„Stoczniowiec” górą

„Stoczniowiec” górą

W sprawie związkowców, w których obronę zaangażowali się Jacek Kuroń i Karol Modzelewski, zapadł pierwszy, pozytywny dla działaczy wyrok sądu

Jacek Kuroń byłby zadowolony – przed kilkoma dniami zakończył się proces przeciwko szefom Związku Zawodowego „Stoczniowiec”. „Działacze nie są winni kierowania nielegalnym strajkiem w Stoczni Gdynia w lutym 2002 r.”, orzekł gdyński sąd. Ponad dwa lata temu taki zarzut postawiła im prokuratura, która wszczęła dochodzenie po doniesieniu złożonym przez zarząd stoczni. Kuroń, obok m.in. prof. Karola Modzelewskiego i Lecha Wałęsy, od samego początku stawał w obronie Leszka Świętczaka, Tadeusza Czechowskiego i Jana Szopińskiego. Nie rozstrzygał przy tym kwestii legalności strajku. „Od tego jest sąd”, mówił, dodając, że jego zdaniem zarząd z prezesem Januszem Szlantą na czele złamał podstawowe prawa pracownicze, wyrzucając wspomnianą trójkę z pracy za zorganizowanie i poprowadzenie trwającego tydzień strajku.

Złamany układ

Protest, o którym mowa, dojrzewał od końca 2001 r. Już wówczas wiadomo było, że przemysł okrętowy czekają ciężkie czasy. W pobliskiej Stoczni Gdańskiej trwały właśnie zwolnienia grupowe, a w listopadzie tego roku zarząd zdecydował się zwolnić 600 pracowników Stoczni Gdynia.
Do eksplozji doszło 18 lutego – spośród 8 tys. pracowników pierwszej zmiany do pracy nie stanęło kilkuset stoczniowców, głównie z wydziału kadłubowego K-3. Robotnicy zaprotestowali przeciwko cięciom socjalnym – niewypłacaniu dodatków stażowych ani funduszu awansowego, zamrożeniu płac, likwidacji dodatków do kwater, hoteli i biletów. Nie spodobały im się również zmiany systemu rozliczania nadgodzin wprowadzane przez zarząd bez negocjacji ze związkami zawodowymi. Miarki dopełniła decyzja o likwidacji wkładki mięsnej do zup regeneracyjnych oraz zakaz sprzedaży ciepłych napojów w barach na terenie zakładu.
– W uzasadnieniu postawionych nam zarzutów mowa była o tym, że udostępniliśmy pomieszczenia związkowe protestującym – relacjonuje Leszek Świętczak. – Tymczasem, zdaniem sądu, związkowcy mają nie tylko prawo, ale i obowiązek bronić praw pracowników. Zatem również udostępnić im własne lokale. Faktem świadczącym przeciwko nam miało być także to, że udzielaliśmy wywiadów mediom, relacjonując przebieg strajku. I ten argument uznano za bezzasadny, bowiem w tym czasie przedstawiciele dwóch pozostałych związków robili dokładnie to samo.
Szefom „Stoczniowca” przypisano również celowe niedopuszczenie do wygłoszenia oświadczenia przez zarząd stoczni. Miano w nim apelować do strajkujących, aby wstrzymali protest. – Według nas to bzdura i sąd podzielił tę opinię – mówi Świętczak. – Sami przecież namawialiśmy zarząd, aby taki apel wygłosił.

Kolejne procesy

Wyrok, który zapadł w ubiegłym tygodniu, nie jest prawomocny. Gdy się uprawomocni, związkowców czeka jeszcze sprawa o przywrócenie do pracy. Postępowanie przed sądem pracy zostało bowiem zawieszone do czasu zakończenia tego procesu. Wszystko jednak wskazuje na to, że związkowcy nie będą mieli problemów z powrotem do stoczni. Janusz Szlanta nie jest już dziś jej prezesem – z zarzutem spowodowania, wraz z kilkoma zastępcami, wielomilionowych strat w zakładzie, czeka na inny proces. Z kolei prokuratura nie zamierza apelować, choć z oficjalnych wypowiedzi wynika, że decyzja o tym zapadnie po zapoznaniu się z pisemnym uzasadnieniem wyroku uniewinniającego.
Jednak nawet taki scenariusz nie oznacza końca sądowych perypetii po strajku sprzed dwóch lat. W marcu 2002 r. szefowie „Stoczniowca” złożyli do prokuratury doniesienie na Janusza Szlantę, zarzucając mu utrudnianie działalności związkowej na terenie stoczni. I choć kilka tygodni później akt oskarżenia trafił do sądu, proces nie zdążył się rozpocząć. – Po wyrzuceniu z pracy nie wpuszczano nas na teren zakładu – opowiada Leszek Świętczak. – Działaliśmy więc pod płotem stoczni, przy stoliku, w namiocie, a później w przyczepie kempingowej. Koledzy z pozostałych związków („Solidarności” i Wolnego Związku Zawodowego Pracowników Gospodarki Morskiej) oraz zarząd stoczni uznali, że ZZ „Stoczniowiec” nie ma własnej reprezentacji. I wystąpili o przyznanie mu kuratora sądowego, który wyłoniłby nowe władze.
„Brak reprezentacji” okazał się wystarczającym powodem, aby i ten proces zawiesić. Ostatecznie jednak sąd rodzinny, który rozstrzyga tego typu sprawy, 30 kwietnia br. orzekł, że szefowie związku pozostają na jego czele i mimo że działali poza zakładem, robili to w pełni legalnie. – Złożyliśmy więc wniosek o wznowienie procesu – mówi Świętczak. – I miesiąc temu otrzymaliśmy odpowiedź, że owszem, zostanie wznowiony, ale trochę to potrwa. Zmienił się bowiem sędzia prowadzący sprawę, a nowo wyznaczony nie zapoznał się jeszcze ze wszystkimi aktami. Tak czy inaczej po zeszłotygodniowym wyroku z większym optymizmem patrzę na rzeczywistość. Przekonałem się, że pojęcie sprawiedliwości nie jest w Polsce pustym hasłem. Choć żeby mogła się zrealizować, trzeba sporo cierpliwości.


Z listu Jacka Kuronia i Karola Modzelewskiego do szefów „Stoczniowca” (kwiecień 2002 r.):
(…) Zarząd stoczni robił, co mógł, by tę solidarność (załogi zakładu – przyp. red.) zniszczyć. Na razie udało mu się wyrzucić z pracy Was trzech. Jeżeli zarząd obwinia Wasz związek o zorganizowanie nielegalnego strajku, to może wnieść sprawę do sądu i czekać na rozstrzygnięcie. Tymczasem zarząd stoczni uzurpował sobie prawo do samosądu, zwalniając dyscyplinarnie z pracy przywódców związku zawodowego. Jest to oczywiste pogwałcenie ustawy o związkach zawodowych. Zdumiewa nas, że zarząd stoczni przedstawia się w roli strażnika prawa, które sam otwarcie łamie. (…)

 

Wydanie: 29/2004

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy