Jak prezes Kurski zadbał o kasę

Jak prezes Kurski zadbał o kasę

Gdy Ewa udowodniła przed sądem, że jej praca to etat, TVP zażądała zwrotu 80 tys. zł składek ZUS

Pracowała w TVP na umowie śmieciowej, a teraz została potraktowana przez sąd jak śmieć. Ewa ma zwrócić telewizji 68 tys. zł, które ta firma odprowadziła do ZUS. Na taką kwotę kobieta musi pracować prawie trzy lata. Większe pieniądze, bez VAT, TVP zarobi za 60-sekundową reklamę po transmisji skoków narciarskich na mistrzostwach świata w Lahti. Starcie Dawida z Goliatem.

W listopadzie ub.r. Sąd Apelacyjny w Poznaniu stanął po stronie potężnej firmy, która przez lata wykorzystywała nie tylko Ewę, ale też tysiące innych pracowników. To drugi taki wyrok w Polsce. I sygnał, że opłaca się zatrudniać ludzi na umowach śmieciowych, a nie na umowach o pracę. Bo nawet jeśli sąd pracy zdecyduje, że pracodawca musi odprowadzić do ZUS składki, to i tak potem firma wydrze je pracownikowi z gardła.

Dwóch dziennikarzy zamiast jednego

Ewa nie jest pewna, czy chce nadal walczyć w sądzie i czy warto nagłaśniać jej sprawę. No bo co takie artykuły czy programy telewizyjne mogą zmienić? Wyrok w sądzie apelacyjnym już zapadł. Teraz pozostaje jedynie kasacja w Sądzie Najwyższym. Ale czy stać ją na to, by dalej się sądzić? I czy to ma sens?

Nie chce podawać nazwiska. Jest dziennikarką, 12 lat pracowała w poznańskim ośrodku TVP. Tu zaczynała karierę – była i reporterką, i wydawcą programów. Do telewizji trafiła pod koniec lat 90. Właśnie skończyła studia. Zaproponowano jej umowę o dzieło. Obiecywano, że jak tylko pojawi się etat, to go dostanie. Wierzyła. Wiedziała, że na takich samych zasadach pracuje w TVP wiele jej koleżanek i kolegów. Czy się denerwowała? Tak. Z drugiej strony chcąc pracować w wyuczonym zawodzie, nie miała wyjścia. – Niełatwo było znaleźć pracę jako dziennikarz w moim mieście. Poznań to nie Warszawa czy Kraków, gdzie jest więcej możliwości – mówi Ewa.

Wiedziała, że zarabia netto podobnie jak dziennikarze na etatach, z tym że ich pensja brutto jest o jakieś 50% wyższa. Pracodawca musiał z ich pensji odprowadzić wyższy podatek, z 20-procentowymi, a nie 50-procentowymi – jak w przypadku umowy o dzieło za twórczość autorską – kosztami uzyskania przychodu. Poza tym musiał odprowadzić składki na ubezpieczenie emerytalne, rentowe, chorobowe i wypadkowe. Ewy żadne z tych ubezpieczeń nie dotyczyło. Telewizja nie musiała też odprowadzać części składki emerytalnej, którą pokrywa pracodawca. Czysty zysk. Za te same pieniądze, które kosztuje firmę dziennikarz na etacie, można było mieć dwie osoby.

Mamienie pracownika

Niewolnictwo ekonomiczne kwitnie, m.in. w zawodzie dziennikarskim. W dużych korporacjach dziennikarzom wmawia się, że to wolny zawód, więc umowa o dzieło jest OK, a jednocześnie wymaga się od nich całkowitego poddaństwa i dyspozycyjności 24 godziny na dobę. Jeśli ktoś marudzi, słyszy: „Wolna droga, przed bramą czeka długa kolejka chętnych na twoje miejsce”.

Na początku Ewa miała nadzieję, że lada miesiąc pojawi się możliwość przejścia na etat. Ale minął rok, potem drugi i jeszcze jeden… Ilekroć zmieniało się kierownictwo, a ekipy zmieniały się co najmniej z taką częstotliwością jak ekipy rządzące, pojawiała się w jej głowie myśl, że zostanie zatrudniona „po bożemu”. I tak trwała.

– Byłam młoda, po studiach. Wtedy człowiek rozumuje inaczej – wspomina Ewa. – Łudziłam się, że w końcu ten etat uda mi się uzyskać. Nie zastanawiałam się nad tym, że te lata, które przepracowałam w TVP, nie liczą się do stażu pracy. Nie myślałam o tym, że moje konto emerytalne jest puste. Bagatelizowałam to, że nie miałam ubezpieczenia chorobowego, więc za czas choroby nie dostawałam wynagrodzenia. Nie miałam też prawa do płatnego urlopu i kiedy chciałam wypocząć, nie zarabiałam.

Modliła się, żeby nie dotknęła jej żadna poważna choroba, która wymagałaby hospitalizacji, bo nie miałaby z czego zapłacić za szpital.

Chwila szczęścia

Aż w 2007 r. Ewa dostała etat. Nie cały, ale to już była zasadnicza zmiana. Szczęście trwało do 2010 r. W ramach zwolnień grupowych wypowiedziano jej umowę o pracę. Wtedy pomyślała, że tak okrutnie odpłaca się jej ta TVP, której poświęciła 12 lat życia, pracując przez dziewięć lat na umowie śmieciowej, a dopiero potem na umowie o pracę. Ponieważ jej obowiązki nosiły wszystkie znamiona zatrudnienia na etacie, postanowiła zawalczyć o uznanie tego w sądzie pracy. W 2011 r. Sąd Rejonowy w Poznaniu przyznał, że było to zatrudnienie na umowie o pracę. W konsekwencji TVP miała odprowadzić do ZUS zaległe składki za lata 1998-2010.

Latem 2012 r. TVP wpłaciła do ZUS ok. 80 tys. zł. Suma ogromna dla zwykłego człowieka, ale nieznaczna dla tak potężnej firmy jak nadawca publiczny. Ewa oczywiście ani złotówki z tych pieniędzy nie zobaczyła. A czy kiedyś zobaczy? Kalkuluje, że na wysokość jej emerytury składki te będą miały wpływ nieznaczny, jeśli w ogóle dożyje wieku emerytalnego. Jeśli nie, nigdy z tych pieniędzy nie skorzysta. Pozostaną w państwowym, zusowskim kotle. Wie o tym równie dobrze TVP. Mimo to instytucja ta, będąca spółką skarbu państwa, postanowiła odzyskać od Ewy pieniądze. Pokazać jej i innym nadal zatrudnionym na umowach śmieciowych, gdzie ich miejsce. I postraszyć, że nie warto z telewizją zadzierać, dochodząc swoich praw.

TVP zażądała zwrotu składek, bo zdaniem telewizyjnych prawników Ewa bezpodstawnie się wzbogaciła. Twierdzili oni, że gdyby pracowała na etacie, składki te byłyby odciągane z jej pensji. Tłumaczenie pokrętne i bezczelne. Jeśli bowiem Ewa otrzymywała na rękę kwotę nie wyższą niż jej koledzy na etacie, składki powinny być odprowadzone od kwoty brutto, znacznie wyższej niż widniejąca na umowie o dzieło. Ewa odmówiła zapłaty.

Na początku 2013 r. dostała z TVP PIT, w którym kwota składek przelanych do ZUS została potraktowana jako jej dochód, musiała więc zapłacić kilkanaście tysięcy podatku. Wkrótce okazało się, że to niejedyna sankcja TVP wobec niej. Telewizja wytoczyła Ewie sprawę w sądzie. Domagała się zwrotu owych 80 tys. zł.

Dostałaś, to oddaj

Sąd pierwszej instancji przyznał rację Ewie. W uzasadnieniu wyroku sędzia napisał: „Przyjęcie, że powództwo zasługuje na uwzględnienie, prowadziłoby do sytuacji, w której pracownik ponosiłby negatywne konsekwencje sprzecznych z prawem działań i zaniedbań pracodawcy”. Sędzia stwierdził też m.in., że korekta składek nastąpiła z winy pracodawcy, bo zatrudniał dziennikarkę niezgodnie z prawem i czerpał z tego korzyści.

Ewa odetchnęła z ulgą. Za wcześnie. TVP wniosła apelację. W listopadzie ub.r. sąd apelacyjny uchylił wyrok pierwszej instancji. Uznał, że Ewa bezpodstawnie się wzbogaciła. Zdaniem sędziów, gdyby TVP wiedziała, że kiedyś będzie musiała opłacić składki pracownicy, która była zatrudniona na umowie śmieciowej, mniej płaciłaby Ewie netto. Sąd apelacyjny postanowił, że Ewa ma oddać TVP większość kwoty wpłaconej do ZUS, czyli 68 tys. zł, bo część tych składek w momencie przelewania pieniędzy do ZUS była już przeterminowana. Spłatę rozłożono na raty w wysokości 1 tys. zł miesięcznie. Poza tym Ewa musi zapłacić po 3,5 tys. zł kosztów sądowych za każdą ze spraw – w sądzie rejonowym i w sądzie apelacyjnym. Do tego dochodzą odsetki. Ewa, która teraz zarabia niewiele więcej, niż wynosi pensja minimalna, i ma na utrzymaniu dwoje dzieci, ze strachem myśli o przyszłości.

Początkowo liczyła na to, że jej sytuacja poruszy serce kogoś w TVP. Napisała do prezesa Jacka Kurskiego prośbę o umorzenie jej odsetek i kosztów sądowych. Odpowiedź była negatywna.

Gdyby mogła cofnąć czas… Czy walczyłaby o uznanie jej zatrudnienia jako umowy o pracę? Sprawy w sądach toczyły się niemal pięć lat, kosztowały ją wiele nerwów. A na koniec dowiedziała się, że musi zwrócić pieniądze, których nigdy nie miała. A gdyby można było zrobić tak: wycofać pieniądze z państwowego ZUS i oddać je państwowej telewizji, a te dziewięć lat potraktować jako bezskładkowy okres pracy? Ale ZUS, worek bez dna, jak już coś łyknął, nie odda.

To drugie takie rozstrzygnięcie w polskim sądzie na niekorzyść pracownika. I wyraźny sygnał dla ludzi pracujących na umowach śmieciowych: nie podskakujcie, nie buntujcie się, bo skończycie jak Ewa. Jesteście ekonomicznymi niewolnikami. Nie macie żadnych praw. Bo nawet jeśli sąd pracy przyzna wam rację, sąd cywilny może wam to odebrać. I zostaniecie goli i bosi, z długiem, który będziecie spłacać latami.

Znajomi Ewy skrzyknęli się w grupę, która ją wspiera. Napisali petycję do prezesa TVP Jacka Kurskiego. Podpisało ją ponad 340 osób. Domagają się w niej „anulowania długu w wysokości 68 tys. zł, kosztów odsetek do dnia umorzenia długu oraz kosztów sądowych byłej pracowniczki Telewizji Polskiej”. Argumentują: „Samotna matka dwójki dzieci ma oddawać na rzecz ogromnej spółki połowę swojego dochodu. Dług ten godzi w poczucie sprawiedliwości społecznej”. Link do petycji: kliknij tutaj.

– Miło mi, że ludzie stoją po mojej stronie – mówi Ewa. Ale czy wierzy, że mogą jej pomóc?

Wydanie: 9/2017

Kategorie: Kraj

Komentarze

  1. marer
    marer 3 czerwca, 2017, 20:39

    Jakiż mylący tytuł : sprawa ciągnie się od 2010 r., a tytuł sugeruje, że wszystkiemu winien Jacek Kurski. Nie ma to jak rzetelność dziennikarska.

    Odpowiedz na ten komentarz
  2. eMPe
    eMPe 14 czerwca, 2017, 06:57

    Przykre to, jak kodeks pracy jest negowany przez sądy. A gdzie obowiązek przestrzegania przepisów prawa przez pracodawcę? Obowiązkiem pracodawcy jest terminowe i prawidłowe wypłacanie wynagrodzenia – wynika to z kodeksu pracy. Skoro nieprawidłowo obliczył, to powinien sam ponieść tego konsekwencje. Pracodawca powinien w tej sytuacji ponieść jeszcze konsekwencje dotyczące omijania obowiązku zawierania umów o pracę i zastępowaniu ich umowami cywilno-prawnymi.

    Ja wiem, że do sądu nie idzie się po sprawiedliwość, a po prawo.

    Szkoda gadać… z tymi naszymi sądami. Tu już nawet nie chodzi o sprawiedliwość i poszanowanie zasad współżycia społecznego, a o poszanowanie prawa przez same sądy.

    Odpowiedz na ten komentarz
  3. W imię zasad...
    W imię zasad... 14 czerwca, 2017, 07:50

    Skoro Pani Ewa ma oddać składki ZUS, to może warto przyjrzeć się Regulaminom wynagradzania i taryfikatorom obowiązującym w TVP.

    Czy przypadkiem stawka brutto Pani Ewy nie odbiegała znacząco od stawek jej kolegów na etatach w tamtym czasie? Jeżeli tak, to byłby dowód na to, że TVP oszczędzała na składkach ZUS zawierając umowy o dzieło z dziennikarzami. Jeżeli nadal TVP upierałaby się przy żądaniu zwrotu składek ZUS przez Panią Ewę, to trzeba by podnieść kwestę dyskryminacji Pani Ewy w kontekście rażąco niższej stawki wynagrodzenia i żądać wyrównania lub odstąpienia od zwrotu składek ZUS do TVP.

    Trzymam kciuki, Pani Ewo.

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy