych od nowa, i to wiernych Akcji. W takiej sytuacji rozwiązanie nasuwało się samo, tym bardziej że kilkuset wyrzuconych oficerów było do wzięcia.
Tymczasem wybrano wariant trudniejszy. Siemiątkowski przeforsował swój pomysł reformy służb specjalnych, rozwiązania UOP i stworzenia w jego miejsce dwóch agencji – Wywiadu i Bezpieczeństwa Wewnętrznego, czyli kontrwywiadu. W obu agencjach szefowie będą mogli od nowa skompletować obsadę, czyli przejąć z obu grup najlepszych oficerów. A w zasadzie z trzech grup, bo – jak zapewniają i Siemiątkowski, i Barcikowski – najliczniej reprezentowani w UOP byli ci oficerowie, którzy nie mieli zamiaru brać udziału w politycznych grach, których interesowała profesjonalna kariera.
Równie istotne jest wyłączenie wywiadu z UOP. Zarówno w czasach PRL, jak i w III RP miało miejsce niepokojące zjawisko – wywiad w coraz większym stopniu angażował się w działalność na terenie kraju niż za granicą. Ta działalność była bezpieczna i lukratywna – ludzie wywiadu angażowali się w działalność biznesową, tworzyli firmy, które – według założeń – miały pomagać w przeprowadzaniu zagranicznych operacji, tymczasem służyły zarabianiu pieniędzy przez oficerów i ich rodziny. Koncentrowali się na lokowaniu swych ludzi w instytucjach dających wpływy i pieniądze, na plan dalszy odsuwając „działalność podstawową”. Ten proces nie jest jedynie polską specyfiką – praktycznie we wszystkich demokratycznych krajach obserwowaliśmy podobne tendencje. Nieprzypadkowo CIA ma zakaz prowadzenia działalności na terenie Stanów Zjednoczonych. Ten model został przeniesiony do Polski. Teraz ludzie pracujący w wywiadzie lub też współpracujący z nim będą musieli dokonać wyboru.
Czy reforma służb specjalnych, której jesteśmy świadkami, powiedzie się? Warto zapamiętać, że przeprowadzana jest ona przy poparciu dwóch najważniejszych ośrodków w kraju – prezydenta i premiera. Można wnioskować, że argumenty jej twórców przekonały Kwaśniewskiego i Millera. A nie są to politycy, których można zbyć byle czym.

 

Wydanie: 26/2002

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy