Zakłamanie

Zakłamanie

Bez uprzedzeń

Felieton na temat akcji „Wisła” wywołał niespodziewanie duże zainteresowanie czytelników. Otrzymałem sporo listów i mimo upływu dwu tygodni ciągle otrzymuje nowe. Ta korespondencja jest nietypowa. Czytelnicy prócz swoich refleksji, wspomnień, opowieści biograficznych przysyłają mi także materiały historyczne i etnograficzne (domyślam się, że specjalnie dla mnie poszukane) oraz książki. Z tych ostatnich szczególnie interesująca wydaje mi się „Z kresów wschodnich na zachód” Moniki Śladewskiej. Nie ze wszystkimi poglądami autorki mógłbym się zgodzić, ale to, co opowiada o swoich własnych przeżyciach, jest pasjonujące, zjednujące czytelnika prostolinijnością i autentyzmem. Jest też bardzo dobrze napisane. Autorka przeżyła rzeź na Wołyniu dzięki temu, że znalazła się wraz z rodziną w miejscowości Zasmyki, jedynej, jaką Armii Krajowej udało się obronić przed UPA. O emocjonalnej sile sprzeciwu wobec stanowiska obecnych władz polskich w sprawie akcji „Wisła” świadczy także sięganie po wierszowaną, poetycką formę wypowiedzi. Niektórzy sądzą, że obrona słuszności akcji „Wisła” jest teraz zakazana lub co najmniej niebezpieczna. Drodzy czytelnicy, to nieprawda, nie lękajcie się! Co najwyżej jakiś łobuz literacki obrzuci was swoimi ciężkimi dowcipami. Fałszerze etykietek nazwą was nacjonalistami albo komunistami, albo jednymi i drugimi zarazem. Otrzymałem też artykuł odrzucony przez dwie czy trzy redakcje. Artykuł rzeczowy i dobrze napisany. Trudna rada, mamy wolność słowa, jak oni chcą, to nas drukują, jak nie chcą, to nie drukują.
Jakie rozumowanie doprowadziło władzę solidarnościową oraz imitujących ją działaczy lewicowych do wniosku, że trzeba na nowo pojednać Polaków i Ukraińców? Przecież w ciągu 40 powojennych lat pojednanie nastąpiło. Poza lokalnymi czy środowiskowymi fanaberiami o podłożu raczej religijnym niż narodowym żadnych konfliktów nie było. Słuszna, przez obie strony uznawana granica dawała gwarancję, że te dobre stosunki utrzymają się w przyszłości. Kresowiacy mający prawo uważać się za pokrzywdzonych, odwiedzając swoje strony rodzinne, nie spotykali się tam z wrogością (wyjątki zawsze są możliwe) i sami wrogości tam nie wwozili. Dla społeczeństwa polskiego żadna otwarta kwestia ukraińska nie istniała, dopóki zwolennicy pojednania jej nie wynaleźli. Można by się niepokoić, że w przeciwieństwie do Polski i krajów Europy Zachodniej nacjonalizm na Ukrainie nie jest nurtem marginesowym, pobocznym, lecz ideologią niemal oficjalną. Podchodzimy do tego z wyrozumiałością, mając prawie pewność, że z tym nacjonalizmem nie utożsamią się ani wschodni Ukraińcy, ani Rosjanie, których tam jest 10 milionów, ani Żydzi, ani inne mniejszości stanowiące razem znaczną siłę, ani w przyszłości ci kapitaliści zagraniczni, bez których Ukraina nie podźwignie się gospodarczo i nie będzie mogła istnieć jako liczące się państwo. Uświadomienie sobie tego stanu rzeczy lepiej uspokaja niż jakiekolwiek wyproszone przez nas ukraińskie symboliczne gesty pojednania.
Ludzie prywatnie myślą sobie to, czego ich własna biografia nauczyła, media głoszą to, czego moda, szyk intelektualny wymaga. Obecnie ten szyk polega na przezwyciężaniu przeszłości, rozliczeniach z historią, wydobywaniu z niepamięci starych krzywd, no i głoszeniu pojednania, w razie braku niepojednanych, także pojednania pojednanych. Jaka rola w tej sytuacji należy do władzy państwowej? Ma ona dość kłopotu z teraźniejszością. Mało prawdopodobna jest taka podzielność uwagi, aby jednocześnie uprawiać z natury rzeczy irracjonalne rozliczenia z historią i racjonalnie kształtować czy choćby planować przyszłość.
W historii stosunków polsko-ukraińskich nie było zdarzeń, które można by obustronnie dobrze wspominać. Więc lepiej nie wspominać, zwłaszcza urzędowo. Polityka prowadzona według zasady: „przeżyjmy to jeszcze raz, ale w duchu przebaczenia” jest dogłębnie fałszywa. Sentymentalizm nawet w stosunkach między osobami jest zawsze podejrzany o fałsz.
W sprawie cmentarzy należy się ograniczyć do wyegzekwowania międzynarodowych konwencji. Niech abstrakcyjne, międzynarodowe prawo reguluje sprawy z natury rzeczy drażliwe, zawierające w sobie potencjał podburzania.
Zaogniający się ostatnio w Europie Środkowej i Wschodniej spór o przeszłość może wygaśnie wskutek znudzenia się wszystkim stronom. Jeśli się nie znudzi, doprowadzi do nowych wrogości narodowych. Czy struktury polityczne Unii Europejskiej i NATO będą wystarczające do obezwładnienia destrukcyjnych sił, jakie wyrosną z tego sporu? Co może wyniknąć z tak obecnie modnego przypominania i stawiania niejako przed oczy tych wszystkich wypędzeń, jakie miały miejsce w tej części Europy. Niemcy wypędzili Polaków, Czesi wypędzili Niemców, Ukraińcy wypędzili (przeważnie do grobu) Polaków, Polacy wypędzili (dajmy na to) Niemców i Ukraińców, Węgrzy Słowaków (a raczej odwrotnie), Rumuni Węgrów (lub odwrotnie) itd., itp. Przypominajmy to sobie, wnikajmy w szczegóły, przepraszajmy i prośmy o przeproszenie, a interwencja pokojowa wojsk NATO będzie pożądana, choć nie wiadomo, czy wystarczająca do położenia kresu tym wszystkim upiornym pojednaniom.
Do mojej świadomości ta parszywa problematyka dotarła, w momencie gdy Senat potępił akcję „Wisła”. Dziś trudno w tym akcie nie widzieć jednego z pierwszych objawów regresji kierującej się w stronę etnicznych rozliczeń, choroby dającej o sobie znać coraz częściej w coraz to nowym miejscu Europy Wschodniej i Środkowej.
Mimo nawyku czytania gazet nie zauważyłem, kiedy KBW został uznany za formację przestępczą. Nie wiedziałem, w jakim kraju żyję, i pewnie nadal mam wiele do odkrycia. Osoby, które cudem uratowały się z rzezi urządzonej przez UPA, które nigdy nie uwolnią się od widoku mordowanych rodziców, braci, sióstr, teraz muszą pogodzić się z tym, że żołnierzom KBW walczącym z UPA odebrano prawa kombatanckie. Z woli solidarnościowych władz i mediów odium z UPA zostało przeniesione na formację wojska polskiego. Rządząca lewica nie widzi w tym żadnego skandalu.

 

Wydanie: 21/2002

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy