Prawo do śmierci?

Prawo do śmierci?

Czas jakiś temu z okazji „sporu o konstytucję” wypowiadano się prawie wyłącznie na temat aborcji. Byłam i pozostaję zwolenniczką liberalizmu w tej mierze, i to nie tylko z racji „prawa kobiety do własnego brzucha”. Także ze względu na dobro dziecka. Wiadomo, jak tragiczny bywa los dzieci niechcianych. Już stan psychiczny matki rzutuje na kondycję „poczętego” w jej łonie, a cóż dopiero na jego sytuację po wymuszonym wydaniu na świat. Nie mam tu na myśli tylko tak skrajnych przypadków jak dzieciobójstwo. Czym jest chwila unicestwienia nieświadomego embrionu we wczesnej fazie w porównaniu choćby z dolą sierot społecznych. Nie na darmo rekrutuje się spośród nich wiele jednostek – nie ze swojej winy – nieprzystosowanych do społeczeństwa. Poruszyły mnie „Rozmowy w toku” (TVN) poświęcone aborcji – program wyjątkowo obiektywny i wszechstronny. Wzięła w nim udział m.in. matka, która właśnie w trosce o dziecko podjęła trudną dla niej decyzję przerwania ciąży: badania prenatalne wykazały, że dziecko byłoby ciężko upośledzone i niezdolne do dłuższego życia. Tak więc aborcja bywa metodą na zminimalizowanie cierpień.
Jeszcze bardziej drażliwą sprawą jest eutanazja, w praktyce dziś u nas przemilczana. Z różnych powodów. Także dlatego, że słowo to może się kojarzyć – zwłaszcza starszym – ze zbrodniczymi poczynaniami nazistów. Nie miały one jednak nic wspólnego z właściwą „dobrą śmiercią” (takie jest etymologiczne znaczenie słowa eutanazja), z udzieleniem pomocy w dobrowolnym odejściu. Decyzja taka nie może być podejmowana pod żadnymi naciskami zewnętrznymi. Skądinąd dążność taka może być tylko formą wołania o pomoc SOS. Tak było w przypadku p. Świtaja, młodego sparaliżowanego mężczyzny, który domagał się eutanazji, ale przyjął pomoc, która umożliwiła mu pewne działania, przywracając życiu poczucie sensu. Młody organizm p. Świtaja dysponował najwidoczniej energią witalną, którą należało tylko odblokować.
Inna jest sytuacja osób dotkniętych nieuleczalną chorobą, idącą w parze z coraz dotkliwszymi cierpieniami, a także ludzi w wieku podeszłym. Ich życie nieraz staje się już tylko oczekiwaniem na śmierć „naturalną”.
Co to znaczy „śmierć naturalna”? Postępy medycyny przyczyniły się walnie do przedłużenia życia, aż po sztuczne podtrzymywanie go złożoną aparaturą. Czy to „naturalne”? A jeśli człowiek jest po prostu zmęczony i nie ma przed sobą innej perspektywy prócz dalszego ubytku sił fizycznych i psychicznych oraz różnych schorzeń, związanych ze „zużyciem materiału”? I wręcz marzy, aby zasnąć i już się nie obudzić…
Moja śp. Matka mając lat 90, złamała nogę w biodrze. Wszczepienie endoprotezy wymagało wówczas pełnej narkozy (dziś stosuje się znieczulenie miejscowe). Matka znalazła się w szpitalu przytomna i sprawna intelektualnie. Tydzień po operacji ordynator powiedział mi bez ogródek: „Jeśli pani chce brać kłodę do domu…”. Tak właśnie! Nie wiem, jaka miałaby być alternatywa, bo Matka przestała kontaktować się z otoczeniem, nie chciała też przyjmować żadnych pokarmów. Groziła jej więc śmierć głodowa.
Oboje z Mężem przewieźliśmy Matkę do domu. Po lekach pobudzających działanie mózgu jej stan nieco się poprawił. Żyła jeszcze bez mała pięć lat, ale w gruncie rzeczy było to umieranie rozłożone na raty…
Znając moją Matkę, jestem przekonana, że gdyby zawczasu, w pełnej świadomości mogła przewidzieć taki bieg wydarzeń, wolałaby eutanazję.
Rozumiem, że ludzie wierzący w Boga osobowego, który daje życie i tylko On może je odebrać, nie godzą się z taką opcją. Dla wielu budującym przykładem była „lekcja umierania”, jakiej udzielił Jan Paweł II. Krzepiła go wiara w poczucie zleconej mu misji. A ponadto – przy całym szacunku dla jego heroizmu – trudno nie zauważyć, że dzięki swemu stanowisku miał zapewnioną wszechstronną, troskliwą opiekę, na jaką – nie tylko w Polsce – mało kogo stać.
Oporów, jakie żywią katolicy, nie muszą podzielać ateiści, agnostycy, czy „wierzący inaczej”, np. panteiści, którzy czują się cząstką Bytu, a tym samym – współtwórcami jego rozwoju.
Sęk w tym, aby wybór „śmierci na żądanie” był naprawdę dobrowolny. Sprawdzenie tego nie jest łatwe, ale chyba możliwe, gdy mamy do czynienia z kimś świadomym, sprawnym intelektualnie. Ale gdy chodzi o kogoś, komu nie dopisuje już świadomość, decyzję podejmować musieliby inni – bliscy bądź lekarze. Należałoby wypracować reguły, nie dopuszczając do żadnych nadużyć. Można sobie wyobrazić, że kiedyś ludzie będą zawczasu redagować oświadczenia „eutanazyjne”, podobnie jak dziś deklarują zgodę, by po ich śmierci pobrano organy do przeszczepu.
Na razie w Polsce o zaakceptowaniu prawa do „śmierci na życzenie” nie ma co myśleć. Może jednak tym bardziej warto o tym mówić.

Wydanie: 33/2007

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy