Przeszkadza mi rozpulchnianie mózgu

Przeszkadza mi rozpulchnianie mózgu

Politycy w większości nie obcują z kulturą, nie mają takiej potrzeby

Mariusz Grzegorzek – reżyser teatralny i filmowy, scenarzysta, grafik, realizator telewizyjny, profesor sztuk filmowych, od 2012 r. rektor Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej w Łodzi

„Trudne sprawy”, „Pielęgniarki”, „Zdrady”, „Słoiki”, „Komisariat”, „Szpital”, „Dlaczego ja?”… Stacje telewizyjne emitują już kilkadziesiąt paradokumentów. Wyobrażałam sobie, że oglądają je głównie gospodynie domowe z miasteczek i wsi. Tymczasem namiętnym widzem tych programów jest rektor Filmówki. Jest także wielbicielem programów typu telezakupy. Nie do wiary!
– Telewizja jest specyficznym zwierciadłem czasów, w których żyjemy. Internet poszedł o wiele dalej i głębiej, ale to telewizja generuje najbardziej zwichnięte formy odbijające rzeczywistość. Tym zwierciadłem wcale nie są programy informacyjne, czyli to, co budzi w narodzie powszechną namiętność. Dla wielu ludzi, w mojej rodzinie także, oglądanie TVN 24 jest rodzajem rytuału. Ja zaś wtedy opuszczam lokal. Natomiast bardzo lubię tropić ślady mentalnego zafałszowania czy wręcz swoistej paranoi, przejawiające się w niepojętych dla mnie programach paradokumentalnych i telezakupowych. Fascynuje mnie nie sprzedawanie czegoś przez kanał telewizyjny, ale sposób, w jaki to się robi, czyli umiejętność powtarzania tej samej informacji 20 razy w ciągu 20 minut w różnych, równie zakłamanych konfiguracjach. Dla mnie to klasyczny przykład choroby psychicznej późnego kapitalizmu. I zastanawiam się, czy tą chorobą są dotknięci tylko ludzie, którzy te rzeczy sprzedają. A może oni są zdrowi, tylko bazują na chorobie psychicznej klientów, bo na nich taka argumentacja w pewnym sensie działa. Przyznaję, że uwielbiam też programy typu „Trudne sprawy”. Na przykład:

Akt 1, scena 1
Mariusz Grzegorzek jako Mariusz Grzegorzek, tenorem;
Żona: M.G., sopranem;
Mąż: M.G., barytonem;
Lektor: M.G., basem.
Tenorem: Wraca mąż do domu i zastaje żonę z kochankiem. Mówi do niej. Barytonem: „Co ty robisz? Ja ci tak ufałem. Dlaczego mnie zraniłaś? Dlaczego to zrobiłaś? Wynoś się z domu!”. Tenorem: Potem pokazują jego i on mówi. Barytonem: „Wszedłem do domu i zobaczyłem ją z kochankiem, byłem zrozpaczony. Powiedziałem jej, że nadużyła mojego zaufania. I kazałem jej wynieść się z domu”. Tenorem: Po czym na obrazie jest żona z walizką, a lektor mówi. Basem: „Łukasz stracił zaufanie do Joanny. Wyrzucił ją z domu. Jak kobieta da sobie radę sama?”. Tenorem: Potem widzimy Joannę. Sopranem: „Byłam zrozpaczona, wiem, że zawiodłam Łukasza, musiałam wynieść się z domu”.
(Koniec sceny 1)

Paranoja. A jednocześnie słupki oglądalności tych programów są kolosalne. Nie jest to więc kuriozum, którym tylko ja z tajemniczym powodów upajam się i trwożę. Te programy ogląda wielu Polaków i jakoś się z nimi identyfikuje.

Jak pan sądzi, dlaczego?
– Być może traktują to jako pewnego rodzaju obraz rzeczywistości, w której funkcjonują. Ponieważ ja jestem w pewnym sensie takim psychopatą nekrofilem osobowości, uwielbiam babrać się w tego rodzaju odjazdach. A tym bardziej mnie fascynują, kiedy występują na masową skalę. I bardzo lubię, kiedy te toksyny przybierają formę pozornie nieszkodliwą albo wręcz glamourową. Na przykład „Sablewskiej sposób na modę”. Jakaś kobieta miała załamanie nerwowe i przyszła po pomoc do Mai Sablewskiej. To taka pani, która jest sławna, dlatego że jest sławna, i ma mocno przesterowany wygląd zewnętrzny. Pani Maja wybrała przygnębionej bohaterce programu ciuszki w jakimś domu handlowym, potem ją zaprosiła do koleżanki (przepraszam: specjalistki) kosmetyczki, która ją umalowała, oraz fryzjerki, która ją ufarbowała i ostrzygła. A później ta kobieta patrzy na swoje odbicie w lustrze, widzi siebie w tym nowym wcieleniu i zaczyna szlochać straszliwie. Przychodzą jej mąż i dziecko i wszyscy troje płaczą razem i przytulają się. To z tego powodu, że ona teraz jest nowym człowiekiem i zmieniła swoje życie, i jest szczęście teraz i future

Dlaczego pan, namiętny widz tego rodzaju programów, apelował kiedyś, by nie oglądać stacji TVN i Polsat, bo ogłupiają, m.in. takimi programami?
– Oglądam te produkcje, bo ekscytuje mnie bezdenna, toksyczna głupota, zagubienie i żerowanie na najniższych instynktach. Ale nie zalecam tego typu zabawy wszystkim, bo milionom robi to wodę z mózgu. Tym, co w TVN zawsze mi najbardziej przeszkadzało, jest rozpulchnianie rzeczywistości, a w konsekwencji rozpulchnianie mózgu. Wszystko, co oni tam robili, było przerażająco nieistotne, nie na temat, boleśnie glamour i takie żadne. Właściwie taka wielka reklama toksycznego świata. Toksyna w lateksie.

Czy z tego powodu twierdził pan, że żyjemy w krainie manipulacji i kłamstwa? Obraz glamour i wypacykowanie w telewizji to chyba nie grzech śmiertelny, ale zaledwie grzeszek?
– To jeden z elementów mentalnego krajobrazu, który wtedy opisywałem. Mówiłem o różnych rzeczach, nie tylko o kanałach telewizyjnych. Generalnie media są właśnie takim zjawiskiem. Sami nauczyliśmy się nie dotykać rzeczy ważnych. A sztuka jest po to, żeby dotykać rzeczy istotnych, a nawet bolesnych. Jako artysta zawsze miałem takie ambicje. I wcale nie po to, żeby – jak niektórzy uważają – dołować, maltretować ludzi dla sadystycznej przyjemności maltretowania, tylko żeby rozpoczęła się poważna rozmowa między człowiekiem a człowiekiem. No i w pewnym sensie źródłem frustracji i zawodem jest to, że umiera wszystko, co bardziej ambitne, poszukujące, co próbuje głębiej i poważniej potraktować układ międzyludzki. Podam prosty przykład: kiedy jeszcze parę lat temu próbowaliśmy dystrybuować mój film „Jestem twój”, który jest filmem trudnym, udawało się znaleźć zainteresowanych ambitniejszą ofertą właścicieli kin studyjnych czy lepszych kin w Warszawie. Teraz chyba tylko z jakiegoś przydziału kina decydują się grać takie filmy, bo być może biorą dotacje od państwa i muszą się wykazać listą tytułów z ambitniejszego repertuaru. Generalnie nie ma potrzeby pokazywania filmów trudnych. Nie wiem, jak z tego wyjść czy jak się przed tym zjawiskiem obronić. Już widzę hejty: jak robisz kichę, nie dziw się, że ludzie nie chcą tego oglądać.

Czy w pewnym sensie nie jest pan etatowym malkontentem, który neguje każdą politykę kulturalną?
– Zasłużyłbym na opinię malkontenta, gdyby nie to, że jednak jestem dosyć dynamicznym człowiekiem: dużo robię, dużo działam, dużo tworzę. Opiekuję się realnie sobą, rodziną, psem (to bardzo ważne), szkołą i młodzieżą. Gdy mam co tydzień zajęcia z młodymi ludźmi, którzy zamierzają w przyszłości robić filmy, to one nie polegają na tym, żeby narzekać. Takie zajęcia nie miałyby sensu, bo nie mógłbym się koncentrować na tym, co pozytywne, czyli na mocy sztuki i na uczeniu tego, jak ją robić, na prawdziwym dialogowaniu.

Ale zgłaszał pan poważne zastrzeżenia do polityki kulturalnej władzy poprzedniej i obecnej.
– Każda z tych władz ma na koncie jakiś wkład w takie rozwodnienie, zlekceważenie sztuki jako potężnego wektora rozwoju społecznego. Politycy są niezainteresowani z założenia. Oni w większości nie obcują z kulturą, w ogóle nie mają takiej potrzeby. Do teatru chodzą tylko wtedy, kiedy muszą reprezentować jakiś interes polityczny. Mówię ogólnie, ale uważam, że można sobie pozwolić na takie uogólnienia. Jeżeli znajdziemy wyjątki, to one potwierdzają regułę. Problem polega nie tylko na tym, czy są pieniądze na kulturę i instytucje, które będą w stanie ją wspierać.

A na czym?
– Również na tym, czy naród jako osobowość zbiorowa odczuwa potrzebę kultury i sztuki, czy ma świadomość, że jest ona najistotniejszym spoiwem duchowym każdej społeczności. Im kultura bardziej różnorodna, wielowymiarowa, szczera, prawdziwa, tym lepiej. U nas z tym nader słabo. Nie chodzi tylko o to, by wprowadzić system rozdawnictwa: stypendia, tutaj jadę, tu nie jadę, instytut taki, siaki, owaki, dyrektor, poddyrektor, festiwal setny, tysięczny, pięciotysięczny… To jest super i ważne, tylko problem polega na tym, że to musi być wypełnione wymianą energetyczną między ludźmi. Bo jedni naprawdę mają coś do powiedzenia i robią to w intrygujący sposób, a drudzy są tego ciekawi i mają możliwość i prawo do tego, by od dziecka tym językiem i tą potrzebą sztuki przesiąknąć.

Czy potrzebę sztuki wynosi się z domu?
– Niekoniecznie. Dam pani prosty przykład. Pochodzę z bardzo normalnej rodziny z Cieszyna. Mój ojciec prowadził firmę budowlaną, miał troje dzieci, mama dzieci wychowywała – bardzo klasyczny podział obowiązków w rodzinie. Rodzice, kiedy byli tak bardzo zajęci tą rodziną i prozą życia, nie czytali książek, właściwie nie chodzili do teatru ani do kina. Kultura w sensie pogłębionym w naszym domu nie funkcjonowała. Natomiast ja miałem organiczną, wewnętrzną potrzebę – od dziecka ciągnęło mnie do sztuki. To była jedyna sensowna forma komunikacji ze światem. Miałem w szkole prawdziwe wychowanie plastyczne i muzyczne, miałem fantastyczną polonistkę, która miała czas na to, żeby z pasją opowiadać o literaturze. Było kółko teatralne, fotograficzne, plastyczne, był dom kultury, gdzie mogliśmy prowadzić grupę teatralną. Mieliśmy wsparcie dorosłych. Jeżeli ktoś naprawdę chciał obcować z kulturą czy próbować ją tworzyć, mógł to robić. Można powiedzieć, że teraz też są jakieś domy kultury. Owszem, ale wtedy było w pewnym sensie społeczne przyzwolenie na taką działalność, czuliśmy wsparcie. Mieliśmy autorytety, wzorce, sensowny system wartości wpajany od dziecka. Mam poczucie, że teraz jest społeczna niepogoda dla kultury i sztuki.

Nie przesadza pan?
– Za poprzedniej ekipy to zjawisko znalazło wyraz w wielokrotnie podejmowanym przez artystów konkretnym akcie politycznym polegającym na proteście przeciw odebraniu nam ulg finansowych. Być może te ulgi były podstawą do jakichś nieprawidłowości i umowy o dzieło dotyczące twórczości wykorzystywali ludzie, którzy nie mieli nic wspólnego ze sztuką ani z dziełem jako takim, a traktowali je jako rodzaj ucieczki podatkowej. Czyszcząc pozornie tę sytuację, rządzący stwarzali jeszcze trudniejszy byt i więcej problemów socjalnych ludziom sztuki, którzy są naprawdę fantastyczni, mają ogromną wrażliwość, są uczciwi, bezkompromisowi i bezbronni. I zostali skazani po raz kolejny na rodzaj społecznego ostracyzmu. To bardzo niefajne.

Jeśli chodzi o ten limit, trzeba podkreślić, że obecna władza wyszła naprzeciw artystom. Od 2018 r. wartość kosztów autorskich jest wprawdzie ograniczona, ale dwukrotnie wyższa niż za władzy PO.
– Tak pani mówi, jakby nie wiedziała, o co chodzi, a przecież doskonale pani wie. Sztuka jest zjawiskiem absolutnie wolnym i ona nigdy się nie podda. Dławienie jej, próba zakreślenia jakichś ram nie mają sensu i zawsze źle się kończą, np. infamią dla tych osób, które próbują to robić. Wybitni artyści nie rodzą się na kamieniu. Jeśli czuje się, że ktoś ma ogień, trzeba o niego dbać, opiekować się nim. Jeżeli ktoś ma talent, dar docierania do ludzi poprzez sztukę, to kompletnie nieistotne są jego poglądy polityczne – czy on jest cacy, czy be, czy mówi coś, co będzie jakiejś doktrynie politycznej na rękę czy nie na rękę. Nawet licealista to wie.

A władza nie wie?
– Wie. Z tego powodu nie rozumiem, dlaczego politycy obecnej władzy z jakimś ogromnym zacietrzewieniem próbują ideologizować to wszystko. Ich zdaniem w społeczności artystów były jakieś środowiska wyklęte, gdzieś w kącie ugniecione, zakiszone, które chciały polecieć w niebo, ale nie mogły. I nagle one dzisiaj dostają jakąś cudowną moc rozkwitu. A ja pytam: dwa lata minęły i gdzie ten rozkwit? Film „Smoleńsk” to rozkwit tej sztuki? To przecież jest film, którego wszyscy muszą się wstydzić, łącznie z tymi, których racje i ideologię miał reprezentować. Nawet reżyser musiał po premierze cały wywiad prasowy zużyć, żeby się kajać i jakieś dziwne historie o zamroczeniu decyzyjnym opowiadać. Władza podziękowała dyrektorowi Starego Teatru w Krakowie Janowi Klacie i dyrektorowi Teatru Polskiego we Wrocławiu Krzysztofowi Mieszkowskiemu. W tych dwóch teatrach najwcześniej zaczęło się dziać „nowe”, teatry są najbardziej spektakularnym przykładem. Teraz będą się kończyć kontrakty wielu dyrektorom teatrów i te problemy zaczną się pojawiać coraz intensywniej. Trzeba będzie wyłaniać nową ekipę, nowego dyrektora. Czy to ciągle będzie taki niemerytoryczny wybór? Całe środowisko czuje ogromny lęk. A kolejna sprawa to Polski Instytut Sztuki Filmowej.

Wszystkie organizacje ludzi związanych z filmem podpisały się pod protestem po odwołaniu dyrektor Magdaleny Sroki.
– Łącznie z radą instytutu, która z założenia jest organem nie tylko opiniującym. Ale, jak widać, pan minister nie chciał jej się podporządkować, choć na zwolnienie dyrektora musi być zgoda rady.

Ani zdanie organizacji, ani ponad 800 podpisów ludzi z branży filmowej nie miały żadnego znaczenia dla ministerstwa.
– Okazuje się, że nie miały. Na początku grudnia został powołany nowy dyrektor PISF.

Czy odwołanie dyrektor Sroki było jednym z tych momentów, kiedy rodzi się przekonanie, że wolność sztuki jest zagrożona?
– Zagrożona to nie jest dobre słowo. Ona została zawłaszczona! Władza działa bez bawienia się w niuanse, bez oglądania się na podstawowe normy funkcjonowania społecznego, funkcjonowania w polityce, nie słyszy kontrargumentów ani racji. Chcę jedną rzecz podkreślić – nie jestem politykiem i nigdy nie byłem. A teraz, wobec tego, co się dzieje, nawet wyalienowałem się w jakichś wewnętrznych przestrzeniach, bo mnie to przerasta.

Teraz rządzących porównuje pan do Hunów, wcześniej do chłopca, który się dorwał do władzy i postanowił adwersarzom powybijać zęby. Oburza się pan, że obóz władzy wprowadził silną polaryzację my-oni. A może ta polaryzacja daje siłę? I poparcie np. tych, którzy uważają, że sztuka „Klątwa” nie powinna być dotowana z ich pieniędzy?
– To przecież niejedyne przedstawienie, które powstało za państwowe pieniądze. A państwem jesteśmy my wszyscy. I dlatego chodzi o to, żeby państwo dotowało bardzo różną, pluralistycznie traktowaną sztukę. Żeby dotowało i film o Smoleńsku (z rokującym scenariuszem i reżyserem), i „Klątwę”. Ludzie zaś będą wybierali to, co do nich trafia. Naiwne i niedojrzałe jest założenie, że sam fakt wystawienia „Klątwy” stanowi zamach na coś. Jest wyrazem swobody artystycznej. Są rzesze ludzi, na których to przedstawienie zrobiło ogromne wrażenie. I wcale nie uważają, że łamie jakieś tabu czy jest obrazoburcze w bezsensowny sposób, po to tylko, żeby wywołać skandal. To przedstawienie, które boleśnie i bezkompromisowo wyraża czyjeś poglądy i uczucia. Nie możemy się zgodzić na Polskę złożoną z Polaków cacy i z Polaków be, bez względu na to, kto dla kogo jest cacy albo be. Bo to coś najbardziej tragicznego, toksycznego i brzemiennego w skutki, co w ogóle może się nam wydarzyć. Jestem przeciwnikiem takiego zacietrzewiania się i wielkim przeciwnikiem kłamstwa.

O jakim kłamstwie pan mówi?
– Podam przykład.

Akt 1, scena 2
Mariusz Grzegorzek jako Mariusz Grzegorzek, tenorem;
Rodak: M.G., barytonem;
Były minister środowiska: M.G., basem.
Tenorem: Myślę o takim kłamstwie jawnym, porażającym i bezczelnym, że np. ktoś nakazuje wyciąć puszczę. Ktoś inny, przerażony, pyta, barytonem: „Dlaczego ty, człowieku, ministrze, wycinasz puszczę? To jest bardzo złe”. Minister, basem: „Nie, to nie jest złe, to jest bardzo dobre, to wycinanie puszczy”. Zaniepokojony, barytonem: „Jak to, wycinanie puszczy jest dobre? Puszcza, drzewa, przyroda, zwierzęta, natura to jest coś ważnego w tym boskim porządku, z którego ty, człowieku, podobno się wywodzisz. To jest coś prehistorycznego, co jest naszą macicą, matką naszą. Bez tego nie ma człowieka. Człowiek umiera bez liści, bez drzew, bez zwierząt. Puszcza to jest miejsce święte, to jest dla Boga, dla Jezusa Chrystusa, dla Buddy, dla Jahwe. Dlaczego ty, ministrze, to wycinasz? To było, jest i będzie złe!”. Minister, basem: „A co ty wiesz o korniku? Ty się dowiedz najpierw o korniku, a potem mi gadaj o Buddzie i Jahwe, Jezusie Chrystusie, puszczy, jeleniach, głąbie!”.
(Koniec sceny)

To właśnie przykład potwornego, cynicznego kłamstwa, które niszczy coś, co jest święte. I robi to w imieniu rządu, dla którego podobno wiara jest jednym z podstawowych fundamentów funkcjonowania.

Czy dlatego, że obecnie rządzący często podpierają się wiarą, postanowił pan wyreżyserować w Teatrze im. Jaracza w Łodzi sztukę „Czarownice z Salem”? Proces religijny sprzed 300 lat jest pretekstem do dyskusji o mechanizmach manipulacji i sprawowania władzy?
– Skłamałbym, gdybym powiedział, że to nie był jeden z ważnych powodów. Pomijam już, że to fascynująca, wielowymiarowa sztuka, która mnie jako reżyserowi i aktorom dawała pole do pracy i obcowania z gęstym, ciekawym, inspirującym materiałem. Oczywiście ważnym elementem było mówienie przy okazji – po raz kolejny zresztą – czegoś bardzo ważnego i aktualnego o odwiecznych mechanizmach władzy, które na naszych oczach się wzmacniają. Problem Kościoła jako instytucji manipulującej sytuacją polityczną i biorącej cyniczny udział w życiu politycznym jest bardzo bolesny. W ostatnim czasie unaoczniło się to w sposób dojmujący. Na szczęście establishment Kościoła powoli, gdzieś spod lodu, zaczyna językiem wylizywać dziurkę, żeby wypuścić w świat jakąś drobną uwagę, że może coś nie do końca jest w porządku. Początkowo byłem przerażony, że ci ludzie siedzą cicho, jeżdżą z Szyszką w jakiejś dyni pozłoconej… Widziała pani tę dynię?

Nie.
– Musi pani znaleźć w internecie ten film. To wyglądało jak z bajki Disneya. Szyszko z biskupem, odzianym w przebogate szaty, i karoca w postaci dyni, zaprzężona w konie, jak z amerykańskiego „Kopciuszka”, wjechała na rynek w jakiejś miejscowości. A tam tłum leśników. I wszyscy padali na kolana przed arcybiskupem. Ja jestem protestantem z wychowania, moja mama jest bardzo religijna. Żona pochodzi z bardzo katolickiej rodziny. Mnie to nie tylko kompletnie nie przeszkadza, ale wręcz cieszy, że one są religijne i chodzą do kościoła. Daje im to rodzaj uwolnienia, tonizacji wszystkich trosk. Super. W ogóle nie mam nic przeciwko Kościołowi, dopóki nie zaczyna się bawić w bardzo brzydkie zabawy, takie jak utwierdzanie jakiejś władzy, która w imię wiary robi rzeczy niezgodne z dziesięcioma przykazaniami. Na przykład takie, że Jan Szyszko wycina Puszczę Białowieską. To człowiek, który ma jakieś zamocowanie demoniczne, przerażające. To jest jazda bez trzymanki.

Na szczęście już go nie ma w rządzie… Czy „Czarownice z Salem”, sztuka o procesie religijnym, ma być przestrogą? A może liczył pan, że któregoś dnia pod teatr w Łodzi zajedzie procesja limuzyn rządowych, bo oficjele – posiłkując się przekazem sztuki – będą chcieli ocenić i zrozumieć, czy robią dobrze, czy źle?
– Limuzyny rządowe pod Teatrem Jaracza? W Łodzi? To się nigdy nie stanie. Szkoda marzyć, nie ta liga. Ja chyba w ogóle nie robię tego po to, żeby przestrzegać. Chciałbym dotykać. Dotykać głowy i serca. Chciałbym, żeby widzowie poznali tę historię sprzed 300 lat, która pokazuje problemy zbliżone do dzisiejszych, ale w bardziej intensywny, metaforyczny sposób. Żeby poczuli i zrozumieli. To studzi niepotrzebne emocje i czasem czyni nas lepszymi.

Wydanie: 8/2018

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy