Prezydent, co się kulom nie kłaniał

Prezydent, co się kulom nie kłaniał

Dlaczego bilans trzech lat Lecha Kaczyńskiego jest tak zły? Czy da się to odwrócić?

Bilans prezydentury Lecha Kaczyńskiego już po roku był kiepski. Polacy nie kryli rozczarowania nowym prezydentem, rozczarowania nie ukrywali nawet zakochani w PiS dziennikarze. Piotr Zaremba z „Dziennika” zaliczył prezydenta do największych przegranych roku 2006 i komentował: „Stracił sporo poparcia społecznego, choć jako prezydent powinien je zachować łatwiej niż jego brat premier. Nie stworzył spójnej koncepcji prezydentury, stąd jego styl urzędowania był oceniany głównie poprzez wpadki”. A Dorota Gawryluk konstatowała: „Prezydentura Lecha Kaczyńskiego nie jest taka zła, jak to przedstawiają jego przeciwnicy, ale nie tak dobra, jak mogłaby być”.
Rok później, w grudniu 2007 r., fani Kaczyńskich woleli milczeć. „Kadencja fochów i obrażania się – tak wyglądały pierwsze dwa lata prezydentury Lecha Kaczyńskiego. A przed nami jeszcze trzy kolejne”, pisał w „Newsweeku” Wojciech Maziarski, w tekście pod znamiennym tytułem „Kronika wypadków żałosnych”.
A co napiszą dziennikarze w tym roku? Jak mówić dziś o prezydencie, którego chaotyczne i nerwowe działania kompromitują nie tylko jego osobę (cóż, jego wybór), ale spychają Polskę do roli państwa egzotycznego? Poza główny nurt?
Bilans trzech lat prezydentury Lecha Kaczyńskiego naprawdę jest fatalny. To kolejny ciąg porażek, zarówno na forum wewnętrznym, jak i na arenie międzynarodowej.

KLAPA I PO BALU

Symboli tej klapy jest przynajmniej kilka. Choćby bal prezydencki z okazji 90. rocznicy odzyskania niepodległości, tak szumnie reklamowany. Ostatecznie z balu pozostało uroczyste przyjęcie. Obsada, która miała być tak imponująca, delikatnie mówiąc – nie dopisała. Po wolnych miejscach hulał wiatr, nie było prezydentów i premierów najważniejszych państw, nawet żelazny sojusznik Kaczyńskiego, gruziński prezydent Saakaszwili, wyjechał wcześniej. A głównym tematem dyskusji przy stołach był skandal związany z tym, że na uroczystość nie zaproszono Lecha Wałęsy.
Zobaczyliśmy więc Lecha Kaczyńskiego niejako w pigułce – dobry pomysł stał się karykaturą, bo i prezydent realizował go nieudolnie, kierując się swoimi fobiami, pokazując twarz osoby zawziętej, małostkowej, przedkładającej własne ego nad interes Rzeczypospolitej.
Innym symbolem tej prezydentury był niedawny incydent w Gruzji. Lech Kaczyński został wywieziony przez Michaiła Saakaszwilego na pogranicze gruzińsko-osetyjskie, gdzie kolumnę z prezydentami zatrzymały i zawróciły strzały. Potem mieliśmy popis mało mądrych komunikatów. Że konwój został ostrzelany, że to byli Rosjanie (bo Kaczyński, jak twierdził, ich słyszał i zidentyfikował), że nasz prezydent zachował się bohatersko, bo się nie przestraszył, i tym podobną paplaninę.
Potem okazało się, że strzały, owszem, były, ale w powietrze, i w oddali. I że raczej nie byli to Rosjanie, tylko Osetyjczycy, a może nawet i sami Gruzini. Że wyjazd nastąpił z pogwałceniem wszelkich norm bezpieczeństwa, a oficerowie BOR mający chronić naszego prezydenta jechali z tyłu kawalkady (za to z przodu jechali dziennikarze).
Świat z zażenowaniem przyjął przygodę polskiego prezydenta. Europa Zachodnia nie chce awantury z Rosją, szybko więc od wojowniczych zachęt Kaczyńskiego się zdystansowała. Polska znów została sama. Z opinią tego, który prowokuje konflikty. I który działa w sposób mało obliczalny.
Kompromitacją skończyła się również rozmowa Lecha Kaczyńskiego z prezydentem elektem Barackiem Obamą. Szef Kancelarii Prezydenta, Piotr Kownacki, po zakończeniu rozmowy mówił publicznie, że Obama z własnej inicjatywy rozpoczął rozmowę o budowie tarczy antyrakietowej w Polsce i zapewnił, że będzie realizowana. Dzień później, po dementi z USA, inny prezydencki minister, Michał Kamiński, przyznał, że było dokładnie odwrotnie.
Jak to wszystko ocenić? Do czego były potrzebne te wszystkie krętactwa z tarczą? Czy Lech Kaczyński spodziewał się, że Amerykanie niczego nie sprostują?
Chwały Lechowi Kaczyńskiemu nie przynoszą również spory z Donaldem Tuskiem o to, kto ma jeździć na szczyty Unii Europejskiej. Owszem, premier i jego ekipa w tych przepychankach zachowali się bardzo nisko, ale przecież w niewielkim stopniu poprawia to sytuację prezydenta. Który przedstawił się publiczności jako awanturnik, osoba chorobliwie przywiązana do swego majestatu, a w efekcie – mająca niewiele do powiedzenia. Bo prezydent jechał do Brukseli, by porozmawiać o Gruzji, tylko że w czasie, gdy ten punkt poruszano, on akurat spacerował i gdy czym prędzej wrócił na salę, europejscy przywódcy zajmowali się już czymś innym.
Jest więc i śmieszno, i straszno. Z akcentem na śmieszno.
Do tego dodajmy czynniki osobowościowe, drugorzędne, ale przecież mające znaczenie – prezydent jest w zachowaniach kanciasty, niesympatyczny, sepleni, nie ma w sobie ani ciepła, ani majestatu. A jego współpracownicy sprawiają wrażenie ludzi skłóconych.
Efekt tych wszystkich zachowań jest dla Lecha Kaczyńskiego miażdżący. Najnowszy, listopadowy sondaż CBOS, podaje, że Lechowi Kaczyńskiemu ufa ledwie 30% Polaków, mniej o 5% niż w październiku. Rekordowy jest poziom nieufności do jego osoby – wynosi aż 53% i urósł w porównaniu z miesiącem poprzednim aż o 6%.
Dramatycznie słabo Lech Kaczyński wypada też w innych sondażach – z trójki Wałęsa, Kwaśniewski i on, uznawany jest za najgorszego prezydenta. Żaden sondaż nie daje mu też szans w wyborach za dwa lata.
Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego bilans trzech lat Lecha Kaczyńskiego jest tak zły? I czy da się to odwrócić?
Zarzutów kierowanych w stronę prezydenta jest wiele, wiadomo więc, że nie jedna przyczyna zadecydowała o jego dzisiejszej pozycji. Spróbujmy więc je pogrupować.

TRZY LATA DLA BRATA

Po pierwsze, Lecha Kaczyńskiego ciągnie w dół powszechne przekonanie, że jest młodszym bratem Jarosława Kaczyńskiego. Że patrzy na Polskę nie z perspektywy urzędu prezydenckiego, tylko z perspektywy partyjnej. „Prezesie, melduję wykonanie zadania”, deklarował w noc wyborczą, gdy ogłaszano wstępne wyniki wyborów prezydenckich. Te słowa to podobno miał być dowcip, a okazały się profetyczną zapowiedzią. W ciągu trzech lat prezydentury Lech Kaczyński zawsze stał murem za swoim bratem i jego partią, nie demonstrując nawet na centymetr swojej niezależności.
Gdy rządziło PiS, prezydent tę władzę wzmacniał. A to grożąc rozwiązaniem parlamentu (czyli dyscyplinując Samoobronę i LPR), a to krytykując opozycję. A zawsze wykonując polecenia brata.
Potwierdził to zresztą w jednym z wywiadów Jarosław Kaczyński, który przed szczytem Unii, gdy miały się ważyć losy Lizbony, a Polska domagała się systemu pierwiastkowego, powiedział, że to on zdecydował, iż pojedzie tam prezydent. Negocjacje skończyły się klapą, Polska w sprawie pierwiastka była sama, musiała więc z niego zrezygnować. Że tak to się skończy, wiedział zresztą każdy, kto choć trochę interesuje się mechanizmem podejmowania decyzji w Unii. Ale nie to jest najważniejsze – otóż symptomatyczne było zakończenie negocjacji. W środku nocy Angela Merkel i Nicolas Sarkozy podeszli do polskiego prezydenta i przy nim zadzwonili do Jarosława Kaczyńskiego. I to z nim ustalili, jak ma być. Widać, dobrze wiedzieli, kto w tym duecie jest ważniejszy.
Nie jest bowiem wielką tajemnicą, że bracia utrzymują ze sobą stały kontakt, że rozmawiają przez telefon kilka, a nawet kilkanaście razy dziennie. „Urzędnicy i politycy opowiadają, że prezydent bardzo często przerywa spotkanie, żeby choć na chwilę skontaktować się z bratem”, pisał w maju br. „Dziennik” w cyklu „Za kulisami pałacu”. Większość tych rozmów to krótkie kontakty, po kilka, kilkanaście sekund.
O uzależnieniu Lecha od Jarosława opowiadają też ich byli współpracownicy. Ba, sam Lech nie ukrywa w wywiadach, że to brat jest tym ważniejszym. Jeden z byłych współpracowników prezydenta opowiadał niedawno taką historię: prezydent dowiedział się, że człowiek, na którego stawiał, mimo zastrzeżeń Jarosława, wkrótce stanie się dla Kaczyńskich kłopotem. „Jaka była jego pierwsza reakcja? Zupełnie się zagubił. Zaczął nerwowo chodzić. To były słowa: Boże, co ja powiem Jarkowi?”.
Po zmianie rządu prezydent z osoby wspierającej rząd stał się głównym filarem opozycji. Dziś to prezydent walczy z rządem, to prezydent buduje zasieki.
Oczywiście, w dużym stopniu jest to efekt gry Donalda Tuska i jego otoczenia. Premier i jego ludzie grają na zmarginalizowanie prezydenta, ośmieszenie go, wypchnięcie z głównego nurtu polityki. Aż się prosi w tym miejscu zadać pytanie: dlaczego tak łatwo to im się udaje?
Odpowiedź chyba jest łatwa – Lech Kaczyński woli stracić w oczach opinii publicznej niż w oczach brata. Jest więc dziś najwierniejszym żołnierzem PiS. I nie przejmuje się zbytnio, że traci wizerunkowo, że ma słabe sondaże. „To są niepoważne rzeczy”, mówi o nich.

AUTYZM POLITYCZNY

Tuskowi i ekipie platformersów udaje się tak łatwo ogrywać Kaczyńskiego również dlatego, że jego reakcje są łatwe do przewidzenia. I że twardo wyznaje PiS-owską wizję świata.
To wizja wykluczająca. Przypominająca wizję przedwojennych komunistów, dla których wszyscy niekomuniści byli podejrzani, ba, nawet PPS, to był socjal-faszyzm.
W tej wizji te wszystkie instytucje czy podmioty, które nie współdziałają z Kaczyńskimi, i to na zasadzie podległości, są niepewne i podejrzane.
Ludzie, politycy i publicyści, którzy skrytykowali mało mądrą wyprawę z prezydentem Gruzji nad granicę z Osetią, zostali natychmiast nazwani „partią Moskwy”. Gdy byli ministrowie spraw zagranicznych napisali do prezydenta delikatny list, w którym oględnie tłumaczyli, że unikanie spotkań Trójkąta Weimarskiego nie jest najlepszym sposobem na uprawianie polityki zagranicznej, Lech Kaczyński natychmiast ogłosił, że przestaje utrzymywać z jego sygnatariuszami jakiekolwiek kontakty. Gdy mijała 85. rocznica urodzin Władysława Bartoszewskiego, prezydent jej nie zauważył, mimo że laureat został obsypany gratulacjami, m.in. od papieża.
W ostatnich latach chyba wszystkie środowiska, które doskoczyły do PiS, zostały z tej partii wypchnięte. Lech Kaczyński, tak jak jego brat, dzieli Polskę na dwie części: my stoimy tu, gdzie stoczniowcy, a oni tam, gdzie stało ZOMO.
Taki podział wyklucza współdziałanie. A brak współdziałania, łączenia ludzi, środowisk dla prezydenta RP jest zabójczy. Polacy zaakceptowali koncyliacyjny model prezydentury, który zbudował Aleksander Kwaśniewski i chcieliby jego kontynuacji. Czyli łączenia, przełamywania podziałów, zrozumienia, że nasz kraj zamieszkują ludzie o różnych poglądach, sympatiach, korzeniach i każdy ma prawo czuć się w tym kraju dobrze. Bo każdy jest u siebie.
Tymczasem Lech Kaczyński nie przyjmuje tego do wiadomości. Jest wyznawcą poglądu, że prawdziwi Polacy to PiS, a reszta to osoby podejrzane. „Pani reprezentuje określone interesy”, mówił do Moniki Olejnik, gdy nie spodobały mu się pytania, które mu zadawała w „Kropce nad i”. A gdy program się skończył, zaczął na nią krzyczeć i wołać: „Znalazła się pani na mojej krótkiej liście! Wykończę panią!”.
I znów – to zachowanie ma swoją wewnętrzną logikę. Bo jeżeli dzieli się Polskę na uczciwych, czyli PiS-owców, i nieuczciwych (ewentualnie – otumanionych), czyli całą resztę, to naturalna jest skłonność kryminalizowania tych innych. Doskonale to widać w wywiadach Lecha Kaczyńskiego, zwłaszcza w tych, w których dziennikarze pozwalają mu się wygadać. A także w wypowiedziach jego współpracowników.
Oto Piotr Kownacki, wciąż bezpartyjny, wydawało się osoba bez większych fobii, gdy został szefem Kancelarii Prezydenta, zaczął głosić takie tezy: „Jest grono wpływowych ludzi, których łączą wspólne cele: oni nie chcą, żeby państwo było zbyt silne, obawiają się kwestionowania źródeł swojego bogactwa. Nie chcą lustracji i dekomunizacji. A jedynymi ludźmi, którzy im szkodzą i starają się rzucać kłody pod nogi, są bracia Kaczyńscy. Dlatego z nimi walczą”. – Kto jest na tej liście? – zapytali więc prowadzący wywiad dziennikarze dziennika „Polska”. I usłyszeli w odpowiedzi: „Pewnie większość z listy najbogatszych „Wprostu””.
Aha, jeszcze wcześniej dodał, że ten establishment podejmuje decyzje przy szklaneczce whisky i cygarach.
I teraz pytanie: czy on sam wierzy w ten karykaturalny portret, prosto z PiS-owskich agitek? Niszczący debatę publiczną?
Bo Kaczyński, zdaje się, wierzy. Że media go krytykują nie dlatego, że popełnia błędy, tylko dlatego, że są w układzie. I że ten układ na niego dybie.
A układ jest tworem plastycznym. Na początku kadencji nie należał do niego Ryszard Krauze, ba, Lech Kaczyński dobrze się o nim wyrażał, panowie się spotykali, wymieniali numerami prywatnych komórek. I proszę! Po półtora roku Krauze stał się kluczowym elementem układu. Odwrotną drogę przeszedł o. Tadeusz Rydzyk. Kilka lat temu Kaczyńscy podejrzewali go o wszystko, co najgorsze, sugerowali powiązania z rosyjskim wywiadem. A dziś – to filar ich politycznej gry.
Przykłady można mnożyć. Ważne w tym miejscu jest jednak coś innego – koncepcja świata uczciwych i poczciwych Polakopisowców i tych obcych, którzy tylko na nich dybią, przy czym kto jest Polakopisowcem, a kto obcą naroślą, to się dopiero okazuje na kolejnym zakręcie historii. Sama koncepcja zakrętów historii nie wytrzymuje. Inteligent jej nie zaakceptuje. To opowieść dla fanatyka.

NIE BĘDZIE NIEMIEC…

Tę wizję prezydent Kaczyński przerzucił na arenę międzynarodową. Tu też są dobrzy, poczciwi, czyli trzy państwa nadbaltyckie, prezydent Juszczenko i prezydent Gruzji, czasem prezydent Klaus, i cała reszta – albo złych, albo otumanionych.
Wizje świata, które snuje Lech Kaczyński, są zdumiewające. Prezydent nie zna się na sprawach międzynarodowych, sam przyznał parę lat temu, że nie jeździł za granicę i nigdy wcześniej nie był w Niemczech. Z jego wypowiedzi wynika też, że lektury dotyczące polityki zagranicznej skończył gdzieś w połowie ubiegłego wieku. Więc ani nie widział, ani nie czytał. Do rzeczywistości międzynarodowej przykłada zupełnie nie te miary, które trzeba. Z innych epok.
Lech Kaczyński lubi opowiadać, że Unią Europejską rządzi, a jakże, układ. To układ Francji i Niemiec. Czasami doskakuje do tego Wielka Brytania i wtedy mamy nie oś, ale trójkąt. Natomiast Włochy i Hiszpania są już znacznie niżej na tej drabinie władzy. Kaczyński więc chciałby ten, nomen omen, układ rozbić. Czyli żeby Polska była mocnym szóstym krajem w Unii, żeby liczył się głos krajów średnich i żeby Francja i Niemcy nie miały tyle do powiedzenia. Aha – i żeby jeszcze Unia uwzględniała nasze antyrosyjskie obawy.
Po pierwsze więc, rzeczywistość w Unii jest bardziej skomplikowana, sama gra między Francją a Niemcami opisana została w dziesiątkach grubych prac. A po drugie, jaki efekt przyniosły działania Lecha Kaczyńskiego?
„Nie musimy być pokorni!”, wołał w rozmowach z dziennikarzami. A wszystkich innych nazywał „partią białej flagi”. Więc jaki sukces osiągnął?
Prawda jest taka, że efekt działań Lecha Kaczyńskiego na arenie międzynarodowej jest żałosny. Polska Kaczyńskich zeszła na margines Unii. Z kraju, który podpowiadał Unii politykę wschodnią, jak choćby w czasach pomarańczowej rewolucji, staliśmy się krajem, który prosił Unię, by wstawiała się za nami w naszych kontaktach ze wschodnim sąsiadem. Z nieformalnego lidera „dziesiątki”, czyli państw, które weszły do Unii w 2004 r., staliśmy się państwem izolowanym. Które jest samo, nie potrafi zbudować żadnej koalicji. Doświadczył tego Lech Kaczyński, gdy próbował grać o pierwiastek.
Teraz łamie się jego polityka wspierania Gruzji. Na co Kaczyński odpowiada, że widocznie wpływy rosyjskie w krajach Unii są mocne i stają się coraz mocniejsze (bo jak wiadomo, wszędzie są agenci, albo rosyjscy, albo układu, a z nimi trzeba twardo). Zripostujmy to więc pytaniem: a dlaczego w takim razie wpływy Kaczyńskiego stają się coraz mniejsze? Dlaczego nie jest wysłuchiwany?
Kolejną gorzką pigułkę przyjdzie pewnie Lechowi Kaczyńskiemu przełknąć już za parę miesięcy, gdy Stany Zjednoczone wycofają się z budowy tarczy antyrakietowej. Tarczy, która nie chroniła Polski, tylko USA, a która – wedle zamysłu prezydenta – miała chronić nasz kraj lepiej niż Unia Europejska i NATO. Tylko nie wiadomo dlaczego. Bo chyba nie przez wzgląd na stu amerykańskich żołnierzy, którzy przy rakietach by stacjonowali. Dodajmy, w Gruzji było 150-300 amerykańskich instruktorów. Rosjan to nie zatrzymało…

CZEKAJĄC NA KRYZYS

Nie miejmy złudzeń – Lech Kaczyński nie wycofa się ze swojej wizji polityki zagranicznej. A kolejne porażki będzie tłumaczył tak samo – proszę, nadchodzi zagrożenie, więc trzeba twardo, mocno…
A w polityce wewnętrznej?
Tu też plan gry wydaje się jasno zarysowany. Prezydent liczy, że w sukurs przyjdzie mu nadciągający kryzys i że to on stać będzie na czele niezadowolonych i pokrzywdzonych w walce ze złym rządem. Polska solidarna kontra Polska bogatych.
Czy to się powiedzie?
Czy odgrzewane PiS-owskie hasła pozwolą Lechowi Kaczyńskiemu obronić prezydenturę, a Jarosławowi wrócić do władzy? Jeżeli po Polsce rozleje się kryzys, pewnie będzie ku temu okazja. Pytanie tylko, czy Polacy gremialnie postawią na PiS…
Na razie prezydent stosuje taktykę atakowania premiera i rządu i przygarniania wszystkich niezadowolonych. W tym przypadku prezydent jest mniej PiS-owski, ważniejsze jest dla niego budowanie frontu antyrządowego.
Zanim więc zawetował trzy ustawy zdrowotne, przyjął delegację związkowców. Nie tylko Janusza Śniadka z NSZZ „Solidarność”, ale i Jana Guza z OPZZ, Wiesława Siewierskiego z Forum Związków Zawodowych i… Dorotę Gardias – przewodniczącą Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych. Już jej zapomniał protesty przeciwko rządowi Jarosława i białe miasteczko.
Wcześniej, jeszcze latem, zanim Sejm głosował nad ustawą medialną, prezydent odbył czterogodzinną rozmowę z Grzegorzem Napieralskim. „Spotkałem się z Napieralskim i to była dobra rozmowa z politykiem z pokolenia mojej córki”, mówił w wywiadzie dla „Dziennika”. – Polubiliście się? – pytali więc dziennikarze. A prezydent odpowiadał: „Ja w ogóle lubię ludzi. On naturalnie ma inny styl bycia, ale oceniam go nieźle. (…) Sądzę, że z można z nimi powstrzymać taką politykę społeczną, która jest w interesie 10 proc. społeczeństwa, a przeciw interesom 90 procent. I tu współpraca rzeczywiście mnie interesuje”.
A pytany, czy współpracę z SLD uważa już za mniej kompromitującą, odparł: „Nastąpiła częściowa zmiana pokoleniowa. Napieralski nie ma już na sumieniu PRL-u, jest na to za młody. Do prawdziwej socjaldemokracji jeszcze długa droga, ale może coś się zaczyna…”.
Oto mentor dał szansę politykowi z pokolenia jego córki…
Jakkolwiek by patrzeć – pozyskując Napieralskiego, zjednując związkowców, tych niezwiązanych z „Solidarnością”, którym bliżej było do lewicy, Lech Kaczyński rozgrywa bardzo ciekawą partię.
Buduje swoją pozycję obrońcy pokrzywdzonych. Przeciąga część lewicy w stronę PiS. I otwiera sobie dobre pole do gry o reelekcję. Polska dziś wygląda tak, że i Tusk, i Kaczyński mogą wejść do drugiej rundy wyborów prezydenckich. Ale o tym, kto ją wygra, zadecyduje elektorat lewicy. Znacznie liczniejszy niż obecne wpływy SLD. Tego w roku 2005 nie skalkulował Tusk i prezydentem nie został. Ale potem, i w wyborach samorządowych, i parlamentarnych, o te głosy walczył. Nie ma powodów sądzić, by za dwa lata było inaczej.
Gra więc trwa. I Lech Kaczyński w tej grze jest. Niepopularny, nielubiany, ale przecież wciąż z jakimiś nadziejami na sukces. Z dewizą: może do Tuska nie doskoczę, więc spróbuję ściągnąć go w dół.
To będzie lejtmotyw następnych dwóch lat.


Dlaczego po trzech latach Polacy tak źle oceniają prezydenta Lecha Kaczyńskiego?

Prof. Jadwiga Staniszkis,
socjolog
Nie jest wykluczone, że w liczbach bezwzględnych poparcie dla Lecha Kaczyńskiego jest nawet większe niż liczba tych, którzy go wybrali. Jednak nacisk na symboliczną stronę polityki, maksymalizm, jaki widać choćby w odniesieniu do Gruzji, co przynosi efekty odwrotne do zamierzonych, brak merytorycznych uzasadnień w przypadku wetowania ustaw, wreszcie kwestia stylu, nieprzewidywalność i brak gładkości, jaką miał choćby Aleksander Kwaśniewski, to wszystko nie przysparza mu zwolenników.

Prof. Tadeusz Kowalik,
ekonomista
Prezydentura Lecha Kaczyńskiego jest coraz gorzej odbierana, ponieważ wyraźnym ideałem Polaków jest stabilizacja polityki wewnętrznej i zagranicznej. Tymczasem działania prezydenta mają głównie charakter destabilizacyjny. Ale to zostawiam politologom. Natomiast ze społeczno-ekonomicznego punktu widzenia Lech Kaczyński ponosi współwinę za pełną hipokryzji politykę gabinetów Kazimierza Marcinkiewicza i Jarosława Kaczyńskiego, służącą bogatym.
Jeśli prezydent jest za Polską solidarną, powinien był zawetować trzy ustawy: ustawę całkowicie znoszącą podatek spadkowy dla najbliższych, ustawę rozszerzającą zakres podatku liniowego do ponad 98% płatników, ustawę zmniejszającą składkę rentową. Miałby teraz mocną legitymizację do wetowania poczynań ustawowych kolejnego gabinetu usiłującego działać na rzecz bogatych. Popieram weto wobec ustawy zdrowotnej, oczekuję tego samego w sprawie pomostówek. A w zanadrzu jest parę innych projektów zasługujących na ten sam los. Czy jednak zostaną one inteligentnie uzasadnione? Wyjęte z utarczek politykierskich?

Prof. Janusz Czapiński,
psycholog społeczny
Prezydent sam sobie zasłużył na taką ocenę w oczach Polaków, zwłaszcza że pamiętają oni jeszcze poprzednią prezydenturę i porównują, jak poprzednik zachowywał się w różnych sytuacjach, szczególnie podczas wyjazdów za granicę. Z tego wyciągają wnioski, które nie są dla obecnego prezydenta najkorzystniejsze. Źle oceniają, bowiem po trzech latach nie następuje żadna zmiana. Notowania Lecha Kaczyńskiego utrzymują się na niskim poziomie, gdyż zachowanie prezydenta to w gruncie rzeczy większe lub mniejsze wpadki, które go kompromitują lub dyskredytują na arenie międzynarodowej. Na złej ocenie prezydenta bardziej ważą jego zachowania zagraniczne niż dokonania w polityce wewnętrznej, gdzie poza utarczkami z premierem i zapowiedziami wetowania ustaw nic szczególnego się nie dzieje.

Dr Rafał Chwedoruk,
politolog
Po pierwsze, Lech Kaczyński jest ofiarą nie tyle własnej polityki, ile stereotypów narosłych w okresie rządów Kazimierza Marcinkiewicza i Jarosława Kaczyńskiego. Specyficzna sytuacja rodzinna prezydenta i powiązanie go z mocno krytykowaną polityką PiS uderza obuchem także w niego. Drugi czynnik to rola mediów, które przyjęły postawę jednoznacznej i ostatecznej krytyki wszystkich poczynań Lecha Kaczyńskiego, nawet wyolbrzymiając jego niektóre wpadki. Błędy prezydenta i jego otoczenia wynikają z nieprzygotowania do pełnienia tak poważnych funkcji.

Prof. Wiesław Godzic,
medioznawca
Dlatego, że to nie jest dobra prezydentura i zdecydowanie inna od pozostałych. Model prezydentury Aleksandra Kwaśniewskiego, który Polacy zaakceptowali i dobrze oceniają, wiązał się z rolą negocjującą, niezależnie od wyrażania opinii związanych ze środowiskiem, z którego wyszedł. Obecny model polega jednak raczej na skłócaniu niż negocjowaniu, raczej na przypieraniu do ściany, a nie szukaniu racjonalnych rozwiązań, których Polacy już trochę się nauczyli w demokracji. Potrzeba większej siły przekonywania. Prezydent i stojące za nim osoby przyjęły linię obrony, w myśl której za zły wizerunek odpowiedzialne są nieprzychylne media. Ja w to nie wierzę. Media są różnorodne i zachowują głównie racjonalną postawę, zarówno „Dziennik”, jak i „Gazeta Wyborcza”, „Rzeczpospolita” trochę mniej, rozdają zarówno laury, jak i razy po równo. Potrafią dostrzegać to, co jest dobre u osób, których nawet nie cenią. Przy tak dużej różnorodności opinii nie można mówić, że media stworzyły taki obraz prezydentury. Wiele wystąpień prezydenta od strony merytorycznej, ale i gestykularnej, jest śmiesznych i razi Polaków. Miny Lecha Kaczyńskiego i sposób zachowania, nawet spojrzenie, które nie jest skierowane na nikogo, ale gdzieś błądzi, ucieka, sugeruje niepewność i małą wyrazistość. Medioznawcy potrafią to nazwać, ale większość ludzi odczuwa to jako dyskomfort. A media tylko to pokazują i to ich jedyna przewina, ale takie one są. Wina jest więc po stronie pana prezydenta i jego sposobu zachowania, a nie po stronie mediów.

Prof. Krzysztof Opolski,
ekonomista
Źle oceniają, bo jest to prezydentura niestabilna i mało przejrzysta, zwłaszcza w odniesieniu do problemów gospodarczych. Ludzie mają pretensję, że decyzje prezydenta mają bardziej charakter polityczny, a nie są podbudowane solidnym rachunkiem ekonomicznym i przez to wyglądają na mało przejrzyste. Dotyczy to w większości ludzi młodych, których mniej interesują utarczki personalne czy słowne, bardziej zaś warunki życia, kurs waluty, możliwości inwestowania itp. Prezydenckie argumentacje są rzadko zrozumiałe dla młodzieży, która dostrzega nasz dystans wobec Europy i czeka na większą jednoznaczność decyzji.

Prof. Henryk Domański,
dyrektor IFiS PAN
Zła ocena jest związana z wyborami 2007 r. Partia, która przegrała, bo ludzie mieli dość jej stylu rządzenia, teraz jest utożsamiana z prezydentem powiązanym rodzinnie i politycznie z PiS. Prezydent nie stał się ponadpartyjnym arbitrem, kojarzony jest wciąż z przegranym ugrupowaniem i na niego spada całe odium. Ten czynnik już się utrwalił w świadomości społecznej i wszystko, co dotyczy obozu politycznego, z którego prezydent wyszedł, działa na jego niekorzyść. Natomiast wysokie poparcie dla PO utrzymuje się nadal, dla tego ugrupowania bowiem nie ma dziś alternatywy. Drugi czynnik wynika z tego, że prezydent podejmując działania, natrafia na bardzo silną propagandę antyprezydencką, która ma na celu zdyskredytowanie go i działanie na rzecz przyszłych wyborów prezydenckich. Z jednej więc strony, mamy autoderstrukcyjne działania samego prezydenta, z drugiej – dążenia konkurencji politycznej, aby wygrać najbliższe wybory parlamentarne i zapewnić też zwycięstwo własnemu kandydatowi do Pałacu Prezydenckiego.
Not. BT

Wydanie: 49/2008

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy