Co Kaczyński chce głęboko schować?

Co Kaczyński chce głęboko schować?

Prawo i Sprawiedliwość ma być karnym wojskiem

„Ogłaszam mobilizację PiS i całej Zjednoczonej Prawicy! To nie jest hasło, to jest objazd kraju!”, wołał podczas konwencji PiS w podwarszawskich Markach Jarosław Kaczyński. Czy to początek kampanii wyborczej? To chyba pytanie niepotrzebne – Kaczyński tak prowadzi politykę, jakby kampania wyborcza trwała nieustannie, nie ma dla niego przerw, chwil oddechu. Cały czas podgrzewa atmosferę, kreuje konflikty, przyciąga uwagę. O co zatem mu chodziło?

Konwencje partii politycznych to nie są wydarzenia dla ludu. Trudno sobie wyobrazić, by tłumy z zapartym tchem słuchały godzinnego przemówienia Jarosława Kaczyńskiego. Zwłaszcza w pogodną sobotę.

Konwencje adresowane są do partyjnego aparatu, działaczy, tych, którzy będą prowadzić kampanię wyborczą. Mają swoją poetykę. Gdy przemawia kilku polityków – partia pokazuje, że jest w niej różnorodność. Gdy jeden – demonstruje zwartość. Tym razem mówił tylko Kaczyński. Ważne jest, o czym się mówi, a co pomija. Ważny jest ton.

Taka konwencja to zapowiedź działań na najbliższe miesiące. Cóż więc nam Kaczyński zapowiedział? To już wiemy – rozkazał ludziom PiS ruszyć w Polskę. Spotykać się z wyborcami, rozmawiać.

I nie jest to banał – w polityce nie można liczyć na sukcesy, jeśli się nie rozmawia, nie uczestniczy. Kaczyńskiemu bardzo tego brakowało, mówili o tym zresztą jego współpracownicy – że czas pandemii, kiedy zamiast ściskania rąk były kontakty zdalne, via internet, był czasem straconym. Po prostu ludzie, nie kontaktując się bezpośrednio, zaczynają zajmować się swoimi sprawami, obojętnieją na słowa płynące z centrali, zapominają o wyborczym kalendarzu. W ten sposób PiS przekształcało się w partię tłustych kotów, leniwych, zadowolonych z siebie, głównie zainteresowanych konsumowaniem owoców zwycięstwa.

Tłuste koty, czyli PiS

Strach przed rozleniwieniem partii nie jest rzeczą nową. Był on kłopotem Leszka Millera, który skarżył się, że w SLD uwiło sobie gniazdko różnego rodzaju „ptactwo”. To także był kłopot Donalda Tuska, który nawet wymyślił sposób na poradzenie sobie z tym niebezpieczeństwem – po wygranych przez PO wyborach zostawił (i tym się chwalił) na stanowisku szefa CBA Mariusza Kamińskiego jako tego, który ze szczególnym zapałem będzie patrzył politykom PO na ręce. Skończyło się to skandalem, odwołaniem Kamińskiego itd. Teraz podobne problemy są udziałem Kaczyńskiego.

Wyraźnie widać, że nie ma on ani pomysłu, ani siły, by sobie z tym poradzić. Wcześniejsze inicjatywy, typu uchwała antykorupcyjna, umarły śmiercią naturalną. Prezes ma więc inny plan – zamierza partię przeorać, zmienić jej strukturę. Podczas niedawnego, majowego posiedzenia komitetu politycznego ustalono, że PiS składać się będzie nie z 41 jak dotąd, ale ze 100 okręgów, i zostanie wprowadzony zakaz łączenia funkcji partyjnych z ministerialnymi. Pełnomocników okręgowych będzie powoływał sam Kaczyński i ma to zrobić jeszcze w czerwcu. Czyli partia ma być jeszcze mocniej scentralizowana, ma być karnym wojskiem, a jej lokalni liderzy mają bardziej bać się „góry” niż terenowych układów.

A skoro o układach mowa – jakiś czas temu głośno było o pomyśle Kaczyńskiego, by lokalne komórki PiS były miejscami, gdzie mieszkańcy mogliby zgłaszać skargi na złą władzę (bo gdzie można dziś się poskarżyć?), by komórki te mogły kontrolować pracę administracji, a także opiniować różne propozycje kadrowe. Podniosły się wówczas głosy, że Kaczyński wprost nawiązuje do modelu partii z czasów minionych, że chce je wskrzesić, i skończyło się na zamiarach.

Model doskonały, czyli empatia

Taki zresztą model państwa Kaczyński w swoim ponadgodzinnym przemówieniu nakreślił. Przedstawił wizję polskiej wspólnoty. Że tworzy ją naród, „że naród jest połączony solidarnością, że solidarność wiąże się ściśle ze sprawiedliwością, a z kolei sprawiedliwość z równością praw i obowiązków, i wreszcie, że takim lepiszczem dobrze funkcjonującego narodu jest także empatia, szczególnie wobec najsłabszych”. Czyli partia ma być skromna i służyć ludziom.

Uporczywe powtarzanie haseł empatia, solidarność, pomoc słabszym nie wzięło się znikąd. Kaczyński stara się je wdrukować w głowy podwładnym z dwóch przynajmniej powodów. Po pierwsze, doskonale wie, że idą trudne czasy i sprawy bytowe będą najważniejsze. Trzeba więc zająć na scenie politycznej takie właśnie miejsce – ugrupowania, które troszczy się o najsłabszych. Ma tę troskę w sercu. Po drugie, ludzie PiS są w swoich miejscowościach na świeczniku. Są obserwowani, sąsiedzi widzą, na co ich stać, jak się zachowują – i wyciągają wnioski.

Cóż, parę dni po konwencji sprawdziły się obawy Kaczyńskiego, jak mogą się prowadzić politycy Zjednoczonej Prawicy. Minister w kancelarii premiera Michał Cieślak, postać w obozie prawicy trzeciorzędna (ale minister), udał się na pocztę w Pacanowie. Tam zauważyła go naczelniczka poczty i zaczęła narzekać na drożyznę. Rozmowa najprawdopodobniej przerodziła się w kłótnię, tego nie wiemy. Ale wiemy, że po wyjściu z budynku Cieślak zadzwonił do dyrektora poczty w Kielcach, skarżąc się na naczelniczkę. Miano ją dyscyplinarnie zwolnić. Sprawa trafiła do mediów, została nagłośniona, w efekcie Cieślak na żądanie Kaczyńskiego złożył rezygnację. Naczelniczka na razie ocalała.

Tak oto mogliśmy zobaczyć, jak działa rządząca prawica. Że jej politycy nie chcą rozmawiać z ludźmi, traktują ich z góry, czują się ich panami i tę władzę wykorzystują. Mściwie. By jednym telefonem pozbawić kogoś środków do życia.

Na takich ludzi się nie głosuje, takich ludzi się nienawidzi i czeka na czas rewanżu. Pytanie tylko, czy Kaczyński swoją interwencją, a wcześniej przemówieniem podczas konwencji, coś tu zmieni. Czy nie jest już za późno?

Nauki Jarosława, czyli poradnik agitatora

Kaczyński wezwał swoją armię do „pójścia w lud”, do obrony PiS i dał jej broń. Ta broń to jego przemówienie, jego wersja historii III RP i opowieść o rządzie Mateusza Morawieckiego. „Jak my tego nie powiemy, to nikt tego nie powie”, tłumaczył. To ściągawka, co ludzie PiS mają klarować swoim wyborcom.

W jego opowieści historia III RP to walka dwóch obozów – patriotów oraz obozu zdrady narodowej i złodziejstwa. Ci drudzy prowadzili politykę „mikromanii narodowej”, ulegali Rosji i Niemcom i tolerowali rozkradanie kraju. PiS, czyli patrioci, położyło temu kres. „Nasi poprzednicy mówili, że nie ma na nic pieniędzy – gardłował. – Myśmy zdiagnozowali sytuację, że pieniądze są, ale są kradzione”. W ten sposób wrócił do hasła Beaty Szydło „Wystarczy nie kraść”.

PiS – jak dumnie ogłosił Kaczyński – nie kradnie. Dochody państwa są o ponad 200 mld zł większe niż w roku 2015. Te pieniądze PiS może przeznaczyć na programy społeczne.

I o tych programach opowiadał. 500+ i inne wydatki prorodzinne, 13. i 14. emerytura, podwyższenie płacy minimalnej z 1750 zł do 3 tys., „reindustrializacja” Polski poprzez powrót wcześniej zlikwidowanych połączeń autobusowych, urzędów pocztowych, komisariatów… Zobaczyliśmy wielki sztandar, pod którym PiS chce iść do politycznego boju – transfer środków do seniorów, ludzi mniej zamożnych, także tych mieszkających w mniejszych miejscowościach.

Ale ponieważ jest tak, jak mówił jeden z mózgów PiS, niedawno zmarły prof. Waldemar Paruch, że polityką gospodarczą wyborów się nie wygrywa (ale można przegrać), Kaczyński dorzucił do tego – też zgodnie z sugestiami Parucha – pakiet „godnościowy”. Czyli opowieść o wyjątkowej Polsce i świetnie działającym państwie. Proszę bardzo – państwo znakomicie sobie poradziło z pandemią, bo „nikt na ulicach nie umierał”. Państwo rzuca rękawicę Niemcom, budując Centralny Port Komunikacyjny, i zobaczymy, kto wygra – Berlin czy Warszawa! Godnościową inwestycją jest również przekop Mierzei Wiślanej. A miłym wzmacnianiem narodowego ego są słowa, że nikt bardziej nie pomaga Ukrainie niż Polska. Że uwolniliśmy się od zależności od rosyjskiego gazu i ropy. I że zbudujemy taką armię, której wszyscy będą się bać.

Sprawczość. Co zapowiemy, to zrealizujemy – ten element Kaczyński pielęgnuje. Doskonale wie, że to przeświadczenie, że polityk może, jest podstawą jego siły.

W tej opowieści musi być wróg, ten zły, który przeszkadza. I oczywiście jest. To opozycja, która kłania się obcym i na Polskę obcym donosi. To też Putin, który najechał Ukrainę. Dlatego mamy „putininflację” i wydatki na obronność. No i są Niemcy, które się zbroją, choć – jak rzucił prezes parę dni później – nie wiadomo, przeciwko komu…

Czy taki przekaz, że to my dajemy ludziom najwięcej, że to my jesteśmy jedyną patriotyczną siłą, a opozycja to powrót polityki ugiętego karku i ciemnych interesów, trafi do wyborców? Czy triada: silny przywódca, który spełnia obietnice i twardo gra, partia, która jest skromna i chce rozmawiać z ludźmi, oraz program transferów i patriotycznego wzmożenia, okaże się politycznym złotem?

W każdym razie karty zostały wyłożone na stół, wiemy, co ludzie PiS w najbliższym czasie będą mówić wyborcom. I jakie tematy będą pomijać…

Czego prezes nie powiedział

Przemówienie Kaczyńskiego było długie, ale jeszcze dłuższa jest lista spraw, które poprzekręcał bądź pominął. Na przykład chwalił się sukcesami w walce z COVID-19. Tymczasem wiadomo, że sukcesów tu nie było, tylko pełna klęska – świadczy o tym fakt, że Polska (razem z Rumunią) jest liderem, jeśli chodzi o ponadnormatywne zgony w czasie pandemii.

Chwalił się budową mieszkań, choć każdy choć trochę zorientowany wie, że dla rządu ta sprawa to klęska. Że mieszkania są, owszem, ale za gotówkę i kredyty, a program Mieszkanie+ leży… Tu prezes przyznał, że więcej budowało się za Gierka.

Polski Ład, który miał być Wunderwaffe PiS, a który został już złożony do politycznego grobu, w ogóle nie był wspominany. Podobnie jak starania w sprawie Krajowego Planu Odbudowy. Te miliardy euro dla Polski – będą czy nie będą? Ziobro Polsce nie szkodzi? A co z sędziami?

Wiele dało do myślenia pominięcie innych wątków. Smoleńsk? Jeszcze w kwietniu chciał Kaczyński stawiać Tuska przed sądem, bo „był zamach”. Teraz jakby o sprawie zapomniał… Polska Ludowa? Agenci? Temat ewidentnie spadł z agendy, Kaczyński nie chce odświeżać tu żadnych wojen. Prawa kobiet? Ten temat też pominął, zresztą co ma w tej sprawie do zaoferowania? Kościół? Jeszcze niedawno mówił, że bez Kościoła nie ma narodu, że to główne spoiwo naszej historii i naszej tożsamości. Ba, wzywał do obrony świątyń. Teraz – cisza. Jakby wiedział, że nie ma nic do ugrania.

Ewidentnie uznał, że sprawy bytowe, drożyzna, inflacja, które najmocniej uderzają w wyborców PiS, będą najważniejszym polem politycznej bitwy.

Zresztą pola tej bitwy stara się wyznaczyć i opozycja. Donald Tusk przy każdej okazji wypomina ceny benzyny. I pyta, czy Jarosław Kaczyński je zna. Zapowiedział również, że gdy PO przejmie władzę, legalna będzie aborcja do 12. tygodnia ciąży. I w tej sprawie „ma decydować kobieta i lekarz, a nie ksiądz”. Swoje dorzuca lewica, lansując hasło „Mieszkanie prawem, a nie towarem”.

PiS jest więc mocno ostrzeliwane i, dodajmy, salwy idą z lewej strony. Wszystkie siły nagle chcą być blisko ludzi i troszczyć się o ich sprawy. Tu i teraz. A nie w przyszłości. Spodziewajmy się zatem wyścigu w kierunku haseł lewicowych i w kierunku polityki współczującej. Empatia. Obok wojennego zagrożenia to będzie motyw przewodni politycznych gier w najbliższym czasie.

r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl

Fot. REPORTER

Wydanie: 25/2022

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy