Przegląd obrzydliwości

Zapiski polityczne 27 marca 2003 r.

Dopiero wczoraj odnalazłem w „Przeglądzie” notatkę informującą o haniebnym zdarzeniu, którego sprawcą jest poznański szmatławiec „Wprost”. Napisano tam o mnie, że jestem „chorym człowiekiem, któremu przed posiedzeniem Sejmu wydaje się przepustkę ze szpitala psychiatrycznego i zdejmuje kaftan bezpieczeństwa”. Obrzydliwość tego ataku nie polega tylko na tym, że jest obraźliwy. Gorzej. Zawiera on naigrawanie się z pewnego faktu. Ja istotnie sporo przebywam w szpitalach, ale nie choroba psychiczna mnie męczy, lecz nowotwór. Prowadzę z nim od blisko dwóch lat dość beznadziejną walkę toczoną przy pomocy grona znakomitych chirurgów. Trzeba być skończonym szubrawcem, aby moje perypetie z rakiem ogłosić chorobą psychiczną, i sądzę, że Marek Król, były sekretarz KC PZPR, był i jest skończonym draniem. Jego parszywa publikacja nie zmniejszy ani nie zwiększy dramatu, jaki muszę raz po raz przeżywać na stole operacyjnym, ale mówi wiele, kim jest naprawdę ten w mętny sposób ogromnie wzbogacony pospolity łobuz.
Ostatnie dni obfitowały w ogóle w liczne obrzydliwości. Oto w Sejmie RP toczyła się wczoraj debata o udziale małej grupki polskich żołnierzy w wojnie przeciw jednemu z największych zbrodniarzy ostatnich czasów, Saddamowi Husajnowi, krwawemu dyktatorowi Iraku, brutalnemu mordercy tysięcy ludzi z uprzywilejowaniem nieszczęsnych Kurdów, gnębionych przez kilku sąsiadów od niepamiętnych czasów. Obecny konflikt stwarza temu narodowi nadzieję na odmianę losu, zaś Polska, przyłączając się do antysaddamowskiej koalicji, nie działa na własną szkodę. Cóż jednak się stało w Sejmie? Oto ocenę sprawozdania rządowego na ten temat zamieniano w obrzydliwe ataki na rząd. Z wojny przeciw Husajnowi zrobiono zbiorowym wysiłkiem partii opozycyjnych walkę z polskim rządem, stosując obrzydliwe chwyty i pomówienia, jak np. nazwanie naszych żołnierzy najemnikami. Kluby opozycyjne wysłały do walki z rządem postacie raczej trzeciorzędne, ale pyskate, i mieliśmy kolejny objaw wrogości wobec własnego państwa, pokazujący bardzo wyraźnie dramatyczny stan świadomości politycznej Polaków, którzy do sprawowania najwyższej władzy w kraju wybrali olbrzymie grono osobników niezdolnych do obrony interesów własnego państwa.
Jeszcze większą grozą powiało po sali sejmowej, gdy doszło do debaty o wotum nieufności wobec wicepremiera Marka Pola. Jest to, jak wszyscy wiedzą, człowiek o niespożytej energii i wręcz trudnej do uwierzenia pracowitości. Wymyślił – nie wiem, sam czy z gronem współpracowników – skuteczne lekarstwo na tragiczny stan polskich dróg. Posłowie ZSL, czytaj teraz: PSL, długo zachwalali ustawę o budowie autostrad, by na chwilę przed głosowaniem w Sejmie postawić kategoryczne warunki. Poprzemy ustawę, ale tanio naszych głosów nie oddamy. No i wystawili listę żądań niemożliwą do zaspokojenia bez poważnego naruszenia interesów państwa. Padła więc panapolowa ustawa o autostradach, a PSL wyleciało z koalicji i teraz odgrywa się, gdzie może na byłych koalicjantach na zasadzie „chłop żywemu nie przepuści”. Do walki z Polem przystąpiły również kluby opozycyjne. Zaczął się kolejny popis obrzydliwości. Jeden po drugim wstawali różni kłamcy oraz spece od szkalowania ministrów wrogiego im rządu i w długich przemówieniach mówili o Polu jedynie kłamstwa i obelgi. Powoływali się na jakieś bzdurne artykuły prasowe, których wiarygodności nie chcieli bądź nie potrafili sprawdzić. Wymyślali nieprawdziwe fakty, dając pokazy braku elementarnych kwalifikacji do pełnienia obowiązków poselskich. Kluby opozycyjne jakby się tych działań przeciwko Polowi nieco wstydziły, gdyż do walki z nim znowu wydelegowano raczej czwarty garnitur polityków. Zarówno premier Miller, jak i sam Marek Pol zabierali w debacie głos, wykazując całkowitą bezpodstawność zarzutów i kłamliwość stwierdzeń, ale to nie przeszkadzało następnym mówcom w rzucaniu obelg i pomówień na Pola. Doszło wreszcie do głosowania i Marek Pol wygrał je bez – jak nam się wydawało – problemu, gdyż opozycji zabrakło głosów na obalenie wicepremiera. Po stronie rządzącej koalicji pojawiła się ogromna radość, ale nie trwała długo, gdyż wkrótce ujawniła się kolejna obrzydliwość tego dnia, mianowicie wykryto, że ktoś głosował kartą nieobecnego (na skutek długiej choroby) posła SLD, a potem ujawniono drugi taki przypadek.
Bzdurność tego niby to ratującego Pola działania polegała na tym, że wynik głosowania był uzależniony nie od głosów przeciw odwołaniu, lecz od głosów na tak, zebranych przez opozycję, więc to fałszerstwo – nie dość, że obrzydliwe – okazało się na dodatek całkiem niepotrzebne, a jakiś gorliwiec raczej Polowi zaszkodził, niż pomógł.
A dzisiaj rano radio nadało informację o procesie naszych dzielnych żołnierzyków, którzy z magazynów marynarki wojennej pokradli spore ilości różnego rodzaju śmiercionośnych narzędzi. Skazano kilkudziesięciu marynarzy. Wyroki małe, nawet raczej bardzo łagodne, ale jaki wstyd dla wojska. I znowu na listę tego przeglądu obrzydliwości musiałem dopisać kolejne hańbiące nas – jako naród – wydarzenie.
Jeśli się patrzy na każdą z tych spraw oddzielnie, to można powiedzieć, że „różnie się plecie po całym świecie”, ale gdy się to wszystko pojawi razem ciągu kilkunastu godzin, to zaczynają mnie ogarniać „strach i trwoga”. Można sobie te wszystkie obrzydliwości tłumaczyć na różne sposoby. Że to niby skutki wielu lat ustroju totalitarnego, że parlamentowi brak doświadczenia, że wybory – po kilkudziesięciu latach zamarcia autentycznego życia politycznego – nie eliminują dostatecznie tych, którzy nie powinni dostać się do organów władzy. To wszystko prawda. Wszystko można wytłumaczyć i usprawiedliwić, ale jak z tym bagażem obrzydliwości żyć? Oto jest pytanie, na które nie znajduję odpowiedzi. Pociesza mnie świadomość, że to już niedługo…

 

Wydanie: 14/2003

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy