Pejzaż, który zostanie

Kiedy ten felieton ukaże się drukiem, będzie już po wyborczej niedzieli, 8 października, a więc rozstrzygną się pytania, które zajmują nas obecnie. A więc będzie, czy nie będzie drugiej tury? A jeśli będzie, to kto w niej stanie się rywalem Aleksandra Kwaśniewskiego, skoro Marianowi Krzaklewskiemu nawet najbardziej dramatyczne “rzuty na taśmę” nie przysparzają głosów także wówczas, gdy odbierają je jego przeciwnikowi?
Wszystko to w poniedziałek będziemy mieli już z głowy, chociaż oficjalne wyniki poznamy dopiero za kilka dni. Nie będziemy mieli jednak z głowy pejzażu Polski politycznej, który odsłoniła nam kampania wyborcza.
Jest to pejzaż niewesoły.

Marek Beylin (“GW”, 4.10.br.) przyglądając się sloganom wyborczym wszystkich prezydenckich kandydatów, napisał niezwykle trafnie, że ich wyobrażenie o Polakach, do których się zwracają, składa się na obraz społeczeństwa zmęczonego, pozbawionego szczególnych aspiracji, którego głównym horyzontem myślowym jest rodzina, dom, dzieci, żeby było spokojnie, ciepło, miło i “po równym”. Zadrwił, że “dom wszystkich – Polska” Kwaśniewskiego dać ma w rezultacie “bezpieczną przyszłość” i “rodzinę na swoim” Krzaklewskiego. Nikt tu nie jest burzycielem, a już tym bardziej budowniczym jakichkolwiek nowych form życia zbiorowego, które zapewne ułożą się same, w myśl staropolskiego “jakoś to będzie”. Owo wyobrażenie kandydatów do prezydentury o społeczeństwie, którym chcą rządzić, jest tym bardziej zastanawiające, że równocześnie wszyscy oni – z jednym wyjątkiem – twierdzą zgodnie, że ostatnie 11 lat przeobrażeń zostało, tak lub inaczej, zmarnowanych.
Logika tego jest słaba, jak to u nas, choć nikogo to nie razi.
I nie zmienia przy tym faktu, że sam okres kampanii wyborczej ujawnił nam obraz dodatkowy, od którego nie da się uciec. Nie subiektywny, ale obiektywny właśnie, realistyczny.
Jest to, w skrócie, obraz rozchwiania państwa i jego powagi. Już samo to, że w wielkim zgiełku, w powszechnych wyborach wybieramy prezydenta, którego konstytucyjne uprawnienia są, tak jak u nas, nikłe, daje do myślenia. W Ameryce właśnie dwaj prezydenccy kandydaci biorą się za bary, ale ten, kto tam wygra, będzie rządził naprawdę. U nas nasilenie motywów osobistych, przedstawianych nierzadko w plugawych barwach, przy niedowładzie programów, oznacza, że nie oceniamy ewentualnych prezydentów jako mężów stanu, a już prędzej jako mężów swoich żon. Ogłoszenie zaś w mieście Krakowie urzędującego szefa państwa “persona non grata” pokazuje, że nie odeszliśmy zbyt daleko od państwa saskiego, gdzie “szlachcic na zagrodzie”, i że regionalna samorządność zmienia się nam w parodię.
To wszystko, niestety, zostanie z nami, gdy przycichnie kampania wyborcza. Nigdy nie byłem szczególnym “państwowcem”, za ważniejsze od państwa uważałem zawsze społeczeństwo, jego autentyczny byt i jego nieformalne więzi. Ale dzisiaj problem państwa staje się sprawą pierwszorzędną w obliczu globalizacji. Globalizacja jest procesem nieuchronnym, ale przebiegać on może rozmaicie. Może więc oznaczać bezradność społeczeństw poddanych globalizacyjnym wpływom, co w wypadku krajów słabych jak Polska równa się zawłaszczeniu tego, co w nich cenne przez zagraniczny kapitał i stopniowej degradacji do poziomu Trzeciego Świata. Może jednak także, przy sprawnym i świadomie działającym państwie, oznaczać sterowanie procesem globalizacyjnym, osłanianie dziedzin szczególnie narażonych, regulowanie tempa i zakresu umiędzynarodawiania struktur gospodarczych, dbałość o rynek pracy. Tego państwo polskie przez 11 lat nie potrafiło robić, ponieważ było słabe, niepoważne, działające chaotycznie i bezplanowo. Obraz ujawniony podczas wyborów też nie nastraja optymistycznie, a właśnie odbudowa państwa musi być teraz zadaniem najważniejszym.
Jakiego państwa?
Pan Walendziak i pan Konrad Szymański strasząc przed wyborami – czy też ich pierwszą turą, jak kto woli – Kwaśniewskim, twierdzili (“GW”, 2.10.br.), że jego zwycięstwo pociągnąć może rozhulanie się SLD i spod owczej skóry formacji centrowej wyjdzie z Sojuszu złowrogi wilk postkomuny. Wyjdzie – i cóż on zrobi, zdaniem autorów? Otóż, ich zdaniem, odmieni ustawę antyaborcyjną, spowolni prywatyzację, upomni się, poprzez system podatkowy m.in., o interesy ludzi pracy najemnej poszkodowanych przez reformy rynkowe, wreszcie rozpęta “wojnę światopoglądową” przeciw “obyczajności i własności”, to znaczy opowie się za państwem świeckim.
Otóż nie wiem, czy SLD, a także popierany przez tę partię kandydat prezydencki, noszą się z takimi zamiarami, uważam natomiast, że powinni. Nie tylko dlatego, że z tym właśnie mniej więcej wiążą się nadzieje stałego elektoratu SLD, ale dlatego, że są to również nadzieje zwyczajnych ludzi, którzy wybierając pomiędzy AWS-em a Sojuszem lub między Kwaśniewskim a jego rywalami, gotowi byli poprzeć tego drugiego.
Niedawno w “Polityce” opublikowano cykl artykułów zagranicznych komentatorów na temat Polski i większość z tych autorów, poza grzecznościowymi frazesami, wskazywała również na nasz kraj jako na twór konserwatywny, zacofany obyczajowo, klerykalny, odbiegający nie tylko gospodarczo, ale i mentalnie od standardów europejskich. Nie można tego nie zauważać, ani nie widzieć, że klimat kampanii wyborczej potwierdził te wszystkie obserwacje. I to również, niestety, zostanie po wyborach jako sprawa do rozwiązania, a przynajmniej jako przedmiot do wyraźnego wyartykułowania. Nie chodzi tu o “wojnę światopoglądową”, to nonsens. Ale chodzi jednak o przewietrzenie niektórych przynajmniej naszych obyczajów i naszych skamielin umysłowych. Nawet, gdyby trzeba się było o to trochę pokłócić.
Kampania prezydencka w warstwie inwektyw i połajanek personalnych wyglądała niezwykle burzliwie. Ale w warstwie rzeczywistych postulatów i zapowiedzi przebiegała, jak słusznie zauważa Beylin, w rytmie kołysanki. Nie jest to rytm sprzyjający czemukolwiek poza drzemką. A porzekadło mówi: nie śpij, bo cię okradną. KTT

Wydanie: 41/2000

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy