Ciszej nad tą setką

Ciszej nad tą setką

Żadnych marszów, mszy, świąt, obchodów, występów, ceremonii, celebr, armat, ankiet, kanonów, spisów, obiadów, sondaży, koncertów, biegów, recytacji, parad, publikacji, defilad, procesji, nazewnictwa, pomników. Niech zapadnie wszechogarniająca cisza na 100-lecie odzyskania niepodległości. Niechby przyszło 100 atletów i każdy zjadłby ze 100 kotletów (sojowych), to nie udźwigną, taki to ciężar, taka to nuda, taka bezradność. Co to za miara? Bo 100 gramów – to jeszcze można udźwignąć, ale 100 lat? Poza tym tamte 100 lat trwało lat 75, od 1914 do 1989 r. Nie ma tu żadnego powodu, żeby akurat teraz tym się wachlować. Jak dobrze, że rządzący Polską nie są w stanie ogarnąć tego pomysłu na świętowanie. Dopóki nie trzeba tego przekuć na konkret, okadzają się na okrągło, a jak przychodzi moment, następuje pustka i niemota. Może to zresztą nie tyle okadzanie, ile kwitowanie – budżet obchodów wynosi niemal 200 mln zł.

Chaos współczesności, nieogarnialność świata, niemożność zrozumienia procesów zachodzących globalnie i wytyczających nam w abstrakcyjnej korelacji rytm dnia kumuluje strach przed nieznanym, kłębią się więc chmury wrogości, zachmurzenie gniewu wzrasta, agresja buzuje. Do ognia dolewają oliwy specjaliści od marketingu politycznego, bo taką mają pracę. Mediów nie ma, bo są biznesem, a kiedy informacja staje się towarem – przestaje być tym, czym powinna.

Fakty stają się nieodróżnialne od niefaktów, fake’ów, zmyśleń, manipulacji, ubotowienia pozornych debat w cyfrowej pustyni udającej wspólnotową rozdyskutowaną agorę. Odbywa się festiwal niepamięci, pisania historii na nowo (co można zrozumieć, ale może winna istnieć jakaś racjonalna reguła nowego historyczenia?).

Cała ta rocznica jawi się jak jakiś widmowy obowiązek, który sensu żadnego nie niesie, jest jakąś kulą u nogi, staje się nie okazją do namysłu, sporu, uczciwego bilansu zamknięcia, tylko pretekstem do dziecinnego akademiowania pod przymusem, z infantylnym recytatywem pod dyktando skrajnej prawicy, którą jest niemal cała klasa polityczna, nie zdając sobie zresztą z tego sprawy. Trudno nawet wymienić, co takiego udało się – jeśli w ogóle tak się stało – wytworzyć, dokonać, zakończyć, co mogłoby być wyrazistym, zrozumiałym, bardziej niż własny krąg elektoratowy wspólnotowym dokonaniem na tę nieszczęsną setkę. Ani duma, ani radość, ani motywacja, ani nauka, ani drogowskaz, ani wizja.

Ale może właśnie ta entropia talizmanu zwanego patriotyzmem, który żywi się taką celebracją, puentuje go najpełniej i najdoskonalej? Zaglądamy do tego dzbana polskością zwanego, co do niego nalewamy i wypijamy niepodlegle od 100 lat, a on ci okazuje się pusty i głucho dźwięczący? Mieliśmy róg, mamy dzban, na jedno wychodzi – tam nie zadmiesz, tu nie wychylisz. Wszystko skrojone pod tę polskość nieszczęsną, a ona jałowa, nieinspirująca, klei się do nóg i głów jak jakiś mgielny, wszechoblepiający klej. A rodacy w nim na kolanach i ani iść, ani wstać. Można gardłować o wstawaniu z kolan, ale taka opowieść tylko potęguje wymowę bezsilnej niemocy.

Jednym słowem, nic tak nie wymęcza jak rocznice, wirtualne byty władające żywymi ludźmi. Wiemy doskonale, że polityka to spektakl, ale nużąca potworność tego przedstawienia usypia tak skutecznie, że nawet snów się odechciewa w podobnym stanie.

Zdaję sobie doskonale sprawę, że mógłbym inaczej, że alternatywnie, że przywracając miarę, od kultury, gdzie prawicy mamy w tym nieszczęsnym wieku w ilościach śladowych, naskórkowych. Żeby wspomnieć o niebotycznie potężnym projekcie emancypacyjnym, którego podmiotem i beneficjentkami stały się kobiety polskie – ale dziś znowu muszą walczyć o to, co wydawało się już historią, te mury patriarchalnej katedry wciąż stoją i straszą. Kiedy dzisiejsze prawa stają się niewidoczne, bo po prostu niby są – znika horyzont zaangażowania. Kiedy rozmawiam ze studentkami i próbuję wspominać o tym, że przed 100 laty nie było kobiet na uczelniach ani w lokalach wyborczych, mam wrażenie, jakbym opowiadał o plejstocenie, a ich wzrok mówi: o co chodzi, przecież jesteśmy na studiach, a polityka nas nie interesuje.

Nie da się ukryć, że opowieść o Niepodległej okrutnie mnie dołuje, zniechęca i skłania do sarkazmu. Nawet gdy próbuję konstruktywnie – wychodzi jak zawsze. No, w rzeczy samej nie mam ciepłych uczuć do tej rocznicy, do tych marszów, do tej cywilizacyjnej cofki, której doświadczamy przygnieceni trumnami marszałka i Dmowskiego. Jak to pisał Zbigniew Herbert w „Prologu”:

Rów w którym płynie mętna rzeka
nazywam Wisłą. Ciężko wyznać:
na taką miłość nas skazali
taką przebodli nas ojczyzną.

Czas sobie tę włócznię wyrwać i jako z kosturem powędrować w inną drogę.

Wydanie: 45/2018

Kategorie: Felietony, Roman Kurkiewicz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy