Przepraszam za życie

Przepraszam za życie

Czasem samobójstwo bywa demonstracją. Dla młodych ludzi jest wołaniem o pomoc. Dla starych – o śmierć

Każdy dzień jest przeszkodą trudną do pokonania.
Ryszard Kapuściński, Heban

Tamtego dnia Agnieszka położyła się na grobie syna. Najpierw zdrętwiały jej koniuszki palców. Potem nogi. Na końcu kark. Zastygła tak na dziecięcym nagrobku jak rzeźba.
– Pani Agnieszka nie przyszła dziś do pracy. Jest chora?
Vahan, mąż kobiety, Ormianin, podniósł słuchawkę i zastanawiał się chwilę, co odpowiedzieć.
– Nie. Żona jest zupełnie zdrowa. Jak co rano wyszła sprzątać biura.
Zadzwonił do niej. Telefon długo był głuchy. W końcu usłyszał jej głos:
– Mam dość takiego życia. Nie wrócę do domu.

Tamtego dnia Beata nawet nie wypiła kawy. Chwilę przed ósmą otworzyła drzwi swojego gabinetu, a potem okno. Jej ciało spadając z trzeciego piętra biurowca, zahaczyło o zadaszenie klimatyzacji. Nie zostawiła pożegnalnego listu.

Szklanka
Beata pracowała w dziale analiz poznańskiego oddziału Telekomunikacji Polskiej. Miała dwoje dzieci i lęk wysokości. Nigdy, przez 14 lat spędzonych w firmie, nie wychyliła się z okna gabinetu. Jak co dzień mąż odwiózł ją do pracy z małej wioski pod Poznaniem. Kadry, papierki, cyferki. Lubiła tę pracę, bo spokojna, pasowała do jej charakteru.
To impuls, tłumaczą psychologowie. Impuls pojawia się nagle. Jest jak szklanka, która pęka, bo niespodziewanie wlaliśmy do niej wrzątek.
Beata od mniej więcej czterech ostatnich lat w wyniku zmian, reorganizacji, zwolnień i stresu w firmie stawała się taką szklanką. Woda najpierw była letnia i lała się powolutku – zmiany nie dotyczyły jej działu. W końcu, gdy dostała przeniesienie na Błękitną Linię – pękła. Z mężem trzymali się za ręce jeszcze jako dzieci, a gdy dorośli, wzięli ślub. Tyle lat wspólnego życia, a jednak Beata milczała. Wstydziła się przyznać, że sobie z tym psychicznie nie radzi. Że nie da rady znieść wrzasku i obelg ludzi, którzy na tę linię dzwonią z pretensjami. A to telefon zepsuty, a to wyłączony, dlaczego rachunek za duży, ty głupia krowo, natychmiast to, kurwa, zmień! Wpadła w panikę. Przecież nie nauczy się wszystkiego na tygodniowym szkoleniu. Będzie skupiała na sobie agresję klientów. Najtrudniej jednak było znieść myśl, że w ten sposób została zdegradowana. Po 14 latach wierności zdradziła ją jej własna firma.
Z policyjnych statystyk samobójstw za rok 2009 można wyczytać, że z powodu warunków ekonomicznych odebrało sobie życie 377 osób. Jest jeszcze szufladka pod nazwą „nagła utrata źródeł utrzymania”. Tam znalazły się 124 osoby. Brak kategorii „stres w pracy”, bo przyczyna samobójstwa nigdy nie jest tak dosłowna. To splot wielu czynników, dlatego w każdej sytuacji mógł rozegrać się podobny scenariusz. Ponad 1500 osobom udało się przeżyć, w tym do 217 desperatów wyjeżdżali policyjni negocjatorzy.
Czasem samobójstwo bywa demonstracją. Dla młodych ludzi jest wołaniem o pomoc. Dla starych – o śmierć.
Z Beatą nikt nie negocjował, bo też nie zamierzała niczego demonstrować. Przyszła do pracy, powiedziała „dzień dobry” i zamknęła za sobą drzwi gabinetu, który niebawem miała zamienić na halę telefonistek Błękitnej Linii, nazywanych dumnie konsultantkami. To one pod presją czasu (rozmawiać jak najkrócej), efektywności (rozmawiać jak najwięcej) uczą się postępowania z klientem problematycznym, małomównym albo roszczeniowym. Beata otworzyła okno, bo nie chciała tych klientów rozróżniać.

Włosy
Agnieszka mieszkała w centrum Warszawy. Drapacze chmur zaglądały codziennie do okien jej zrujnowanej kamienicy. Jakby próbowały zrozumieć kolejność numerów drzwi. A ta jest nielogiczna. Pierwsze na parterze – nr 33, potem kolejno 29, 6, 58, 12… I tak pną się w górę te numery, jak ze snu wariata. W ten sposób lokatorzy wyprowadzają w pole windykatorów różnej maści. Agnieszka nie pasowała do tego obskurnego świata, w którym ciągle trzeba coś ukrywać. Numer drzwi jej rodziny jest tam, gdzie powinien. Dziesiąty, drugie piętro.
Nim została sprzątaczką, ponad cztery lata pracowała jako przedstawicielka Providenta. Żeby zarobić więcej, chodziła do klientów wieczorami. W obstawie męża. – Zabierałem ze sobą nóż – mówi Vahan. – Klienci w jej rejonie byli nieobliczalni. Jeden myślał, że przyjdzie sama, i chciał pewnie ukraść pieniądze, bo kiedy weszliśmy do domu, nagle zgasło światło. Poświeciłem mu wtedy latarką w oczy: „Dawaj dokumenty, jak chcesz kasę, bo wychodzimy”. Nie miał. Za to kark jak ciężarowiec, szybko się wycofaliśmy.
Rodzina uważała, że Agnieszka za bardzo się naraża, żeby zarobić na życie. A ona tylko chciała, żeby jej dwunastoletnia córka Zara miała to, co powinny mieć wszystkie dzieci w jej wieku: spokojne dzieciństwo. Teściowa Agnieszki, Arev, uboga, stara Ormianka, wraz z synem i mężem – Polakiem – handlowali na bazarach wszystkim, co dało się sprzedać. Latem zbierali jagody, jesienią grzyby, z którymi Arev wystawała przy drogach. Rodzice Agnieszki przez całe jej dzieciństwo handlowali jedynie wódką, dlatego czuła się odpowiedzialna za tych ludzi. Dali jej miłość i ciepły dom. Ale wstydzili się tego mieszkania w kamienicy nieprawdziwych numerów. Przypominało norę. Duszne, zagracone, biedne.
„Uwierzcie mi, że starałam się ze wszystkich sił zrobić wszystko jak najlepiej i nie dla siebie, a dla was. Przepraszam, że mi nie wychodziło, ja chyba po prostu nie mam szczęścia i go nigdy nie miałam”.
Pewnego czerwcowego dnia Agnieszka wróciła do domu z córką. Jak zwykle, znienacka, wpadła kontrola z Providenta: pokaż papiery, gotówkę, czy wszystko się zgadza. Otworzyła torebkę i krew uderzyła jej do głowy. Nie było w niej saszetki z ośmioma tysiącami. Co ja tego dnia robiłam, myślała nerwowo: jechałyśmy z Zarą tramwajem, potem szłyśmy piechotą, potem… Policja, zgłoszenie kradzieży, zeznania. Sprawcy nie znaleziono.
Już następnego dnia firma nakazała jej zwrócić wszystkie dokumenty i podziękowała, wpisując w świadectwo pracy, że zwalniają ją z tak zwanym brakiem. Tak jakby to ona te pieniądze ukradła. – Była bardzo uczciwa, nie umiała się z tym pogodzić. – Oczy Vahana, ciemne i pełne gniewu, śledzą zdjęcia żony. – Miała piękne, długie blond włosy. O, tutaj z Zarą w parku, pod choinką, z prezentami…
Nagle włosy obcięła. I przefarbowała na czarno. Nie wiadomo dlaczego. Inna kobieta. Bez makijażu. Bez uśmiechu. Mamo, mamo, prosiła córka, odezwij się do mnie. A Agnieszka siedziała milcząca na kanapie. Podała Providenta do sądu. Sprawa ciągnęła się miesiącami.
„Wiecie, jak bardzo ceniłam sobie tę pracę. A tu spotykam się z takim potraktowaniem. Uderzyli w mój honor, odebrali mojej córce chleb. Nie mogę się pogodzić z tym, że teraz mnie nie stać nawet na prezent dla dziecka. Z szanowanego przedstawiciela stałam się sprzątaczką. Żeby chociaż była to moja wina! Wygrajcie tę sprawę, niech odpowiadają za to, co zrobili”.
Vahan przypomina sobie, że Agnieszka próbowała szukać pomocy psychologa. Nie było miejsca: – Może pani przyjść za kilka miesięcy.
– Czemu tak się zachowujesz? Masz dziecko. Co z Zarą? – pytała ją rozpaczliwie Arev i płakała.
– Ty, babcia, wychowasz.

Wierność
Gdyby Agnieszkę mógł wychwycić program zapobiegania samobójstwom. Ale ten jest w powijakach i w naszym kraju nadal nie funkcjonuje. Gdyby jednak był, może wypatrzyłby ją przeszkolony pod tym kątem lekarz pierwszego kontaktu i rozpoznał oznaki depresji. Włodzimierz A. Brodniak z Polskiego Towarzystwa Suicydologicznego mówi, że w wielu wypadkach samobójcy na kilka dni przed śmiercią mieli kontakt z lekarzem rodzinnym.
– Gdyby taki lekarz depresję wychwycił, mógłby człowieka skierować do psychiatry. Jednym słowem, być może zapobiegłby nieszczęściu.
Ale depresja jest problemem lekceważonym przez świat lekarski. Nawet Światowa Organizacja Zdrowia psychiczną kondycję ludności zauważyła dość późno, bo dopiero w 1999 r., kiedy powstał program supre (Suicide Prevention – zapobieganie samobójstwom). Nie czekały z tym programem kraje europejskie. Po wprowadzeniu go choćby w Finlandii, Szwecji, Danii czy na Węgrzech, gdzie współczynnik samobójstw w pewnym momencie był najwyższy na świecie (na równi z Japonią), liczba ta spadła nawet o 30%.
W Polsce program zapobiegania samobójstwom powinien wejść w życie z dniem 1 stycznia 2010 roku, ale nie wszedł do dziś.
Beata jest pierwszą w Polsce ofiarą zmian w Telekomunikacji Polskiej. We France Télecom (największym udziałowcu TP) w ciągu ostatnich dwóch lat odebrało sobie życie 35 osób. Nie wytrzymali masowych zwolnień, technologicznych zmian, za którymi nie nadążali, i potwornego stresu. Firma otworzyła infolinię, na której można uzyskać pomoc psychologiczną, co i tak niczego nie zmieniło. Tylko we wrześniu 2009 r. samobójstwo popełniło kolejnych pięć osób.
Beata miała szczęście. Daszek, o który zawadziła, darował jej życie. Wylądowała na OIOM-ie z połamanym kręgosłupem, obrażeniami czaszki, mózgu i narządów wewnętrznych. Dziś boli ją jeszcze noga i jest pod opieką psychologa. Słucha, że impuls jest jak szklanka. I nie chce nawet, by podawać jej prawdziwe imię. Znów się wstydzi. Tym razem tej, która próbowała odebrać matkę swoim dzieciom.
Nie przypomina sobie, aby jakikolwiek psycholog w TP przygotowywał ludzi na drastyczne dla nich czasem zmiany i udzielał wsparcia. Ale bezpośrednio o firmie rozmawiać nie chce. Jest – mimo wszystko – wierna pracodawcy tak samo, jak była Providentowi Agnieszka.
– Namawiałem ją, żeby dała mi listy klientów, którzy wzięli pożyczki niezgodnie z prawem (czyli zawarli umowę w domu), ale nie chciała – wspomina mecenas Marcin Knosala, prowadzący jej sprawę. – Wolała pozostać fair. Dlatego nigdy w życiu nie spodziewałbym się, że ona coś takiego zrobi.

Rzeźba
Tamtego ranka Agnieszka zamiast do pracy pojechała na cmentarz w podwarszawskiej Wólce Węglowej. Tam, gdzie przed laty pochowała swojego syna z pierwszego małżeństwa. Dziecko zmarło z powodu bezdechu jeszcze w niemowlęctwie. Agnieszka położyła się na grobie dziecka.
Vahan: – Kiedy się dodzwoniłem, pytałem: „Gdzie jesteś?!”. „Nie powiem ci, bo mnie uratujesz”. W końcu powiedziała: „Nie wiem, już nie mogę się ruszać. Wzięłam za dużo proszków”. Jeden z leków powodował wiotczenie mięśni. „Krzycz! Wrzeszcz! Błagam!”.Ale nawet gdyby krzyczała, nic by to nie dało. Nie było nikogo wokół. Pusto. Tylko groby.  – Miałem wrażenie, że zaczyna żałować. Rozejrzyj się, mówiłem, odwróć głowę. Jakieś nazwisko na grobie, żebym mógł cię znaleźć. Ale już nic do niej nie docierało. „Jest mi bardzo źle, mówiła, już nie czuję ciała. Biiip” – przerwało połączenie. Rodzina wezwała karetkę. Cmentarz jest tak ogromny, że ratownicy zawrócili z kwitkiem. Nie znaleźli jej. Trzeba było wezwać policyjny śmigłowiec.
„Zara, proszę ciebie, ucz się pilnie i nie wiń siebie za to, co się stało. Pamiętaj, że ciebie bardzo kocham, zawsze będę przy was, całym sercem. Proszę, wybaczcie mi”.

Eczmiadzyn
– Do dziś nie rozumiem, dlaczego to zrobiłam – zastanawia się Beata. Małomówna, wycofana. – Mam kochającego męża, dwóch pięknych synów, a odechciało mi się żyć z powodu problemów w pracy… Mąż był w szoku. Jak się obudziłam w szpitalu, powiedział mi, co się stało. Ale najpierw usłyszałam: cieszę się, że jesteś z nami. Nie jest na mnie zły. Powtarza, żebyśmy o wszystkim rozmawiali. I żebym myślała o tym, co będzie, a nie o tym, co było. Dziękuję Bogu, że żyję.
Vahan chciał zabrać Agnieszkę do Eczmiadzynu – duchowej stolicy Armenii – żeby tam została jego prawowitą małżonką. Przez 14 lat wspólnego życia nie wzięli tradycyjnego ślubu. Chciał jej pokazać kraj, w którym po trzęsieniu ziemi i wojnie jego matka rozpalała na balkonie ognisko, żeby ugotować herbatę. – Teraz, kiedy budzę się rano, przypominam sobie, że jej nie ma. I tak codziennie świat wali mi się na głowę.
O Agnieszce pamięta też Provident. Na początku sierpnia, cztery miesiące po swojej śmierci, otrzymała pismo od zespołu do spraw windykacji przedsądowej i należności deficytowych: „Podjęto decyzję o skierowaniu pani sprawy na drogę postępowania karnego. W związku z powyższym wzywamy do uregulowania powstałego deficytu do dnia 14 lipca 2010 roku. Po dokonaniu wpłaty prosimy o przesłanie jego dowodu listownie lub faksem”.

Cytaty pochodzą z pożegnalnego listu Agnieszki Gizler, która zmarła po przewiezieniu do szpitala. Imiona członków jej rodziny zostały zmienione.
Reportaż z książki Izy Michalewicz Życie to za mało. Notatki o stracie i poszukiwaniu nadziei, Wydawnictwo Zwierciadło, Warszawa 2014

Wydanie: 35/2014

Kategorie: Reportaż

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy