Przejechałem człowieka

Przejechałem człowieka

W ubiegłym roku kierowcy zabili 5700 osób. Rozmowy ze sprawcami wypadków

Zakład Karny w Hrubieszowie otacza ponury mur. Mariusz S. z okna celi ma widok na ten mur. Nad łóżkiem powiesił kilka zdjęć z przeszłości. Zdjęcie dziewczyny zdjął. Przestała przyjeżdżać po trzech latach. Mariusz ją rozumie. Przecież to nie parę dni, tylko 10 lat czekania. Przesiedział już pięć i pół roku. Wtedy miał 23 lata, dziś 28… – Jakoś trzeba żyć. Najważniejsze, że rodzina się nie odwróciła – Mariusz S., ładny chłopak w więziennym uniformie, niepewnie wyciąga do mnie rękę. Jakby czuł, że nie zasługuje na podanie ręki. Wysportowany. Bo tu dużo się ćwiczy, żeby nie zwariować. Każda czynność po paru miesiącach robi się nudna. Wtedy Mariusz „zaczyna nowy kapitał”, miesiącami czyta książki, potem miesiącami rozmawia ze współwięźniami w celi. Tak w kółko.
Siedzimy naprzeciwko siebie przy więziennym stole. Normalnie żył. Od lat 80. w Niemczech, gdzie wyjechał z rodzicami. Skończył niemiecką szkołę, nigdy nikomu nie zrobił krzywdy, nigdy nie szarżował, nie zapłacił mandatu. Był rok 1999. Bum na sprowadzanie aut z Zachodu. Można powiedzieć, że Mariuszowi się powodziło. Kupił dżipa, w Poniatowej poznał fajną dziewczynę. Akurat przyjechał do niej na majowy weekend. W sobotę, dzień przed tym, jak stracił wszystko, złamał swoją zasadę i dał się namówić chłopakowi w barze, żeby wsiąść do auta po piwie. Tamten tłumaczył, że to tylko parę metrów. Pili prawie do rana. Rano wsiadł znowu. Też podjechać tylko kawałek, do knajpy, gdzie miało być fajnie… – Niewiele pamiętam. Tyle, że droga była kręta. Tamten chłopak odkręcił szybę i zaczepiał dziewczyny. Pamiętam, że irytował mnie, bo cały czas zmieniał kasety. Przytomniałem na kawałkach tej drogi. Pamiętam, że on coś powiedział i spojrzałem na niego. Akurat był łuk w lewo. Do tej pory nie wiem, czy to było w tym momencie. Za łukiem szły poboczem trzy osoby. To był ułamek sekundy, takie tępe uderzenie. Tyle pamiętam. Uciekłem w kierunku rzeczki. W głowie miałem myśl, żeby jak najdalej się od tego oddalić – patrzy na mnie, czy rozumiem, że nie chciał uciekać. – Przy brzegu stali wędkarze. Wzięli mnie za ręce i nogi i zanieśli do wsi. Ocknąłem się znów, jak zobaczyłem nad sobą siekierę. Nie zdążyli mnie zlinczować, bo nadjechała policja. Miałem 2,5 promila. Zabiłem babcię, jej córkę i wnuczka. Ponoć dwie osoby zabrałem ze sobą, w kołach. Ponoć ciągnąłem jakieś 50 m. Jedna przeleciała mi nad głową.
Mariusz nie wie, ilu bliskich zostawiły. W liście do nich prosił, żeby znaleźli w sobie siłę, by przebaczyć. Ale list nie dotarł. Ponoć został zatrzymany w prokuraturze. Mariusz to też rozumie: – Postawiłby mnie w lepszym świetle, a prokurator jest od tego, by wywalczyć najwyższy wymiar kary. Życie ludzkie to poważna rzecz.
W sądzie widział starszego pana, pewnie męża babci, ojca i dziadka. Chciał spojrzeć mu w twarz, ale tamten nie chciał. Potem przestał go widywać na rozprawach. Słyszał, że się powiesił.
Mariusz często opiera głowę na łokciach. Jakby chciał pomóc głowie wytrzymać te myśli. – Nie jestem mordercą. Morderca planuje przestępstwo. To był straszny wypadek, coś, co nie miało się stać… Najbardziej mnie boli, że to był pierwszy raz. W więzieniu mówią, że jak ktoś długo jeździ po pijaku, umie sobie podjechać ze sklepu do pracy, z pracy do domu. Ktoś, kto nie jest przyzwyczajony, nie dojedzie daleko.
W lutym pierwszy raz od pięciu lat był za tą bramą. Stanął i przytrzymał się ramienia kuzyna. Ze strachu. A świat wydał mu się taki wielki…
Zaczął się uczyć w szkole w Lublinie. Żeby przyzwyczajać się do normalności. Nie, nie pojedzie na ten grób, jak skończy odsiadkę. Pojechałby i co?

Jezu, zabiłem człowieka!

Młodzi, ambitni, lubią życie. Dużo bardziej niż dorośli. Nawet piją inaczej. Szybciej. Życie zmienia im się zwykle z soboty na niedzielę. Bo najgorzej jest w sobotnią noc, gdy wracają z dyskotek, w niedzielny poranek, kiedy „zmuleni” sobotnim kacem przemieszczają się do następnej knajpy, i w święta, gdy zjeżdżają ze szkół do domu i objeżdżają imprezy, gdzie można spotkać znajomych. Lubią grać policji na nosie.
Kpt. Janusz Krotkiewicz, kierownik działu penitencjarnego Zakładu Karnego w Hrubieszowie, pokazuje statystyki: – 28 lat, 26, 22, 27, 29… Obecnie 14 osób siedzi za zabicie na drodze człowieka. Wszyscy młodzi. Starszym to się zdarza rzadko. Typowy skazany: student, maturzysta, właśnie rozpoczął naukę lub pierwszą pracę, rokujący, dobry dom, bardzo dobra opinia, niekarany. Wszyscy z terenu lubelskiego. Mają prawo odbywać karę jak najbliżej miejsca zamieszkania. Typowy scenariusz: impreza, popis przed dziewczyną, wzięcie kluczyków bez wiedzy rodziców, szybkość niedostosowana do łuku drogi i nietrzeźwość.
Skazani za wypadek ze skutkiem śmiertelnym dostają coraz surowsze wyroki – sześć, osiem lat. Ale trudno mówić, że są surowe, gdy chodzi o ludzkie życie. – Do połowy lat 90. dostawali trzy i pół roku do czterech lat, a po jednej trzeciej wyroku mogli się ubiegać o warunkowe zwolnienie – mówi kpt. Krotkiewicz. – Presja społeczna wymusiła na wymiarze sprawiedliwości, że kara wzrosła dwukrotnie.
Są sprawcami co czwartego wypadku, który miał miejsce w weekend. Statystyki potwierdzają, że młodych zabójców jest najwięcej. W 2004 r. kierowcy w wieku 18-24 lata zabili „mimo woli” 993 osoby, kierowcy w wieku 25-39 lat – 1482. W następnych przedziałach wiekowych statystyki spadają o więcej niż połowę.
W więzieniu nazywają ich „petka”. „Petka” to odbywający karę po raz pierwszy. Najpierw trafiają do celi przejściowej na 14 dni. Zabierają ze sobą jedną parę spodni, dwie koszule i gryzące sumienie. Potem do grup półotwartych zwanych P-2, to między innymi znaczy, że w określonych godzinach mają otwartą celę.
„Pierwszy raz” w więzieniu w Hrubieszowie traktuje się łagodniej: – Są najczęściej angażowani w prace społeczne w zakładzie. Obsadzani przy remontach, w pralni, radiowęźle. Słowem, wykorzystujemy to, że wcześniej prowadzili normalne życie – mówi Krotkiewicz. – Są lepiej wykształceni od reszty więźniów, mają zainteresowania, umiejętności. Z reguły cieszą się wśród więźniów dużym autorytetem. Bo oni są bardzo wyczuleni na punkcie zaufania. Recydywista nie zaufa komuś takiemu jak on sam, czyli rasowemu przestępcy. Ale zaufa zabójcy drogowemu, bo wie, że ma inne wartości niż jego środowisko.
Niektórzy nie wytrzymują. Janusz Krotkiewicz opowiada o dwóch skrajnych przypadkach reakcji na więzienie: – Student z dobrego domu, taka lokalna elita, wychowany w kulcie pieniądza. Zabił, jadąc po narkotykach. Wśród więźniów jest zasada, że jak ktoś wchodzi pierwszy raz do celi, opowiada, co zrobił. Ten mówił: „Szły dwie k… to je wziąłem rozjechałem”. Nigdy nie widziałem takiego cynizmu. Odwrotny przypadek: chłopak dostał pierwszą pracę. Za pierwsze zarobione pieniądze kupił malucha. Szczęśliwy, zachłyśnięty, że tak się życie układa, wypił z kolegami piwo. Zabił dwie dziewczyny. Trafił tu na skraju załamania. Co zrobi, gdzie wróci, jak spojrzy ludziom w twarz? Mówił, że ze sobą skończy. Ci, którzy świadomie dokonują przestępstw, pobyt tu mają wpisany w ryzyko zawodowe. Dla nieumyślnych zabójców drogowych pierwsza faza w więzieniu jest nie do zniesienia. Jak postawiona nagle w życiu gruba kreska. Budzą współczucie – przyznaje.
Jak Arkadiusz G., o którym więźniowie mówią, że nie jest stworzony do kryminału. Że zrobili mu krzywdę.

Czy on też miał dzieci?

12.00. Arkadiusz G., 22 lata, ceruje na maszynie ręczniki. Rwą się, ale to dobrze, bo jest co robić, a jak robisz, to nie myślisz. Pierwsze dziewięć miesięcy, gdy nie wychodził z celi, nie myślał o niczym innym, tylko o tamtym. Godzina spaceru i znów kraty. Już się nauczył podstawowych rzeczy, czyli co trzeba wiedzieć, jakich słów nie używać, jak zabijać czas. O 14.30 wraca do celi, włącza 14-calowy telewizor i do rana musi przeczekać myśl, że zabił człowieka. Czasem kładzie się na kozetce i zastanawia się, czy tamten mężczyzna też miał dzieci. Czy miał dom? Był Ukraińcem, miał 34 lata. Wiózł ludzi na prace zarobkowe.
Jeszcze rok temu, 24 czerwca, Arkadiusz G. nie zastanawiał się nad tym, że ma wszystko. Żonę, pracę w fabryce mebli w Biłgoraju, pięciomiesięczne dziecko, że zaczął studia na politechnice w Rzeszowie. Za trzy dni mieli się przenieść do nowego domu… Rzadko pił. Nigdy gdy prowadził. Gdyby wiedział, że po czterech piwach rano alkomat coś jeszcze wykaże, wziąłby wtedy urlop. Był środek tygodnia. Odpust na św. Jana. Potem zabawa, jak to we wsi. O północy Arkadiusz G. poszedł spać. Przed szóstą ubrał się i wsiadł do auta. Ten Ukrainiec nadjechał z przeciwka. Obrońca co mógł, to zrobił, mówił, że Arkadiusz G. był uczestnikiem, a nie sprawcą. Dostał pięć lat. Miał 0,5 promila.
– Nie było innego wyjścia, jak się oswoić – odkłada ręcznik na stertę. – Bo jakby się nie przyzwyczaić, to co? Zwariować? Najtrudniej było się nauczyć siedzieć w zamknięciu. Tak siedzieć dla samego siedzenia. W domu to nie do pomyślenia. I rozstać się z żoną. Pół roku po ślubie…
Przyjeżdża co miesiąc na widzenia. Też poszła na studia, żeby nie siedzieć i nie myśleć. Czasem przywozi syna. Siadają w wydzielonym miejscu przy stoliku i rozmawiają o przyszłości. Ale do tego, co było, nigdy nie będzie powrotu. – Nikt mnie nie zapyta, za co siedziałem, czy chciałem, czy nie. Wystarczy, że siedział, czyli kryminalista – ale wydaje mu się, że wyjdzie taki sam, że więzienie nie zmieni go na gorsze.
W więzieniu mówią, że ważne jest właściwe sklasyfikowanie skazanych. Starają się, aby tego typu więźniowie nie siedzieli w jednej celi np. z mordercami. Wiek i doświadczenie więzienne to jedne z najważniejszych kryteriów tej klasyfikacji. Ale jak wychowywać takich jak Arkadiusz G? Jaką funkcję pełni kara, gdy za kratki trafi ktoś taki? Por. Paweł Różyński, wieloletni wychowawca, obecnie zastępca kierownika działu ochrony Zakładu Karnego w Hrubieszowie, przyznaje, że czasem trudno wtedy znaleźć sferę, na którą można by skutecznie oddziaływać. Bo jak socjalizować człowieka, który przychodzi z normalnego świata? Wtedy ważne jest, żeby stąd nie wyszedł gorszy. – Mam wrażenie – mówi Paweł Różyński – że gorzej znoszą izolację więźniowie wywodzący się z normalnie funkcjonujących rodzin, o wyższym poziomie intelektualnym, ci, którzy – jak to się mówi w więzieniu – mają do czego wracać. Najtrudniej na początku, przez cztery pierwsze miesiące. To fizyczny szok: pierwszy raz są w więzieniu, odizolowani od rodzin, mają stół, kozetkę i niezbędne przedmioty z wolności, raz w tygodniu łaźnię. Wśród obcych funkcjonariuszy i nowych twarzy tych, o których myślą „przestępcy”. Nauka więzienia trwa długo. Potem coś w nich pęka. Często zastanawiałem się nad tym, czy więzienie ich wypacza. Myślę, że nie ma twardziela. Może oni o tym nie mówią, ale na pewno pozostaje w nich coś traumatycznego. Stygmatyzacja zostaje również w otoczeniu. Najwięcej zależy od rodziny. Czy tu przyjeżdża, jak to przyjmie. Jak nie ma gdzie wrócić i nie ma planów na przyszłość, niebezpieczeństwo pustki jest ogromne. Czasem wraca do środowiska na wolności i już jest nikim. A tu jego pozycja po kilku latach była „jakaś”.

Czy jestem zły?

Stęchły zapach więzienia miesza się z zapachem gotowanej na obiad kaszy.
– Podobno to nie był jakiś dobrotliwy człowiek. Podobno lubił wypić – Michał P., zatrudniony jako pomoc w pralni, suszy więzienne ubrania na parownicy. Analizuje, szuka czegoś, co sprawi, że będzie mu lżej. Czasem układa w myślach list do jego rodziny. Ale nie wyśle. Nie chce rozdrapywać. Ma 27 lat, wygląda na więcej. Bo miesiąc za kratami to jak rok na wolności. Już dwa lata, jak tu trafił. Przywykł. Czasem próbuje wczuć się w to, co myślą o nim rodziny zabitych. Pewnie myślą: zły. Tak jak sąsiedzi. Mówi o sobie: „spalony w Hrubieszowie”. W grudniu był po raz pierwszy na przepustce. Czuł się tak, jakby go wypuścili z klatki i powiedzieli: rób co chcesz. Jakby psa wypuścić z budy. Nikt nie odezwał się w bloku, nie próbował zrozumieć, co czuje. – Myślą: ty jesteś bandyta, bo siedzisz w kryminale – mówi ze zrozumieniem. Nawet nie wychodził z domu. Raz wyszedł i nie poznawał znajomych, większość już po ślubie, z dziećmi.
Michał P. pracował w Warszawie przy wykańczaniu mieszkań. Akurat przyjechał na urlop. Lubił się pobawić, jak zjeżdżał. – Była sobota. Wypiło się kilka piw, spotkałem kolegę, potem „pękło” wino w parku. Nie wiem do dziś, co mną kierowało. Wziąłem kluczyki od auta ojca. Była paskudna jesień. Jeszcze wypiłem piwo. Nie zmieściłem się w zakręt i wyrzuciło mnie na drugą stronę, gdzie dwie osoby szły pieszo z rowerami. Jedna przeleciała przez samochód. Zatrzymałem się i przykryłem ją kocem. Po siedmiu dniach ten człowiek dostał zawału. Napisali, że z powodu wypadku. Jeszcze na miejscu wypadku przepraszałem, ale córka tego człowieka krzyczała, że jestem mordercą. Też bym nie przyjął takich przeprosin. Od mordercy. Bo siąść za kierownicą po pijaku, to tak jakby wziąć załadowany pistolet do ręki. Zdecydowałem się dobrowolnie poddać karze.
Już sam nie wie, czy jest zły. Więzienie nauczyło Michała dużo. Na wolności myślał, że morderca z 25-letnim wyrokiem to bandyta. Siedział z takimi w celi: – Wolę ich od kurduplów, co okradają kieszenie albo biją swoje baby. Mordercy potrafią zrozumieć wszystko. Nie zadają pytań: dlaczego, jak, czy się poczuwasz. Wiedzą, co to znaczy zabić człowieka.
Czy będzie gorszym człowiekiem? – Boję się, że tak. Kiedyś bałem się więzienia, bo nie wiedziałem, jak tu jest. Dziś nikt mnie kryminałem nie przestraszy.
Najgorsza jest pewność, że za trzy i pół roku wyjdzie. Tamten nie. – Zwrócić czasu się nie da. Nie wiem, czy będę umiał żyć. Spróbuję. Jak będzie, nie wiem.

Tacy młodzi, tacy głupi

Areszt Śledczy w Hajnówce. Trzaskają za mną drzwi wysokiej bramy. Tu też siedzi ich coraz więcej. Nazywani są mordercami sobotniej nocy. Wrzucani do cel, gdzie jest miejsce.
Kpt. Artur Cyruk, wychowawca więzienny w Hajnówce, mówi: – Według unijnych przepisów, ważne są względy formalne, by młodociany siedział z młodocianym, niepalący z niepalącym. Czasem musimy przenieść 12 osób, żeby wsadzić do celi kogoś zgodnie z przepisami. Absurd polega na tym, że to, czy kierowca trafi do celi z mordercą albo gwałcicielem, jest na drugim planie.
Ponurym korytarzem wraca z niedzielnej mszy w ekumenicznej kaplicy Jarosław K. Jak większość we wsi Kleszczele jest prawosławny. Zawsze się modli za tego, co zginął. Choć nie wie, czy w ogóle wypada mu się modlić. Klawisz odnotowuje powrót w zeszycie. Trzask krat. Jarosław K. był na ostatnim roku stosunków międzynarodowych. Za tamtą podróż dostał trzy lata… Nie miała być ostatnia. – Był ślub ciotecznej siostry. Wsiadłem do auta tylko domknąć szybę. Ojciec z Belgii przywiózł to auto. Puegot 306. „A co będę szedł”, pomyślałem. Kuzyn prowadził, gdy wracaliśmy do domu. Zatrzymaliśmy się, żeby kupić jeszcze po piwie. „Mały” nie mógł odpalić. Mówię mu: „Wysiadaj”. Pamiętam tylko, jak wystrzeliły poduszki. Potem już nic. Chyba uciekałem. Ale daleko nie uciekłem. W szpitalu przypadkiem ktoś mi powiedział: zginął brat panny młodej, a brat kierowcy jest sparaliżowany.
W sądzie ojciec zmarłego kuzyna poklepał Jarka po ramieniu i powiedział: „Trzymaj się”. Pójdzie do niego, jak wyjdzie, ale nie wie, co powie. To nawet lepiej, że siedzi. Nie chce patrzeć w domu na sparaliżowanego w tym wypadku rodzonego brata. Tamten zginął, ten musi żyć. Raz zadzwonił i brat odebrał telefon. Też powiedział: „Trzymaj się, jakoś będzie”.
– Niech pani napisze, że żałuję – za Jarkiem zamykają się drzwi z judaszem.
Zza krat jest widok na cerkiew. Za cerkwią jest las… – Najgorzej siedzi się latem – Cezary M., 25-letni ogolony chłopak, roznosi posiłki. To zawsze odmiana. Trzy razy dziennie człowiek wychodzi z celi, widzi nowe twarze. A jak się zmęczy, to dłużej śpi. Na wolności, gdy był właścicielem dyskoteki pod Augustowem i zarabiał pieniądze, nie lubił marnować czasu. Tu czas i tak stoi. Od trzech i pół roku. Dostał cztery i pół i zakaz prowadzenia na pięć lat. – Straciłem dużo czasu – zastanawia się. – Gdy lokal zaczął prosperować, miałem plany. Wszystko się skończyło.
To nigdy nie miało się wydarzyć: – Była już niedziela nad ranem. W sobotę, gdy wychodził ostatni gość, robiłem imprezę dla znajomych. Nikt wtedy nie chciał wracać, to wsiadłem. Nie wiem, ile wypiłem, ale nie czułem, że padam na nos. To był prosty odcinek drogi, ani zakrętu, ani nic. Usłyszałem puknięcie. Zatrzymałem się dopiero na stacji CPN zobaczyć, co z autem. Wypadło tylko szkło z lusterka. Po miesiącu dowiedziałem się, że zginął rowerzysta. Sam się zgłosiłem. Musiał w coś uderzyć. W co? – powtarza. – Pamiętam, że wjechał mi pod koła. Nikt nie zbadał, czy był pijany.

Ano, stało się

Trzask drzwi od celi. Bogdan O., 25 lat, siedzi tu już od 16 miesięcy. Jechał z Grójca, gdzie pracował, do wioski pod Brańskiem na Wszystkich Świętych. Piwo na rozruch wypił już w drodze. Potem kolejne. – Co mi strzeliło, żeby jechać do dziewczyny? Słyszałem tylko huk. Była mgła. Uciekłem do lasu schować auto. Schyliłem się, żeby wyciągnąć radio, i pod siedzeniem pasażera zobaczyłem głowę. Nie wiem, jak tu wpadła. Nakryłem głowę pokrowcem i wróciłem odciągnąć w pola tułów. Już była niedziela. Rano poszedłem do kościoła i wydawało mi się, że wszyscy już wiedzą. Dostałem pięć lat – Bogdan najbardziej żałuje sam siebie.
W Polsce jest 4,5 mln kierowców w wieku 18-24 lata. W Hajnówce siedzi kilkunastu. Artur Cyruk mówi, że znają się z dyskotek, na które podkradają samochód ojca, żeby przyszpanować. Lubią jeździć szybko, bo wtedy piszczą: – Często na rozmowie wstępnej pytają, czy siedzi taki i taki i czy można do niego dołączyć. Sporo koresponduje z więzienia z rodzicami na Zachodzie. To zwykle chłopaki z Łomży, Zambrowa, Siemiatycz. Większość rodziców z tych miasteczek siedzi w Stanach lub w Belgii. Wysyłają dzieciom pieniądze, fundują superfurę, a dzieci żyją. Potem przyjeżdżają do aresztu. W tej okolicy funkcjonuje nawet opinia, że lepiej nie kupować auta z Siemiatycz i Zambrowa, bo jest zajeżdżone przez małolatów.
Są różni. Czasem mają poczucie winy, najczęściej idą w zaparte, że to zły los, mówią: „Ano, stało się”. Często uciekają z miejsca, myślą, że wytrzeźwieją. Potem tłumaczą, że napili się już po zdarzeniu, z szoku. Póki są w areszcie tymczasowym, większość jest niewinna: – Siedzą, szukają sposobów, żeby przedłużyć postępowanie, jeden drugiemu w celi udziela porad prawnych – opowiada Artur Cyruk. – Znają świetnie prawo ze swoich przypadków. Tu mają dużo czasu na refleksję, bo areszt tymczasowy trwa długo, nawet rok.
W 1998 r. wraz z nowym kodeksem karnym weszła w życie instytucja dobrowolnego poddania się karze na wniosek oskarżonego. W Stanach Zjednoczonych ogromny procent spraw rozstrzyganych jest na tej drodze. U nas to jeszcze rzadkość.
Areszt w Hajnówce jako jedyny w Polsce wprowadził program readaptacji społecznej więźniów z krótkoterminowymi wyrokami za jazdę po pijanemu. Niezdemoralizowani, którzy zawinili „niechcący”, od niedawna sprzątają pobliski cmentarz żydowski. Artur Cyruk nie wie, czy kara w celi ma jakiś sens. – Dla tych chłopaków to już koniec. Do końca życia nikt ich nie zatrudni. Wychowuje? Nie sądzę, by więzienie zmieniało na lepsze. To nie zasługa więzienia, ale czasu, że 19-latek, który wychodzi stąd, mając 23 lata, inaczej patrzy na życie. Izoluje? Tak, ale po co izolować kogoś, kto nie planował zrobić nic złego? Może w zadośćuczynieniu jest najwięcej sensu, bo społeczeństwo oczekuje, żeby poniósł karę. Kiedyś ksiądz prawosławny proponował nam, żeby w ramach kary pracowali u niego w domu opieki społecznej. Bo pobyt tu na pewno wypacza. Po trzech latach następują już zmiany w psychice.

Bo kierowca był trzeźwy

Złożona piżama na poduszce, nierozpakowany plecak, tylko wyjęte na biurko ostatnie klasówki… W pokoju Piotrka wszystko zostało jak 17 grudnia tamtego roku. W piątek wrócił ze szkoły i umówił się z przyjaciółmi zaplanować sylwestra. Przechodzili na pasach w Łomiankach, pod tablicą z pulsującym pomarańczowym światłem „kierowco, zwolnij”. Kierowca nie zdążył zwolnić. Piotrek odbił się od maski i poleciał na barierki, które oddzielają dwa pasy ulicy. Samochód musiał jechać szybko, bo Piotrek leżał 12 m od miejsca, gdzie stał. To była makabryczna śmierć. Rodzina zidentyfikowała go po szczegółach.
Janina Wilewska, matka Piotra, nigdy nie poznała mężczyzny, który jechał. Myśli czasem o tym człowieku. Co czuje? Może dla niego to też dramat? – Nie ma we mnie chęci zemsty. Tylko dlaczego nie próbował przeprosić? Może poczułabym ulgę? Może tak mi się tylko wydaje? Może bym mu powiedziała, jak ciężko wejść do tego pokoju. Jak ciężko opisywać faktury, które zwraca ubezpieczyciel z OC sprawcy, która faktura jest za buty, która za garnitur, pytają, pytają, jakim syn był człowiekiem, czy mam inne dzieci. To nieludzkie.
Osiwiała w tydzień kobieta niewiele z tamtych dni pamięta. Gdy odbierała rzeczy syna na komendzie, zapytała, czy sprawca jest zatrzymany. Powiedzieli, że nie, bo „kierowca był trzeźwy”. Pewnie z dziećmi spędzał święta. W aktach wyczytała, że ma dwójkę dzieci. – Ciągle słyszę od policji: „Był trzeźwy”. Nie mogę się pogodzić, że to argument, który usprawiedliwia. Nigdy się nie dowiem, kim byłby mój syn. Miał 17 lat, 11 miesięcy i jeden dzień.

*
Młody kierowca na forum internetowym
„Ziomek depnął na 140. Tak nami, k… na zakręcie rzuciło, że mało zębów nie wybiłem, jak otwierałem browara. Nagle patrzymy: pałki. Ziomek po hamulcach, kierownica w lewo, obrót na ręcznym i spierd… w osiedlową uliczkę. Patrzymy, a tu k… jedziemy pod prąd. Złapali nas no i prawko poszło się j…”.

***

Wina i kara
Mecenas Tadeusz Wolfowicz jest obrońcą oskarżonych o spowodowanie wypadków drogowych.
– Wstrząsnęło panem słowo zabójca, którego użyłam przez telefon…
– Bo to nie są zabójcy. Spowodowanie wypadku drogowego ze skutkiem śmiertelnym (art. 177 par. 2 kk) – niezależnie, czy w stanie nietrzeźwości, czy nie – jest zawsze przestępstwem nieumyślnym. Określenie „zabójstwo na drodze” jest niedopuszczalnym uproszczeniem. Można oczywiście rozważać problematykę świadomości osoby decydującej się na zajęcie miejsca za kierownicą w stanie nietrzeźwym, nie zmienia to jednak podstawowego założenia, że sprawca wypadku drogowego ponosi odpowiedzialność karną za przestępstwo nieumyślne.
– Jak tego rodzaju przestępców traktują polskie sądy?
– W 80% spraw zapadają w Polsce wyroki z warunkowym zawieszeniem wykonania kary pozbawienia wolności i to reguła prawidłowa. Tzw. kary bezwzględne są związane z wypadkami ze skutkiem śmiertelnym, gdy sprawca był w stanie nietrzeźwym bądź uciekł z miejsca wypadku. Niemniej zdarza się, że sprawca nie był pod wpływem alkoholu, ale skutki wypadku są tak dramatyczne, że sądy decydują się na kary bezwzględne.
– Jak się broni tych młodych, bezmyślnych chłopaków? Co może być okolicznością łagodzącą? Młodość, dobra opinia, skrucha?
– Nie broni się ich inaczej niż innych kierowców. Drugorzędną, choć akcentowaną przeze mnie sferą jest młody wiek. Sam ustawodawca dla sprawców młodocianych, którzy nie ukończyli 24 lat, nakazał, że kara ma być wychowawcza, a nie prewencyjna. Natomiast szafowanie argumentem, że kierowca nigdy nie był karany, jest nietaktyczne i mija się z celem. Jak można epatować sąd, że niekaralność to szczególny wyróżnik, skoro w przypadku młodego wieku powinna być stanem normalnym?
Środkami wpływającymi na wymiar kary mogą być za to stopień nietrzeźwości, szybkość nadjeżdżającego pojazdu, analiza czasu pobytu pieszego na jezdni. Gdy dochodzi do potrącenia pieszego na środku pasów przy czerwonym świetle dla ruchu kołowego, trudno mi używać argumentu, że sprawca był dobrym człowiekiem.
– Czy wypadek zmienia ich życie?
– Jest na pewno wstrząsem dla samego sprawcy wypadku. Ale jego dramatem jest także wyrok skazujący go na karę bezwzględną, czyli więzienie. W tej sytuacji mam wątpliwości, czy należycie jest realizowana funkcja wychowawcza kary. Z prostej przyczyny – większość sprawców wypadków drogowych to ludzie wrażliwi, uczciwi, używając patetycznych słów: dobrzy. I nie ma ich co zmieniać. Dlatego trudno mi sobie wyobrazić, by pobyt w zakładzie karnym dokonał zmian ich osobowości na lepsze. Znaczny wpływ na życie takich sprawców może natomiast wywrzeć dożywotni zakaz prowadzenia pojazdów mechanicznych. To nowa i często krytykowana sankcja stworzona przez kodeks karny. W większości przypadków uważam jej stosowanie za nieprawidłowe. Przede wszystkim z uwagi na brak jakiegokolwiek mechanizmu ustawodawczego, pozwalającego na ubieganie się o zwrot prawa jazdy po pewnym czasie przez sprawcę, który spowodował pierwszy wypadek drogowy. Nawet morderca skazany na dożywocie ma prawo ubiegać się o warunkowe zwolnienie po 25 latach kary. Oskarżony, którego w wieku 18 lat pozbawiono prawa jazdy, nie. Biorąc pod uwagę całe jego przyszłe życie, to tak jakby pozbawić go na zawsze możliwości używania telefonu komórkowego. Trudno przy takim nieodwracalnym zakazie wyobrazić sobie przyszłość młodego człowieka.
EG

 

Wydanie: 32/2005

Kategorie: Kraj
Tagi: Edyta Gietka

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy