Przyśpieszona lekcja pokory

Przyśpieszona lekcja pokory

Szampan chłodzony w ratuszu na Ursynowie nie mógł smakować inicjatorom warszawskiego referendum. Miny polityków, którzy przyszli świętować odwołanie Hanny Gronkiewicz-Waltz, były tak ponure, że żona Piotra Guziała nie wytrzymała i krzyknęła na całą salę: „Piotrek, uśmiechnij się!”. Niewiele to dało. Bo Guział, który jeszcze w sobotę uważał, że ma zwycięstwo w kieszeni, w niedzielny wieczór bardziej przypominał dziecko, któremu ktoś wyrwał zabawkę, niż zwycięzcę idącego po władzę. Na twarzy miał wypisaną przyśpieszoną lekcję pokory. Drogę od triumfalizmu do klęski. Zbytnio uwierzył sondażom, które zapowiadały wysoką frekwencję, i mediom, które w większości zdążyły pożegnać Hannę Gronkiewicz-Waltz już w sobotę. Realne życie to jednak nie sondaże, ale ludzie. Wyborcy bardzo rozczarowali Warszawską Wspólnotę Samorządową, PiS, Ruch Palikota i nie wiadomo czego szukających w tym towarzystwie pojedynczych SLD-owców. Może ci politycy naiwnie liczyli, że przytulą się do większości? Że będą z ludem? Wyszło, jak wiadomo, tak, że lud stolicy pokazał, iż ma swój rozum. I najbardziej przypadła mu do gustu postawa władz warszawskiego SLD, która sprowadzała się do tego, że wyborca w tej sprawie nie potrzebuje suflerów. I woli bardzo konkretne porozumienie w bardzo konkretnych sprawach, które – załatwione w ciągu roku, jaki został do wyborów samorządowych – znacznie poprawiłyby życie mieszkańców. Lepsze to od mamienia ludzi mirażami sielanki, którą zafunduje wielogłowy twór. Chyba tylko uczestnicy porozumienia wierzyli, że można w prosty sposób zsumować polityków z tak odległymi poglądami i pomysłami na Warszawę. Łączenie ludzi, których poglądy częściej się wykluczają, rzadko może dać efekt wielkiego plusa. Formuła: wszyscy na Hankę, a potem podzielimy łupy, była zbyt prostacka, by mogli się na nią nabrać będący w większości wyborcy centrowi. Elektorat lewicowy nie poszedł na referendum. Zlekceważył apele Kalisza, Olejniczaka, Napieralskiego, Nowickiej czy „Krytyki Politycznej”. Posłuchano Millera i Wierzbickiego. A z tego płyną bardzo oczywiste wnioski w sprawie nieodległych wyborów. Jeśli warszawska Platforma dotrzyma podpisanych z SLD zobowiązań, zastopuje marsz PiS na Warszawę. Jeśli będzie kluczyć i kombinować, jak się z tego wymigać, pogrzebie szanse Hanny Gronkiewicz-Waltz. Referendum ujawniło słabe punkty różnych partii. I bezlitośnie obnażyło realne możliwości polityków. Także tych z partii okołolewicowych. Falstart polityków, o których wcześniej wspomniałem, też należy do tych słabości. Zwycięzców się nie sądzi. Gdyby wygrali, mogliby stawiać warunki. Szkopuł w tym, że szanse na wygraną mieli mikre, a towarzystwo mało komfortowe. Nie wiedzieli o tym? Wiedzieli. A teraz jeszcze lepiej wiedzą, że traktowanie własnych wyborców jak dzieci jest bardzo ryzykowne. Warszawiacy o poglądach lewicowych nie poszli za nimi. I trzeba będzie sporo się napracować, by im zaufali.

Wydanie: 43/2013

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański