Przenoszenie słoni w POLOmarkecie

Przenoszenie słoni w POLOmarkecie

Darmowa praca po godzinach, dźwiganie ciężarów, błaganie o przerwę – tak wygląda codzienność w firmie, która została laureatem programu Dobry Pracodawca

Miesięcznie przez dwa potężne centra logistyczne w Kłobucku i Giebni przemaszerowuje 4 tys. afrykańskich słoni. Tylko z jednego magazynu każdego dnia wyruszają w Polskę 94 słonie. Firmowe tiry co 19 godzin okrążają Ziemię, pokonując 160 tras na dobę. Nad wszystkim czuwają uśmiechnięci i oddani pracownicy. Fundamentem tego ogromnego przedsięwzięcia jest zaufanie.

Dwie kategorie towaru

Filmowa reklamówka roztacza przed nami widok idyllicznej krainy. Czystość, wysoka jakość usług, profesjonalny personel. Pierwsze skojarzenie – prywatna warszawska klinika medycyny estetycznej. W tej historii chodzi jednak o segment spożywczy. – W ciągu tygodnia sama przeniosłam kilka takich afrykańskich słoni – opowiada Alicja. 4 tys. słoni to 20,5 tys. ton suchych produktów, które miesięcznie opuszczają ogromne magazyny. 94 słonie to 470 ton produktów świeżych. Alicja przyznaje, że nie ma pojęcia, dlaczego w promocyjnym filmie wagę towarów przeliczono akurat na wagę tych zwierząt. W sklepie należącym do sieci POLOmarket pracuje od pięciu lat. W jej dziale towar umownie dzieli się na dwie kategorie. Pierwsza kategoria – towar jadalny – pochodzi z transportu, druga – to mięso, którym rzuca kierowniczka, np. „Jak ci się, k… nie chce robić, to się zwolnij”, „Co ty robisz, poj… cię?”, „Jesteście patologią, p… lenie”. Pierwszy towar ma określoną wagę. Nigdy mniej niż 500 kg. Alicja z Mariolą przez kilka godzin dziennie dźwigają ponad pół tony świeżych produktów. Wędliny, garmażerka, sery, surowe mięso, ryby. W okresie przedświątecznym tonę dziennie, a nawet kilka ton na dobę. Przyjeżdża tir i ktoś musi go rozładować. W dziale mięsnym są tylko we dwie. Zgłaszały kierowniczce, że nie dają rady i potrzebują pomocy. Miały nie marudzić, tylko wziąć się do roboty. – W dziale mięsnym codziennie same musiałyśmy to wszystko zważyć i poukładać. Nosiłam te ciężkie skrzynki z chłodni do sklepu, czasami towar znajdował się w sklepie, wtedy pchałam go przez pół sklepu do mięsnego. Taka wieża ze skrzynek ważyła ponad 120 kg – podkreśla Alicja.

POLOmarket to jedna z największych sieci supermarketów w Polsce. 300 sklepów i 6,5 tys. pracowników. W zeszłym roku część z nich zaczęła głośno mówić o łamaniu przez pracodawcę Kodeksu pracy. Prosili o pomoc media, sądy i prokuraturę. Największą otrzymali jednak od Związku Syndykalistów Polski (ZSP). Syndykaliści z powodzeniem walczyli w zeszłym roku o prawa pracowników supermarketów Dino. Dzisiaj wspierają pracowników POLOmarketu protestujących m.in. w Świdnicy, Sobótce, Świebodzicach, we Wrocławiu, w Wadowicach, Unisławiu, Gdańsku oraz na Górnym Śląsku.

– POLOmarket znalazł się pod dużą presją ze względu na medialne nagłośnienie naszych protestów. Wszystko zaczęło się od pracownicy, która zorganizowała kolegów i koleżanki, mających dość złego traktowania – mówi lider ZSP Jakub Żaczek. Ostatnie miesiące to dobry czas dla takich akcji. Klimat walki o prawa pracownicze wzmocniły wyniki ostatnich kontroli w sklepach konkurencyjnej sieci – Państwowa Inspekcja Pracy zakończyła kontrolę w 17 sklepach Biedronki. Wykryto wiele nieprawidłowości, m.in.: zmuszanie do pracy w nadgodzinach osób wychowujących małe dzieci, odmawianie 15-minutowej przerwy w pracy, niewypłacanie wynagrodzenia za nadgodziny.

Bez przerw, ale z wędliną

Życie w supermarkecie spożywczym toczy się falami. Największe przechodzą rano, potem między godz. 13 a 15 i wieczorem od 16 do 19. Tak przynajmniej wygląda obraz sklepu widziany oczami stałych klientów. Z tej perspektywy nie widać niepłatnych obowiązków po godzinach pracy i braku pracowników w poszczególnych działach. Nie słychać też błagania o przerwę i nieznoszącej sprzeciwu odmowy. – W dziale mięsnym pracowało nas niewiele. Gdy zgłaszałyśmy potrzebę przerwy śniadaniowej, kierowniczka udawała, że nas nie słyszy, albo mówiła, że nie musimy mieć przerwy – opowiada Mariola. Pracownicy zjadali kanapki ukradkiem i w pośpiechu. Najczęściej w chłodni. Chodziło o to, żeby nie narazić się kierowniczce. Każdy ich ruch był przez nią pilnie śledzony. Tak jak wtedy, gdy złapano na gorącym uczynku pracownicę, która sięgnęła po plasterek sklepowej wędliny. To był jej pierwszy raz. Tego dnia nie zjadła śniadania i była bardzo głodna. Cały sklep usłyszał, że jest złodziejką.

– Kiedy się postawiłyśmy i powiedziałyśmy, że nie będziemy podpisywać listy obecności na przerwach, których nie miałyśmy, usłyszałyśmy, że możemy się zwolnić, bo na nasze miejsce są setki osób – mówi Alicja. Normą stało się podrabianie podpisów na listach ewidencji czasu pracy. Fałszowanie podpisów potwierdziła Prokuratura Rejonowa Bydgoszcz-Północ.

Kiedy kierowniczka surowym wzrokiem obejmowała stos przeterminowanego mięsa, wiadomo było, co się szykuje. – Kierowniczka robiła wyprzedaż przed swoim biurem i „dopingowała” nas do udziału w zakupach. Markowa szynka po terminie kosztowała zaledwie kilka złotych za kilogram. Mięso czasem tak śmierdziało, że nie dało się wytrzymać. W domu wyrzucałyśmy je do śmieci. Musiałyśmy coś z tym zrobić. Zdarzało się, że koleżanka brała mięso do domu i zmielone przynosiła następnego dnia. Bałyśmy się zwolnienia – wspomina Mariola. – Pamiętam, jak przed Bożym Narodzeniem przyjechało tak dużo mięsa, że mimo iż w Wigilię sprzedawaliśmy po kosztach, np. schab bez kości po 5,99 zł, filet z kurczaka po 6,99 zł, i tak po świętach trzeba było wyrzucić 154 kg – wspomina Alicja. – Jeśli sklep miał duże straty, musieliśmy się składać na wykup przeterminowanych towarów, żeby – jak to mówiła kierowniczka – zmniejszyć straty przed inwentaryzacją – dodaje Mariola.

Niepełnosprawni pełnosprawni w nocy

– Wszystkich was wyp… jak się nie podoba. Na wasze miejsce mam 10 chętnych – w taki sposób kierownik jednego ze sklepów walczył z „maruderami”. Kością niezgody była praca w niepłatnych nadgodzinach. – Machali ręką na to, że jestem osobą niepełnosprawną. Dostarczyłem do sklepu komplet dokumentów na temat stanu mojego zdrowia, ale musiałem pracować w godzinach nocnych i nadliczbowych – opowiada Jan. Z samego rana, jeszcze przed otwarciem sklepu, pracownicy wykładali towar: mięso, wędliny, wypiekali pieczywo i sprawdzali daty ważności. Potem zostawali po godzinach pracy, żeby sklep posprzątać. – Informację o tym, że musimy zostać, dostawaliśmy w ostatniej chwili. Krótka piłka. Polecenie służbowe i nie masz nic do gadania. Nie mogliśmy wpisywać wszystkich godzin nadliczbowych do listy obecności. Kierownik sklepu ogłaszał, że jak będzie dużo takich godzin, będą zwalniać tych, którzy się nie wyrabiają i nie nadają do pracy – wspomina Jan.

Zdarzało się, że pracowali do godz. 2 w nocy. Ale na liście mieli wpisywać, że skończyli pracę o 22. Kierowniczka mówiła, że w papierach wszystko musi się zgadzać. – Zostawałem, bo bałem się utraty pracy – tłumaczy Wojtek, który pracuje razem z Janem.

Justyna pracę w POLOmarkecie zaczęła w 2014 r. – Byłam zatrudniona jako osoba niepełnosprawna. Na początku jako kasjer sprzedawca, po trzech miesiącach dodatkowo jako osoba funkcyjna. Z powodu niepełnosprawności przysługiwały mi dwie przerwy, ale bardzo często nie miałam nawet jednej – opowiada. Jako funkcyjny pracownik oprócz swoich obowiązków zamawiała towar, rozliczała kasy, pilnowała całego sklepu. Często pracowała do późnej nocy, mimo że nie miała zgody od lekarza na pracę w godzinach nocnych. Nie mogła ich wpisać do karty, więc nie otrzymywała dodatku nocnego za te godziny. Praca była dla niej coraz bardziej męcząca. – Pamiętam, jak zasłabłam ze zmęczenia. Zamknęli mnie w chłodni, żebym doszła do siebie. Potem jeszcze kilka godzin pracowałam. Kierowniczka nigdzie nie odnotowała i nie zgłosiła tego zdarzenia – wspomina Justyna.

Grafik na teraz

– Pracowałam na jedną zmianę, czyli od godz. 6 do 14. Przychodziłam do pracy o 5.30, ale wpisywałam, że jestem od 6. Kierowniczki nie pozwalały wpisywać prawidłowej godziny, bo dla regionalnych kierowników oznaczało to za dużo nadgodzin. Skoro nie wyrabiamy się w czasie, to nie będą nam płacić, tylko zwalniać – opowiada Mariola. W okresie letnim – od czerwca do sierpnia – pracownicy mogli tylko pomarzyć o dwutygodniowym urlopie. – Często w trakcie wolnego lub urlopu byliśmy wzywani do pracy. Wpisywaliśmy wtedy na karcie obecności, że sami prosimy o pracę w dniu wolnym. Musieliśmy być zawsze pod telefonem – dodaje Alicja. Częste zmiany w grafiku – nawet trzy razy w tygodniu – powodowały, że pracownicy nie byli w stanie zaplanować życia prywatnego. – Moje relacje z dziećmi i mężem stały się napięte. Nie mogliśmy zaplanować wspólnego wyjścia, bo jak w pogotowiu – jeden telefon i musiałam iść do pracy – wytyka Justyna. Nikt w sklepie nie interesował się tym, czy pracownicy mają jak wrócić do domu w środku nocy. Jeśli ktoś miał samochód, odwoził pozostałe osoby do domów. – Kiedy poruszaliśmy temat nieprawidłowości przy kierownikach regionalnych, odpowiadali nam, że „jak się nie podoba, to proszę się zwolnić, a poza tym POLOmarket ma dobrych prawników i ludzi, którzy powiedzą to, co będą chcieli, że firma niczego się nie boi”.

Przywieź i pozamiataj

Praca i prywatność przeplatały się także podczas transportu towaru. Pracownicy byli zmuszani do jego przewożenia prywatnymi samochodami. Często poza godzinami pracy. – Kiedy miałam pierwszą zmianę, dostawałam polecenie zawiezienia po pracy towaru do innego sklepu. Robiliśmy to prywatnymi samochodami. Centrala o tym wiedziała, ale nie reagowała. Udawali, że nic się nie dzieje – wspomina Justyna.

Godziny pracy nie były ewidencjonowane. Pracownicy nie otrzymywali też zwrotu za paliwo. Proceder trwał aż do wypadku. 6 lutego 2016 r. zastępczyni kierownika, przewożąc mięso z innego sklepu, uległa wypadkowi. – Mięso z miejsca wypadku zapakowano do taksówki i przewieziono do naszego sklepu. Następnego dnia było gotowe do sprzedaży – opowiada Justyna. Kilka miesięcy później, podczas kontroli Państwowej Inspekcji Pracy, odkryto, że wypadek nie został nigdzie zgłoszony.

Pracownicy musieli też korzystać z własnych środków czystości. – Na moim stoisku mięsnym brakowało podstawowych rzeczy, takich jak ścierki i płyny do mycia podłogi i lady. Przynosiliśmy własne ręczniki do wycierania szyb i składaliśmy się na wiadro i mopa. Jeśli któraś z nas poszła poprosić o środki czystości, to kierowniczka krzyczała: „Co wy do domu to wszystko zabieracie”?! – opowiada Justyna. Za oskarżeniami poszła kontrola prywatnych torebek.

Papierek lakmusowy

Według Państwowej Inspekcji Pracy handel jest branżą, w której w Polsce najczęściej łamie się prawa pracownicze. Wszyscy pamiętają o pracownikach Biedronki, którzy poszli do sądów z powodu łamania Kodeksu pracy przez pracodawcę w latach 2005-2008. Afera zakończyła się postawieniem przez prokuraturę zarzutów 311 kierownikom i zastępcom kierowników sklepów tej sieci. Kiedy w 2009 r. Sąd Najwyższy odnosił się do łamania praw pracowników Biedronki, prawo do bezpiecznej i higienicznej pracy uznał za dobro osobiste pracownika. Od 20 czerwca br. pięć instytucji państwowych: Państwowa Inspekcja Pracy, Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, Państwowa Inspekcja Handlowa, Główny Inspektorat Sanitarny, obwodowe urzędy miar i Główny Urząd Miar przeprowadzało kontrole w 35 sklepach sieci POLOmarket. W Ustce Państwowa Inspekcja Pracy stwierdziła, że artykuły spożywcze przeznaczone do sprzedaży przechowywano z produktami przeznaczonymi do utylizacji. W Bełchatowie kontrola wykazała nieprawidłowości dotyczące m.in. badań lekarskich, przepisów BHP, uprawnień do obsługi wózków widłowych. W Łodzi PIP dopatrzyła się nieprzestrzegania prawa pracy oraz bezpieczeństwa i higieny pracy. Chodziło m.in. o nieudzielanie urlopów wypoczynkowych, nieprawidłowości w rozliczaniu czasu pracy, zatrudnianie osoby niepełnosprawnej w godzinach nadliczbowych, niezapewnienie wymaganej liczby dni wolnych wynikających z pięciodniowego tygodnia pracy w okresie rozliczeniowym. Z kolei w Legnicy sprzedawano towary po upływie terminu przydatności do spożycia.

Pracowników wspiera Związek Syndykalistów Polski. – Na liście naszych postulatów znajdują się m.in. wypłaty wynagrodzenia za przepracowane nadgodziny, odszkodowania za brak możliwości korzystania z przerw, zwrot kosztów za przewożenie towarów prywatnymi samochodami oraz odszkodowania za konieczność wykupu przeterminowanych towarów. Kontrole w sklepach na terenie całej Polski potwierdziły część naszych zarzutów i protokoły z inspekcji przeprowadzonych przez te instytucje mają dużą wagę w postępowaniu dowodowym – mówi Jakub Żaczek. Zdaniem związkowców kary nałożone na POLOmarket były zbyt małe, aby przyczyniły się do zmiany postępowania pracodawcy. Na stronie internetowej firmy można przeczytać, że została laureatem programu Dobry Pracodawca 2017. Kapituła programu pod patronatem Instytutu Filozofii i Socjologii Polskiej Akademii Nauk i nagrodziła POLOmarket za działania związane z wdrażaniem zasad odpowiedzialnego biznesu. Jedną z nich jest budowanie dobrych relacji z pracownikami…

Wydanie: 49/2017

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy