Pukanie od spodu znowu aktualne

ZAPISKI POLITYCZNE 

Żydowsko-austriacki arystokrata, baron Letz de Touches, spolszczony na Stanisława Leca, genialny fraszkopisarz, ułożył przerażające zdanie: „Kiedy znalazłem się na samym dnie, usłyszałem pukanie od spodu”. Nie wiem, czy dokładnie cytuję, choć z miniaturami Leca jestem spoufalony, gdyż byłem sekretarzem redakcji tygodnika „Przegląd Kulturalny” w okresie, gdy Lec drukował u nas znaczną część swoich tekstów. Przychodził przedpołudniami do redakcji, otwierał zeszyt i dyktował mi albo sam notował na kawałku papieru kilka zdań, które potem obiegały cały świat i budziły zazdrość pisarzy oraz podziw czytelników. Lec był płatny od sztuki. Nasz szef, Gustaw Gottesmann, redaktor genialny, był jednak dosyć skąpy, przeto udzielał mi surowych zaleceń, bym jednorazowo nie brał zbyt wielu fraszek do druku, zaś Lec, będący zawsze w potrzebie, podsuwał coraz to nowe i wspanialsze zdania z tego zeszytu. Nie zawsze potrafiłem się oprzeć pokusie złamania nakazu oszczędzania. Lubiłem także znęcać się nad Lecem i czasami nieco zmniejszałem końcowy rachunek. Lec wpadał w furię i to dla widowiska, jakie urządzał, dopuszczałem się owych złośliwości. Moja ofiara wykrzykiwała na całą redakcję dramatyczne zdania o krzywdzie, jaka go spotyka i zapewne zmusza do natychmiastowego wyjazdu do Izraela, skąd przecież niedawno dobrowolnie wrócił. Ja, oczywiście, przepraszałem pokornie, łagodziłem furię, bądź co bądź nie tylko przyjaciela naszej redakcji, ale i pisarza wielkiego formatu.
Wspominam dawne figle i współpracę z Lecem, bo chyba teraz, w ostatnie dni rządów prawicy, coraz głośniej odzywa się owo Pana Lecowe pukanie od spodu. Dotychczas mogliśmy obserwować rozpadanie się naszego ukochanego państwa – które raczej nierządem niż rządem trzymało się na powierzchni życia politycznego. Natomiast sam rząd robił spoiste wrażenie i dzielnie trzymał się władzy, z niemałą szkodą dla kraju. Był to jednak fałszywy mit. Okazało się, przy pierwszej okazji, że o żadnej spoistości już nie ma mowy. Poszczególni ministrowie nie rozmawiają ze sobą i złośliwie aresztują wysokich funkcjonariuszy służb bezpieczeństwa, bez powiadamiania zawczasu ich przełożonych.
Pełen dobrej woli premier jest wobec poczynań swoich ministrów całkowicie bezradny, gdyż wylewając z rządu ministra winnego niesubordynacji, uczyniłby z niego męczennika i poprawił jego szanse wyborcze, zaś minister tworzy teraz nową partię polityczną, wyraźnie opozycyjną wobec rządu, w skład którego wchodzi.
Pełna paranoja. Najwyższe funkcje w państwie pełnią w tej chwili ludzie jawnie wrodzy tym formacjom, które ich wyniosły na szczyty władzy, ale gdy przychodzi do głosowania, następują chwilowe sojusze, mające jeden cel. Przedłużyć ważność mandatów poselskich, z uwagi na finansowe konsekwencje trwałości układu, który w rzeczywistości dawno się już rozpadł. Nie mamy w katalogu pisarzy współczesnych nowego Dołęgi-Mostowicza, który mógłby ten przedziwny system sprawowania władzy w dużym europejskim kraju dokładnie i zabawnie opisać. Musimy bez niczyjej pomocy nasłuchiwać tego pukania od spodu, co może byłoby nawet dość śmiesznym zajęciem, gdyby nie unosiła się nad naszym ukochanym krajem przerażająca wizja wielkiego kryzysu finansów państwa, prowadzonych od długiego czasu lekkomyślną ręką. Mnożą się bowiem długi, są już jawne objawy kryzysu znacznej części przedsiębiorstw, rosną różne deficyty, a jedynym sposobem na zrównoważenie budżetu jest ponowne zadłużanie kraju u następnych pokoleń w postaci wysoko oprocentowanych obligacji, do zapłacenia przez nasze dzieci bądź nawet wnuki.
Kiedy upadało państwo komuny, zostawiało ludziom „Solidarności”, do których przegrało los kraju, spory bałagan, ale i gigantyczny majątek, marnotrawiony teraz, co prawda, na wszelkie możliwe sposoby, mimo to pozwalający od wielu lat na łagodzenie coraz większych dziur budżetowych, wywoływanych przez nieudolność władzy i hołdowanie obłędnym teoriom ekonomicznym, doprowadzającym gospodarkę do stanu powszechnej deficytowości. Słynne i wychwalane chłodzenie gospodarki skończyło się jej wcale nie powolnym zamrażaniem, co wyrzuca na bruk nowe, olbrzymie rzesze pracowników, nie mających ani możliwości, ani nadziei na odzyskanie pracy i zarobków. Luminarze rządowi nie czują zupełnie nastrojów społecznych i przy każdej okazji opowiadają androny o wielkich sukcesach prawicowych rządów, mających odwagę prowadzenia potrzebnych krajowi reform. Społeczeństwo zaś na każdym kroku widzi te reformy inaczej: jako gigantyczną paradę nieudolności władzy. Reformy są, ale jakże spartaczone, mówią ludzie, ofiary jawnie głupich poczynań.
Pospolitym pocieszeniem jest nadzieja, że to już niedługo potrwa, ta prawicowa dewastacja kraju, co, niestety, jest przeświadczeniem fałszywym, gdyż nowy układ polityczny odziedziczy kraj w ruinie, bez tego olbrzymiego majątku po komunie, jaki przejęła prawica, gdy obejmowała władzę, co nie było tak bardzo konieczne, gdyby Unii Wolności nie ogarnęła pazerność na władzę i stanowiska. Już w początkowym okresie rządów ugrupowania bluźnierczo posługującego się świętym imieniem „Solidarności” było jasne, że rządy nieuków i karierowiczów nie będą dobre dla Polski. Gdyby Unia już wtedy zerwała koalicję i doprowadziła do nowych wyborów, jej przegrana, którą teraz obserwujemy, nie byłaby tak olbrzymia, a szkody, jakie zostały wyrządzone Polsce, zostałyby zminimalizowane. Niestety, unici nie pomyśleli wtedy o Polsce. Byli przejęci swoimi karierami. Teraz gorzko za to zapłacą. Pukający od spodu nie znają litości.

PS Felieton napisałem rano. Po południu min. Kaczyński został zdymisjonowany. Rzeczywistość nas przerasta.
4 lipca 2001 r.

Wydanie: 28/2001

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy