Kresy pamięci

Kresy pamięci

Zabużanie nie chcą słuchać o odszkodowaniach w wersji sejmowej. Sąd Najwyższy dał im nadzieję na większe pieniądze

Córka zabużanina, w którego sprawie Sąd Najwyższy ogłosił w ub. piątek wyrok, została zauważona przez licznie przybyłych dziennikarzy dopiero pod koniec rozprawy. Siedziała skromnie z boku, milcząca. Potem powiedziała mi, że jest dumna ze swego ojca, Czesława Skrzypczaka, już kilkanaście lat walczącego o odszkodowanie za majątek pozostawiony przez jego rodziców za Bugiem.
Również zabużanie, którzy tłumnie stawili się na odczytanie wyroku, traktując to jako wskazówkę w swoich roszczeniach, nie znali z widzenia powoda. Może dlatego, że wobec ich wielomilionowych żądań był to ubogi krewny.

Czesław Skrzypczak przegrał sprawę o odszkodowanie – 200 tys. zł – przed sądami w dwóch instancjach. Sąd pierwszej instancji uznał, że mógł nabyć nieruchomość w Polsce w takiej cenie lub dopłacić, w razie gdyby upodobał sobie coś droższego. Sąd apelacyjny natomiast stwierdził, że skarb państwa nie może brać odpowiedzialności za coś, co stało się przed wejściem w życie aktualnie obowiązującej konstytucji. Mówi ona, że obywatelowi przysługuje odszkodowanie za straty wynikłe z niezgodnego z prawem działania władzy czy – jak w tym przypadku – z niewywiązywania się z międzynarodowych umów. Ale umowy te, tzw. republikańskie, nie zostały ogłoszone w dzienniku ustaw.
Sąd Najwyższy, rozpoznając kasację potomka zabużan, zdecydował o zwróceniu sprawy do niższej instancji. – Państwo polskie ma obowiązek opublikowania tzw. umów republikańskich – orzekł sędzia Gerard Bieniek – skoro zostały ratyfikowane. SN uchylił się natomiast od oceny skargi na trudności w nabyciu nieruchomości w pełni pokrywającej wartość utraconego mienia. Rozstrzyganie o ewentualnie niezgodnym z prawem działaniu organów władzy publicznej należy do Trybunału Konstytucyjnego.
SN nie podzielił też stanowiska adwokatów powoda o zwrocie równowartości poniesionej straty, zgodnie z ustawami obowiązującymi w państwie polskim. Bowiem trzy dni przed podpisaniem umów z ZSRR PKWN ogłosił dekret o reformie rolnej, który nakazywał parcelację dużych majątków.
Reakcja przysłuchujących się wyrokowi była z gatunku mieszanych. Byłoby lepiej dla zabużan, gdyby sąd bardziej zdecydowanie stanął po stronie poszkodowanego, ale nie jest też najgorzej – pojawiła się jakaś droga do uzyskania odszkodowania znacznie większego niż uchwalone w Sejmie (to nie koniec drogi legislacyjnej) 50 tys. zł.

Nadzieja w reprywatyzacji

Edward Rzepiela mówi, że do dziś czuje zapach zboża z łanów otaczających rodzinny Czortków na kresach. – Było tak wysokie, że przykrywało dorosłego człowieka, a co dopiero mnie, w 1944 r. miałem 12 lat – wspomina.
Jego rodzice zostawili w Czortkowie kamienicę. – Parcela tysiąc metrów kwadratowych – wylicza dziś pan Edward – i ogród. Ich dom upatrzyło sobie NKWD. – Siedzieliśmy na walizkach i zastanawialiśmy się, co robić. Rząd londyński nawoływał do trwania na kresach, ale rodzice uznali, że nie ma co dłużej czekać. Do Polski jechaliśmy sześć tygodni. – Z jednej strony, żal po opuszczeniu ojcowizny, z drugiej, ulga – mieliśmy za sobą piekło.
Leszek Reguła w swoim krakowskim mieszkaniu trzyma zdjęcie rozświetlonych nocą szybów naftowych wokół Borysławia. Jego ojciec pracował dla amerykańskiej kompanii. Miał dwa szyby do spółki. Na rok przed wojną kupił kamienicę w centrum Lwowa. – To był piękny dom. Na zewnątrz obłożony ceramiką – nie zapomina dodać Reguła. – Musieliśmy uciekać, gdy do miasta weszli Rosjanie i zaczęły się aresztowania Polaków.
Rodzice Adama Wieszulskiego mieli w Siecheniewszczyźnie k. Brześcia 30-hektarowe gospodarstwo. Podczas wojny Rosjanie deportowali na Syberię całą rodzinę. Z Archangielska udało im się wyjechać do Polski w 1946 r. Dostali gospodarstwo w Gozdnicy – 4,24 ha. – Majątek wart był zaledwie jedną trzydziestą tego, co zostawiliśmy na Wschodzie. Straciliśmy nie tylko duży dom i najlepszą ziemię, ale przede wszystkim bardzo drogie, specjalistyczne maszyny – podlicza gniewnie Adam Wieszulski.
Andrzej Korzeniowski opuszczał z matką Wilno, gdy miał dwa lata. Przedtem mieszkał w kamienicy dziadka, która stoi do dziś, oczywiście skomunalizowana; jej wartość wnuk wilniuka oblicza na ponad 2 mln zł.
Około 90 tys. zabużan domaga się od państwa zwrotu majątku pozostawionego za wschodnią granicą.
Nie dowiem się szczegółów, jak ich rodziny urządziły się w Polsce. Jak to było z mieszkaniami, co z pracą. Pada wymijająca odpowiedź: jakoś się żyło. Ci, którzy osiedli w Warszawie, jak np. Korzeniowscy, dostali różne lokum: komunalne albo jak w przypadku seniora rodu zrujnowaną willę na Mokotowie. (W latach 80. zgłosił się właściciel i kupił lokatorom mieszkania w blokach). Kłopoty zabużan nie były większe niż innych Polaków szukających zaraz po wojnie dachu nad głową. Ani cierpienia po stracie najbliższych. Prawda, do 1956 r. nie afiszowali się pochodzeniem (w dowodzie mieli wpisane: urodzony w ZSRR), nie opowiadali obcym o tragicznych losach tych najbliższych, których Sowieci wywieźli do łagrów. Bolesną tajemnicę ukrywało m.in. rodzeństwo Lewickich: Wiesław, Wanda i Bogusław. W 1941 r. po aresztowaniu ojca, lwowskiego sędziego, wyszli z matką z domu tak jak stali, bo dozorca ich uprzedził, że NKWD już pytało o resztę rodziny. Dziś pozostawiony tam majątek wyceniają na ponad 2 mln zł.
Wszyscy moi rozmówcy powtarzają, że nigdy nie pogodzili się z utratą dóbr za Bugiem. Do konkretnych działań poderwało ich hasło reprywatyzacji.
W czerwcu 1995 r. mają już swego trybuna – Tadeusza Kossa z Polskiej Unii Właścicieli Nieruchomości. – Hańba dla tego Sejmu – krzyczy na Wiejskiej, gdy w pierwszym czytaniu Sejm głosami koalicji SLD-PSL odrzucił projekty ustaw reprywatyzacyjnych. Zakładały restytucję mienia w naturze, a gdyby to było niemożliwe, odszkodowanie w bonach.
Roszczenia zgłasza wówczas ok. 92 tys. zabużan. Dawni właściciele stanowią w tej liczbie niespełna 15%. Zwrotu majątku domagają się głównie spadkobiercy.

Sędzia patrzy przez palce

Nastaje szczęśliwy czas dla najstarszych zabużan – ich podpis jest na wagę złota przy ustalaniu wartości ekwiwalentu. Spadkobiercy wożą seniorów do urzędu rejonowego, gdzie trzeba uzyskać zaświadczenie o wartości pozostawionego majątku. Podstawą wyceny mogą być opis mienia, zaświadczenie z Państwowego Urzędu Repatriacyjnego lub relacje dwóch świadków. Biegły rzeczoznawca bierze pod uwagę obecne ceny rynkowe. Zaświadczenie wydane przez miejscowy urząd upoważnia do uczestnictwa w przetargach mienia skarbu państwa.
Można szukać rekompensaty w całej Polsce. Również wśród nieruchomości skarbu państwa przejętych od wojsk Federacji Rosyjskiej.
W praktyce bywa różnie. Maria Tomaszewska i jej siostra Zyta, spadkobierczynie majątku w Kucharewie na Białorusi (640 ha łąk i lasów), wycenionego na bardzo dużą sumę (której nie chcą podać do prasy), natychmiast zgłaszają w agencji gotowość przystąpienia do przetargu. – Majątek został już rozdysponowany – słyszą w odpowiedzi. Gdy w 1998 r. weszła ustawa o gospodarce nieruchomościami, która zaspokajanie roszczeń zabużan scedowała na starostów, usiłują przystąpić do przetargów organizowanych w powiatach. Szukają odpowiednich nieruchomości skarbu państwa m.in. w Otwocku, Pruszkowie, Rawie Mazowieckiej i Legionowie. A nawet w nadleśnictwie w Zielonej Górze, które ogłosiło w prasie przetarg na ośrodek wypoczynkowy. Ale zawsze ktoś je ubiega. Rozgoryczone składają skargę do NSA. Sąd ją oddala, tłumacząc, że to nie wina urzędu, ale „następstwo braku całościowych rozwiązań prawnych”.
Podczas gdy jedni z plikiem sądownie potwierdzonych zaświadczeń rozglądają się za ekwiwalentem, inni podstępem zdobywają zaświadczenia o wartości pozostawionego za Bugiem majątku. Potem wystarczy to uwiarygodnić stemplem sądu, który wykazuje nadzwyczajny brak podejrzliwości. Uwierzył np., że Stanisław P. i jego kuzynka Maria T. są dziedzicami ponad 60 tys. ha w okolicach Kołomyi na Huculszczyźnie. P. barwnie opowiadał o koligacjach rodzinnych – prapradziadek ożenił się z księżną, a dziadek z baronówną. Zapada wyrok, dzięki któremu kuzynostwo może ubiegać się o przyznanie im przez skarb państwa majątku wartego miliard złotych.
Pełnomocnicy kuzynów jeżdżą po kraju i startują w przetargach organizowanych przez starostwa. Udaje im się przejąć grunty w Szczecinie, Dzierżoniowie i Siemiatyczach, warte w sumie ok. 7 mln zł, choć nie muszą płacić – pokazują tylko zaświadczenie o należnym ekwiwalencie. Przez przypadek oszustwo wychodzi na jaw. Decyzjami, które zapadły w sądach i urzędach Wielkopolski, zajęła się prokuratura.
Inny przykład. Krzysztof H. przygotował zaświadczenie, że jego ojciec zostawił koło Stryja 15 tys. ha. Rzeczoznawca wycenił włości na prawie 30 mln zł. Sąd bez wydawania pieniędzy na ekspertyzy uwierzytelnił dokumenty i H. stanął do przetargu. Prawdopodobnie byłby dziś właścicielem już niejednej parceli, gdyby nie zawiść innych zabużan. Przeprowadzili prywatne śledztwo. Okazało się, że H., noszący popularne w okolicach Stryja nazwisko, podszył się pod innych mieszkańców i zaświadczenia o ich własności przedstawił jako dokumenty swojej rodziny.
UOP twierdzi, że oszustwa przy wydawaniu zaświadczeń o wartości majątku za Bugiem mają skalę niebezpiecznie dla skarbu państwa szerszą.

Oskarżona Polska

Te „całościowe rozwiązania prawne”, o których wspomina się w uzasadnieniu decyzji NSA o odrzuceniu skargi pani Tomaszewskej, to przede wszystkim ustawa reprywatyzacyjna. Pod koniec 1999 r. Sejm podejmuje 15. próbę jej uchwalenia. Po burzliwej debacie projekt wraca do obróbki w komisji nadzwyczajnej. Ministerstwo Skarbu szacuje skalę wszystkich roszczeń zabużan na blisko 10 mld zł.
Prawa do majątków na Wschodzie stają się towarem. W dziennikach, m.in. w „Gazecie Zielonogórskiej”, pojawiają się ogłoszenia w rodzaju: „Ziemię obiecaną sprzedam”. Rodzice Adama W. (nie chce podać nazwiska) uzyskali w starostwie żagańskim wycenę ich gospodarstwa koło Brześcia na 1,5 mln zł. – Jesteśmy zdecydowani odsprzedać roszczenie – mówi pan Adam. – Jeśli po ogłoszeniu w prasie znajdzie się chętny, zaproponujemy mu duży upust.
Rok 2001. Ustawa reprywatyzacyjna przechodzi w Sejmie, ale w mniej korzystnej dla zabużan wersji – ich roszczenia mają być zaspokajane tylko w 50% utraconej wartości. Jednakże zawetował ją prezydent. Teoretycznie nadal można szukać ekwiwalentu w majątku pozostającym w dyspozycji starostw. Stowarzyszenie Kresowian Wierzycieli Skarbu Państwa zapytało 373 starostwa, czy mają coś do zbycia za ich papiery. Większość odpowiedziała, że nie ma takiej możliwości. – Jedziemy do Strasburga – postanawiają członkowie stowarzyszenia.
Pierwszy dociera tam i przechodzi przez sito kwalifikacyjne Jerzy Broniowski, urodzony w 1944 r. w Wieliczce. Skarży Polskę o 3 mln zł odszkodowania za mienie po babce ze Lwowa. Broniowski twierdzi, że jego rodzina otrzymała w Polsce tylko małą działkę budowlaną.
W kolejce do trybunału czeka ponad 90 podobnych skarg. Im to właśnie wyrok strasburskich sędziów ma otworzyć bramę do państwowego skarbca.
Prof. Krzysztof Drzewicki, pełnomocnik polskiego rządu przed trybunałem, twierdzi, że prawo zabużan do rekompensat nie jest prawem własności w rozumieniu Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, lecz jedynie zapowiedzią zaistnienia takiego prawa. Równocześnie wyjaśnia, że tzw. umowy republikańskie (z Ukrainą, Białorusią i Litwą) z 1944 r., w których Polska zobowiązała się do zwrotu wartości mienia pozostawionego poza granicami państwa, nie mogą być podstawą roszczeń zabużan. Nie są one źródłem powszechnie obowiązującego prawa, bo nie opublikowano ich w Dzienniku Ustaw.
Tymczasem w obronie zabużan występuje rzecznik praw obywatelskich, składając 5 lipca 2002 r. wniosek do Trybunału Konstytucyjnego o stwierdzenie niezgodności z konstytucją tych przepisów, które utrudniają zaspokojenie roszczeń z dóbr Agencji Własności Rolnej Skarbu Państwa (obecnie Agencji Nieruchomości Rolnych Skarbu Państwa) i Agencji Mienia Wojskowego. Pod koniec grudnia ub.r. Trybunał Konstytucyjny usuwa tę przeszkodę. Eksperci rządu zwracają uwagę, że orzeczenie TK wymaga zmiany co najmniej dwóch ustaw, w tym o AMW.
Natychmiast na wycenionym na 69 mln zł lotnisku w Modlinie, które AMW zamierza sprzedać przewoźnikowi lotniczemu, zjawia się 38 zabużan, chcących przejąć ten atrakcyjny teren za zaświadczenia od burmistrzów. Agencja szuka pieniędzy na potrzeby wojska, więc broni się przed klientami bez grosza w kieszeni. Stawia im warunek trudny do spełnienia – wymóg koncesji na wykonywanie działalności gospodarczej w zakresie przewozu lotniczego.
Niektórzy zabużanie dochodzą do wniosku, że łatwiej coś wyegzekwują, jeśli skomasują swe zaświadczenia. Do Włodzimierza Sekulskiego, dyrektora wrocławskiego oddziału AMW, zwraca się lekarz reprezentujący grupę zabużan z bonami o łącznej wartości 1,25 mld zł. Interesanci chcą za te papiery przejąć wszystko, czym zawiaduje agencja na Dolnym Śląsku. Do ugody nie dochodzi.

Kara za zaniechanie

Strasburg milczy, ustawy reprywatyzacyjnej nie ma, a tymczasem zabużanie szturmują sądy powszechne. 2 mln zł rekompensaty przyznaje krakowski sąd okręgowy Januszowi Kotowskiemu za utracony 30-hektarowy folwark w dawnym woj. wileńskim oraz posiadłość z młynem i dużym domem w woj. tarnopolskim. – To kara za zaniechanie. Państwo nie może liczyć na korzyści ze swego zaniedbania – uzasadnia sędzia.
Wkrótce ten sam sąd staje po stronie skarżącego się na państwo Edwarda Rzepieli i przyznaje mu 670 tys. zł odszkodowania za utraconą kamienicę z parcelą w Czortkowie. – Wreszcie sprawiedliwości stało się zadość – wołał radośnie powód. – Ten wyrok to zwycięstwo państwa prawa – komentuje na użytek dziennikarzy jego pełnomocnik, mec. Roman Nowosielski (specjalizujący się w obsłudze zabużan). – Nie obawiam się, by wypłaty nadwerężyły znacząco budżet państwa – dodaje.
Kolejna wygrana zabużanina, ok. 1 mln zł odszkodowania, padła w Łodzi.
Inaczej patrzy na ten problem Sąd Okręgowy w Warszawie. Oddala roszczenie spadkobiercy zabużan, żądającego od skarbu państwa ponad 400 tys. zł. W uzasadnieniu wyroku sędzia Beata Krajewska wyjaśnia, że ustawy z 1944 r., na które powoływał się powód w pozwie, nie stanowią części krajowego porządku prawnego i nie mogą być bezpośrednio stosowane. Takie stanowisko zajął w grudniu ub.r. Trybunał Konstytucyjny, a orzeczenie to jest w sprawie wiążące. – Przenieśmy stolicę do Krakowa! Tam sędziowie mają inną mentalność – nie kryją niezadowolenia zabużanie, którzy przyszli na ogłoszenie orzeczenia.
Żaden z tych wyroków nie jest prawomocny. Przedstawiciel skarbu państwa zapowiada, że będzie się odwoływał. I wygrywa. Sąd Apelacyjny w Krakowie odrzuca roszczenia rodziny Kotowskich. – Państwo znowu nas oszukało – mówi po ogłoszeniu wyroku rozgoryczony przedstawiciel spadkobierców. – Najpierw sprzedano nas w Jałcie, a teraz tu.
Ale inni nie tracą nadziei. Gigantycznego odszkodowania za majątek pozostawiony w Wołkowysku na Białorusi domagają się od skarbu państwa potomkowie Branickich. Pozew trafił do krakowskiego sądu. Żądanie opiewa na ponad 150 mln zł.

1,7 mld zł dla zabużan

W tym roku prace nad ustawą o odszkodowaniach dla zabużan nabierają tempa. Na posiedzenia komisji sejmowej często zachodzi Andrzej Korzeniowski, prezes Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Kresowian Wierzycieli Skarbu Państwa. Pod koniec lata pierwsza przymiarka: resort skarbu ocenia roszczenia zabużan na 7-9 mld zł. Przy obecnym stanie finansów państwa to niebotyczna suma. Rząd może oddać nieruchomości skarbu państwa warte ok. 1,7 mld zł. Na każdy wniosek przypadłoby po 20 tys. zł. Dlaczego tyle? 20 tys. zł to średnia wartość 5 ha gruntów rolnych. A właśnie do takiego ekwiwalentu w postaci ziemi zobowiązała się Polska w umowach z byłymi republikami ZSRR. Pięciohektarowa norma obszarowa wynika zaś z dekretu o reformie rolnej. Prof. Dariusz Rosati, członek Rady Polityki Pieniężnej: – Niestety, na pełne rekompensaty dla zabużan nas nie stać. Mamy tu konflikt między nakazem sumienia a realiami budżetu.
Andrzej Korzeniowski mówi mi wprost: – Nie wyobrażam sobie ograniczenia naszych roszczeń do 20 czy 50 tys. zł. Natychmiast zaskarżylibyśmy taką ustawę do Trybunału Konstytucyjnego. Odszkodowanie musi być ekwiwalentne do straty. Państwo musi zaspokoić je w całości i o to będziemy walczyli.
12 bm. następuje kolejna próba zrekompensowania zabużanom strat na Wschodzie – Sejm uchwala, że otrzymają rekompensaty w wysokości 15% nieruchomości, ale nie większe niż 50 tys. zł. Według ustawy, rekompensata to prawo do zaliczenia wartości utraconego mienia na poczet sprzedaży lub opłat z tytułu użytkowania wieczystego nieruchomości skarbu państwa.
Reakcją zabużan jest… śmiech. – Państwo polskie zobowiązało się – powtarza prezes Korzeniowski – do pełnej rekompensaty poniesionych przez nas strat. KRN ratyfikowała umowy republikańskie jeszcze tego samego dnia. Te dokumenty znaleźliśmy w Archiwum Akt Nowych. Nie można mówić, że byliśmy niesuwerenni. Owszem, była władza w Londynie, ale jest też władza, która przychodzi ze Wschodu, i to są Polacy. To nasi rodacy decydowali; Sowieci im tylko pomogli.

Rachunek w rodzinnym albumie

Nie chcą, aby nazywać ich zabużanami. Lepiej brzmi: kresowiacy. Domyślam się, dlaczego. Bo to budzi patriotyczne skojarzenia. Kresy w świadomości wielu Polaków są słowem magicznym, budzącym wzruszenia, nostalgię – mogiły przodków, stanice, poszczerbione szable, lwowskie dzieci, wywózka na Sybir, kurhany. I „Polesia czar”. A wszystko tak pięknie podane przez naszych wieszczów, noblistów, sumienie narodu.
W czasach PRL kresy funkcjonowały w społecznej świadomości jako matecznik polskości autentycznej, wolnej od komunistycznego znieprawienia. Wyznanie: „jestem ze Lwowa”, było jak rękawica rzucona komunistycznym władzom, które w podręcznikach zamazywały tragiczną historię tego miasta.
A jeszcze polska pańskość tych ziem. Też utrwalona w literaturze i reportażach z lat 90., gdy już wolno było cudzoziemcom penetrować kresy. W medialnym przekazie ta utracona ziemia jawi jako kraina niszczejących dworów i pałaców zbudowanych przez polskich dziedziców. W czasach, gdy była to ziemia mlekiem i miodem płynąca.
Piękny mit utraconego raju. Nie pasują do niego raporty Korpusu Ochrony Pogranicza, pisane tuż przed rokiem 1939. Ot, choćby z takiej Drui na Ukrainie: „Osiemdziesiąt procent ludności trudni się rolnictwem – pisze stołeczny wysłannik na rubieże – ale kultura rolna stoi tu bardzo nisko. Nic dziwnego, że ludzie szukają wyjścia z nędzy, gdzie mogą. Kilometrami idą, aby móc sprzedać swe produkty w miasteczku. (…). W gminie na 126 wsi jest tylko 10 szkół, przeważnie jednoklasowych. (…) Z całej gminy tylko sześć osób uczęszcza do szkoły średniej w Drui, z tego pięcioro to dzieci urzędników ze Słobódki”. Siedemdziesiąt procent mieszkańców wsi to biedota. Cały rok żyją samymi ziemniakami, a wiosną często i ziemniaków brakuje.
W pamięci ludzi, którzy po wejściu wojsk rosyjskich czy niemieckich uciekali przed śmiercią w swej „arkadii”, wszystko, co zostało po tamtej stronie Bugu, olbrzymieje jak powidok we mgle. I nabiera ceny.
Taki rachunek wystawia zwykle utracona młodość. Tylko dlaczego mają go płacić wszyscy Polacy?


Zabużanie to dawni właściciele (lub spadkobiercy) nieruchomości znajdujących się na terenach II Rzeczypospolitej, które zostały włączone do Litewskiej, Białoruskiej i Ukraińskiej Republiki Radzieckiej. To z tymi republikami we wrześniu 1944 r. PKWN podpisał identyczne układy (tzw. republikańskie), na mocy których przeprowadzano repatriacje obywateli polskich – 1,7 mln osób – z ziem wschodnich. Układy z republikami zawierały postanowienia pozbawiające repatriowanych własności majątku nieruchomego i przyznawały im prawo do ekwiwalentu za utracone mienie. Obowiązek jego wypłaty spoczywał na stronie polskiej. Repatrianci otrzymywali nieruchomości i gospodarstwa rolne na ziemiach odzyskanych lub w Polsce centralnej – tam w drodze reformy rolnej. Teoretycznie umowy republikańskie były oparte na zasadzie wzajemności. W 1952 r. podpisano kolejną umowę, potwierdzającą wykonanie umów o wymianie ludności z 1944 r.; Polska zapłaciła wówczas ZSRR za repatriantów 76 mln rubli w złocie.
Ocenia się, że ponad dwie trzecie roszczeń zaspokojono od razu.
W 1985 r. Sejm przyjął ustawę o gospodarce gruntami i wywłaszczeniu nieruchomości. Dzięki niej zabużanie, którzy do końca 1992 r. złożyli odpowiedni wniosek w urzędzie gminnym, mogli kupić nieruchomość państwową za papiery zaświadczające, że na Wschodzie pozostawili stosowny majątek.
Paradoksalnie, problem pojawił się w III RP, gdy maju 1990 r. Sejm uchwalił ustawę o komunalizacji mienia państwowego. Dla zabużan oznaczało to drastyczne uszczuplenie zasobu nieruchomości skarbu państwa, z których mogli zaspokajać swe roszczenia. Potrzebna była ustawa reprywatyzacyjna.

 

Wydanie: 48/2003

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy