Szmer strumyka

KUCHNIA POLSKA
Myślę, że gdybym żywił jakiekolwiek uczucia względem pana Ujazdowskiego, ministra kultury i dziedzictwa narodowego, byłoby to osobliwe uczucie wdzięczności. Pan Ujazdowski bowiem niemal każdym swoim posunięciem dowodzi tego, co sam głoszę z pewnym uporem, a więc że kultura i twórczość artystyczna nie są bynajmniej obszarami, nad którymi unosi się arkadyjski klimat łagodności, wzajemnego zrozumienia i pojednania, lecz przeciwnie, jest to – a przynajmniej powinien być – obszar, na którym zderzają się różne racje, nie tylko artystyczne, ale także światopoglądowe i moralne, żeby już nie mówić o racjach politycznych.

Przekonanie o owym arkadyjskim charakterze kultury, przyjmowane i głoszone obłudnie także przez polityków zajmujących się tą dziedziną, wywodzi się, jak sądzę, z dwóch źródeł. Pierwszym jest paniczny lęk, aby nie być posądzonym o nadmierne upolitycznienie kultury, co było cechą okresu socrealizmu, drugim zaś obawa, aby kultura i twórczość artystyczna wpisane w kanony sporu ideowego nie stały się źródłem jakichś kłopotów, których za wszelką cenę staramy się unikać. Dlatego też wygodniej jest przedstawiać kulturę i sztukę w stanie mdłego uśpienia niż jako arenę, na której rozgrywa się spór racji daleko wykraczających poza kwestie ściśle artystyczne.
I właśnie minister Ujazdowski przerwał ten chocholi taniec, pokazując jasno i wyraźnie, że jego zdaniem, kultura polska ma być chrześcijańska, grzeczna i prawicowa.
Pierwszym jego krokiem w tej sprawie była głośna interwencja podczas wystawy “Naziści” w warszawskiej Zachęcie, którą minister po prostu polecił zamknąć, jeśli jej autor nie doda do niej odpowiedniego wyjaśnienia, co oczywiście byłoby nonsensem. Wystawa ta, jak wiadomo, pokazywała portrety znanych aktorów, przebranych w różnych filmach w mundury nazistów i hitlerowców. Nie był to oczywiście wyrzut pod adresem samych aktorów wykonujących swój zawód, który polega na przebieraniu się w różne szatki, w zależności od scenariusza – choć tak to zrozumiał Daniel Olbrychski, a także podobno Belmondo – lecz zachęta do zastanowienia nad dziwnym stanem ducha światowej kinematografii, która katom i zbrodniarzom przydziela swoje najbardziej znane twarze, niejako podtrzymując w ten sposób nazistowski mit nadludzi. Pan minister uznał jednak takie zastanowienie za zbyteczne i postanowił wystawę w Zachęcie zamknąć, wskazując równocześnie na ten gmach jako na miejsce podejrzane.
Wskazówkę tę podjęli ideowi stronnicy ministra i wkrótce później grupa parlamentarzystów postanowiła odwalić głaz, który na innej wystawie w Zachęcie przywalał postać Jana Pawła II, co uznano za profanację. Było to o tyle osobliwe, że przecież cała ikonografia chrześcijańska przerośnięta jest symbolami męczeństwa, wolno jednak, jak widać, Chrystusowi upadać pod krzyżem, nie wolno natomiast Karolowi Wojtyle upadać pod głazem symbolizującym ciężar jego misji.
Po tych dwóch incydentach pan minister postanowił ostatnio przystąpić do działań bardziej systemowych. Zdecydował się mianowicie powołać przy Zachęcie, a także przy warszawskim Centrum Sztuki Współczesnej, drugiej placówce podejrzanej o nieprawomyślność, mianowane przez siebie rady programowe, mające spełniać funkcje kontrolne. Dotąd rady takie, powoływane przez dyrektorów tych placówek, miały spełniać faktycznie rolę doradczą i artystyczną, obecne zaś, ministerialne, mają po prostu trzymać za uzdę dyrektorów, którzy, jak pani Anda Rottenberg na przykład, wykazują zbyt mało pokory, a zbyt wiele intelektualnej ruchliwości.
Wymieniam tu tylko najgłośniejsze czyny ministra, ale sens tego jest chyba jasny. Pan Ujazdowski przerwał po prostu cykl udawanek, że w twórczości artystycznej o nic nie chodzi i jest to tylko kojący szmer strumyka, miły wszystkim uszom. Niewykluczone, że przerwał on również w ten sposób okres stagnacji umysłowej zarówno w polskiej sztuce, jak krytyce, a wreszcie polityce kulturalnej. Bo teraz już na pewno trudniej będzie udawać, że kultura jest letnią wodą, wypraną z treści.
Ostatnie lata w kulturze polskiej były latami zalęknienia po stronie rzeczników kultury racjonalnej i społecznie postępowej oraz niesłychanej ekspansji sloganów i aksjomatów prawicy. Do tego stopnia, że zaczęto przyjmować je jako prawdy oczywiste. Niedawno w “Gazecie Wyborczej” przeczytałem na przykład zapis sporu pomiędzy Ligą Republikańską a SLD-owski-mi władzami miasta Radomia o to, czy postawić, czy też nie postawić w tym mieście pomnika WIN-u, zbrojnej organizacji walczącej z Polską Ludową. W sporze tym padały rozmaite argumenty, ale nikt nie zgłosił wątpliwości co do tego, że WIN-owcy, strzelający do ludzi lewicy, byli prawdziwymi patriotami, walczącymi o Polskę.
Otóż nie jest to wcale takie pewne. Ale żeby powiedzieć to na głos, trzeba wyrwać się spod kulturalnego terroru prawicy. Moja wdzięczność dla p. Ujazdowskiego bierze się więc stąd, że uczynił on ten stan rzeczy wyraźnym.
KTT

Wydanie: 9/2001

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy