Prywatna Partia Czarzastego

Prywatna Partia Czarzastego

Jednoczenie lewicy przez rozbijanie

Rozmawiam z delegatami, którzy będą na kongresie zjednoczeniowym lewicy 9 października. Pytam, jak to będzie wyglądało. Nie ma co ukrywać, rozmowa idzie topornie. Ale coś mówią – to ma być krótki kongres. Stadion Narodowy, 1,2 tys. osób. I wszystko jak w teledysku. Ciach, ciach, szybki wybór przewodniczących, oklaski, radość. I koniec. I ochroniarze. Będą pilnować, żeby nie wszedł ktoś zawieszony.

A poza tym nie wiadomo, czy kongres w ogóle będzie. Bo przecież w każdej chwili z powodu pandemii może być odwołany.

Dlaczego formuła na szybko? „Rozmawiałem z człowiekiem od Czarzastego. Tłumaczył, że takie teraz czasy – opowiada jeden z delegatów. – Że wszystko robi się dla telewizji, a telewizja nie chce dłużyzn. Chce newsa. I takim będzie wybór liderów. Koniec, kropka”.

Te słowa prowokują proste pytanie, czy mój rozmówca w takie wyjaśnienia wierzy. W odpowiedzi słyszę: „Przecież wiadomo, że chodzi o coś innego”. To o co chodzi? Po pierwsze, o władzę. Władzę w partii.

O tę władzę tak zaciekle walczy Czarzasty. Zaciekle, bo łamiąc statut partii, i to wielokrotnie. Gdyby nie łamanie statutu, już by przewodniczącym nie był. I z Prywatnej Partii Czarzastego byłyby nici. On o tym dobrze wie.

*

To zresztą wie każdy, bo spór w Nowej Lewicy, czyli w SLD, od kilku miesięcy toczy się przy podniesionej kurtynie. Dlatego wiemy, że Włodzimierz Czarzasty nie ma w swojej partii większości. Że w każdym gremium przegrywa. Nie ma większości w zarządzie partii – dlatego zawiesił tych, którzy mu się sprzeciwiali. To działanie w Polsce niespotykane, żeby przewodniczący partii zawieszał, kogo chciał i kiedy chciał.

Czarzasty nie ma też większości w radzie krajowej. Dlatego przestał ją zwoływać, choć powinien to robić, bo statut mówi, że powinna być zwoływana co najmniej raz na trzy miesiące. Ostatnia rada krajowa zebrała się w czerwcu.

Nie ma także większości w partii, więc – ignorując uchwały – nie zwołał Konwencji Nowej Lewicy. Tej, która była w roku 2019 i nie została zamknięta. Czarzasty miał zwołać drugą jej część, ale tego nie zrobił. Bo większość delegatów byłaby przeciwko niemu i odebrałaby mu władzę.

Dodajmy jeszcze tytułem wyjaśnienia – jeśli chodzi o zwoływanie ciał statutowych, to rola przewodniczącego jest techniczna. Ma zwołać, bo ktoś musi to zrobić. Ale on tego nie zrobił…

Ponieważ Czarzasty nie ma w partii poparcia i złamał jej wewnętrzne przepisy, parł w ostatnich tygodniach do zjednoczenia Nowej Lewicy z Wiosną. Tak aby powstała nowa partia, nowe ciało. Wtedy to wszystko, co robił, stanie się nieważne.

*

Ale jeśli nie ma większości w partii, dlaczego nie obawia się kongresu zjednoczeniowego? To złe pytanie – prostują moi rozmówcy – on się obawia. Dlatego starannie do kongresu się przygotowuje. Delegatów na kongres wybierają rady wojewódzkie, Czarzasty jeździ więc po Polsce, uczestniczy w posiedzeniach rad i tam pilnuje, by wybierano właściwych ludzi.

Piszę te słowa w piątek, więc jeszcze przed posiedzeniem rady mazowieckiej. Rada ta została zwołana w ostatnim możliwym terminie i od razu narzucono jej sposób wyboru delegatów. Określono, że każdy powiat będzie mógł wysłać na kongres zjednoczeniowy 14 ludzi. Co to oznacza w praktyce? Ano to, że licząca 700 członków organizacja warszawska (a Warszawa jest powiatem) będzie miała tyle samo delegatów co organizacje ze wschodniego Mazowsza, liczące po kilkunastu członków. Do tego mają oni być wybierani przez szefa struktur mazowieckich, poplecznika Czarzastego.

Dodajmy jeszcze jedno – organizacja warszawska, największa w partii, jest zdecydowanie przeciwna Czarzastemu. To ognisko buntu. Ale takim prostym zabiegiem z liczbą delegatów jej wpływ został ograniczony do zera.

*

Jest kolejny trik, który przewodniczący wymyślił, by kongres odbył się po jego myśli. Otóż nie dopuszcza do niego osób, które mogłyby mu zagrozić. Są na to dwa sposoby.

Pierwszy to zawieszanie niewygodnych działaczy. Trwa od lata, od nieszczęsnego posiedzenia zarządu, które było przenoszone i na które wpuszczali ochroniarze. Potem przewodniczący część działaczy odwiesił, część nie. Oczywiście za cenę upokorzenia odwieszanego.

Drugi sposób to nieprzyjęcie do nowej partii. O co w tym chodzi? W statucie jest zapis, że nową partię tworzyć będą frakcje. I przed zjednoczeniem trzeba będzie do którejś frakcji się zapisać. Ale jest również zapis, że przewodniczący frakcji może aplikującego działacza nie przyjąć. I tak też się działo. W ten prosty sposób zostali wyeliminowani wszyscy ci, których przewodniczący uznał za zagrożenie. Na przykład Andrzej Rozenek. Oficjalnie dlatego, że krytykował rozmowy Czarzasty-Morawiecki i mówił, że takie paktowanie, w tajemnicy przed zarządem partii, szkodzi lewicy. Ale chyba ważniejszym powodem było to, że Rozenek zgłosił swoją kandydaturę na szefa partii, zapowiedział, że 9 października będzie kandydował. Żeby więc nie kandydował, nie został wpuszczony do nowej partii.

Trochę inaczej potoczyła się sprawa Joanny Senyszyn. Sekretarz generalny Marcin Kulasek skierował przeciw niej do sądu partyjnego skargę, że „przekracza granice krytyki szefa partii”. A sąd partyjny, w niepełnym składzie, odebrał jej bierne prawo wyborcze, więc nie będzie mogła w nowej partii na żadne stanowisko kandydować. To wydarzenie, jego absurdalność, Joanna Senyszyn komentowała w sieci: „Czego się boi Czarzasty? Co zbroił, że łamie prawo, byle nie dopuścić do demokratycznych wyborów w partii? Dlaczego pozbywa się wszystkich ewentualnych kandydatów na współprzewodniczącego Nowej Lewicy? Po wyeliminowaniu Treli i Rozenka postanowił pozbyć się mnie. Rękami sekretarza Kulaska skierował do sądu partyjnego wniosek o zakaz pełnienia przeze mnie partyjnych funkcji przez rok za rzekome przekroczenie granic krytyki szefa partii, w tym, cyt. z aktu oskarżenia, za pomocą słów powszechnie uważanych za obraźliwe: »dyktator«, »dyktatorek«, »zamordyzm«, »niebywały skandal«, »szaleństwo«, »zamordystyczne rządy«, »zamordystyczna partia«.

Przewodniczący Czarzasty w swoich publicznych wystąpieniach nagminnie używa słów naprawdę zaliczanych do obraźliwych, a mianowicie: »mendy«, »mendziarstwo«, »głupawy«, »głupi«, »cipa«, »śmierdzący«, »zatęchły«, »kurwić«, »kurwa«, »świnia i menda«, »debil«, »cham«, »idiota«, »bandyta« (zestawienie w załączeniu). Czy powinnam wystąpić o ukaranie Czarzastego za obniżanie prestiżu partii, bo o sobie mówił, choć nie bez racji 😉 »bufon i dupek«?”.

Oczywiście wiadomo, że w tym całym wniosku chodziło o pozbycie się Senyszyn, o to, żeby nie przyjechała do Warszawy i nie wygłosiła jakiegoś niespodziewanego przemówienia. A to, jak został on sformułowany, to już efekt inteligencji Marcina Kulaska.

Z kilkoma zawieszonymi prowadzone były rozmowy. Tłumaczono im, że awantura szkodzi lewicy. Dla części był to ważny argument, mi.in. dla Bogusława Wontora, posła z województwa lubuskiego. W pewnym momencie Wontor zadzwonił do Czarzastego, by sprawę wyjaśnić, i nagrał mu się na sekretarkę, że jest gotów się dogadać. „Potem Czarzasty wszystkim puszczał to nagranie i mówił, jak to buntownicy pękają”, relacjonował jeden z moich rozmówców.

Ten przypadek jest bardzo ciekawy, bo w sprawie swojego zawieszenia Wontor udał się do sądu powszechnego. Kiedy zostanie ona rozpatrzona, tego nikt nie wie. Ale na razie sąd wydał orzeczenie o zabezpieczeniu powództwa, czyli zawiesił zawieszenie i Wontor będzie mógł być na kongresie.

Przy tych wszystkich przepychankach związanych z wyrzucaniem ludzi z partii, z zastraszaniem, umyka pewna istotna sprawa. Jak w demokratycznym państwie można było uchwalić statut partii, który całą władzę oddaje w ręce przewodniczącego? Krzysztof Podgórski, który również nie został wpuszczony do nowej partii, ma interesujące podejrzenia. Że inny statut został przez konwencję SLD w 2019 r. przyjęty, a inny trafił do sądu. „Mam swoje notatki – mówi. – Mam kopię roboczą statutu sprzed konwencji. Z zaznaczonymi poprawkami. I widzę to, co jest teraz. Obecny statut nie zawiera wielu zapisów, które zgłaszaliśmy i które zostały przyjęte”. Podobnie zresztą mówi wielu innych działaczy.

Konwencja w 2019 r. odbywała się w warszawskim hotelu Gromada, w tym samym hotelu była także konwencja Wiosny, chodziło o to, by obie zakończyły się decyzją o połączeniu i można było hucznie to ogłosić. Kłopot był jednak w tym, że statut SLD precyzował, jak powinna wyglądać procedura rozwiązania partii bądź połączenia jej z inną. Dlatego, żeby to obejść, Czarzasty zaproponował zmianę statutu. A z drugiej strony, żeby zapewnić Wiośnie, że nie rozpłynie się w Sojuszu, wymyślono zapis o dwóch frakcjach.

Podgórski bardzo dobrze to pamięta: „Mówiono wówczas, że każda frakcja będzie wybierała swojego przewodniczącego. Oddzielnie. Żebyśmy nie zdominowali Wiosny. A teraz okazuje się, że będą wybory wspólne, czyli że Wiosna będzie nam wybierać przewodniczącego. Zapewniano poza tym, że przejście do frakcji będzie automatyczne: byłeś w SLD, więc jesteś we frakcji SLD, tak miało być. Tymczasem nagle okazało się, że przewodniczący frakcji może przyjąć kandydata lub go odrzucić. I to bez żadnych instancji odwoławczych. Tak się składa, że prowadziłem bardzo dokładne notatki dotyczące statutu, kolejnych propozycji i tego, jak nad nimi głosowano. I z tym, co jest, sporo rzeczy się nie zgadza”.

Cóż więc się stało podczas konwencji? Jej uczestnicy niechętnie dziś o niej opowiadają. „Był ogólny bałagan – to jedna z relacji. – Wiosna już skończyła obrady i czekali na nas. A u nas była dyskusja. W pewnym momencie Czarzasty wszedł na trybunę i dramatycznie wołał, że przed nami epokowa rzecz, zjednoczenie lewicy, a my dywagujemy. Że trzeba kończyć. No i nas przekonał. Myśleliśmy, że tak właśnie trzeba. Kto miał w głowie sprawy statutu?”.

„Gdy już ten statut był w sądzie, mówiliśmy Czarzastemu, by pokazał nam jego kopię – opowiada z kolei Podgórski. – Zawsze się wykręcał. Że pandemia, że sąd zamknięty, że kiedy indziej… I tak to trwało”.

Jak zatem kongres zjednoczeniowy będzie przebiegać? Czy według ustaleń wszystko pójdzie szybko, żeby nie było czasu na dyskusję, na refleksję itd.? Żeby nie gadano o programie nowej, zjednoczonej partii? Bo takie jest właśnie założenie.

Czarzasty wypchnął z nowej partii tych, którzy zgłaszali ambicje kandydowania. Ale przecież ma prawo się obawiać, że jest jakaś grupa, która dogaduje się w tajemnicy (żeby nie zostać zawieszonym), a ujawni się na kongresie i zgłosi swojego kandydata. Wówczas mogą się zdarzyć rzeczy nieprzewidziane. Żeby więc temu zapobiec, jest plan, by kongres był krótki. Półtorej godziny, góra dwie. Tak żeby nikt z żadnym spiskiem nie zdążył.

Podobne obawy są zresztą wśród zwolenników Biedronia. Posłowie Wiosny w wielu przypadkach ściągali delegatów z łapanki – nikt do końca nie będzie wiedział, jak się zachowają i jak zagłosują. A wzięło się to stąd, że tej partii po prostu nie ma. Nawet w dużych miastach. Na przykład w Toruniu w SLD były 283 osoby, a w Wiośnie – siedem. Ale jedni i drudzy będą mogli wysłać na kongres po sześciu delegatów.

Nasuwa się pytanie, dlaczego Włodzimierz Czarzasty tak zabiega o utrzymanie władzy w partii. O co mu chodzi? Bo trudno przypuszczać, że o zmienianie Polski. Lewica Czarzastego i Biedronia to projekt, który na razie jest źle oceniany przez wyborców. Takie ugrupowanie może liczyć na ok. 7% poparcia, choć w roku 2019 wspólna lista lewicy miała 12,5% głosów. A to oznacza, że Nowa Lewica zdobędzie ok. 15-20 mandatów, czyli do Sejmu załapią się tylko niektóre jedynki z list.

Taka siła, owszem, przy dobrych układach może być dopuszczona do władzy, albo z PiS, albo z PO (to sprawa dla Czarzastego drugorzędna), dostając jedno czy dwa ministerstwa. Ale nie ma szans, by zyskała wpływ na jakieś sprawy programowe.

Ale może o to chodzi? Może dlatego warto partię wyczyścić z osób znanych, mających własne zaplecze, żeby później robić z nią to, co się chce? A taki manewr łatwo tłumaczyć – że właśnie trwa proces czyszczenia partii z PZPR-owskich złogów, że otwiera się szansa dla młodych, że następuje proces odmładzania partii…

Jest jeszcze jeden trop, który wskazują działacze lewicy. Otóż rok temu powołana została do życia fundacja Sojusz Lewicy Demokratycznej. Na jej czele stanął Marcin Kulasek, a w radzie znaleźli się m.in. Włodzimierz Czarzasty i Anna-Maria Żukowska. Oficjalnie fundacja jest po to, żeby nikt w przyszłości nie zawłaszczył nazwy i znaku SLD. Ale może posłużyć do innych celów. Nasi rozmówcy przypominają, że lewica wciąż dysponuje sporym majątkiem. Są to nieruchomości w różnych miastach Polski. Na przykład kamienica na rynku w Rzeszowie, w której mieści się siedziba partii, czy w Kielcach, położona przy głównej ulicy… W poprzednich wyborach pod zastaw nieruchomości SLD otrzymywał bez problemów 4-5 mln zł pożyczki, teraz ceny poszły w górę. Innymi słowy, Czarzasty wybiera wariant win-win. Jeżeli zdobędzie dobry wynik w wyborach, będzie walczył o dobre ministerstwo lub dwa. Jeżeli wybory pójdą jego partii kiepsko – spróbuje się uwłaszczyć na resztkach po SLD. Majątek będzie można wyprowadzić do fundacji, np. tłumacząc, że trzeba myśleć o miejscach pracy dla zasłużonych działaczy albo że trzeba budować własne media. I pokazywać – że Srebrna, że PSL…

W zderzeniu z zaprawionymi w bojach działaczami taki manewr nie przejdzie. Ale gdy ich miejsce zajmą osoby z trzeciego rzędu… Dlatego – tłumaczą moi rozmówcy – Czarzasty tak twardo gra o władzę w partii. Gdyby chodziło o samą politykę, grałby bardziej miękko, szukał sojuszników, chciałby być otwarty na nowe środowiska, troszczył się o dobrą opinię. Tymczasem tego nie ma. Jest prosta gra, żeby osiągnąć jak największą władzę, żeby zbudować Prywatną Partię Czarzastego. I tyle.

Fot. Fotonews/Forum

Wydanie: 41/2021

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy