Pusta izolatka

Pusta izolatka

W Ustrzykach zabrano dzieciom lekarza i pielęgniarkę.
Jeszcze nie doszło do tragedii 

Adaś słaniał się na nogach. Miał 41 stopni gorączki i grypę. Rodzice zabrali go do domu z receptami na antybiotyki oraz witaminy. Bezrobotni pracownicy zlikwidowanego PGR-u nie mieli pieniędzy na zakup lekarstw. Ponieważ jego stan pogarszał się, matka wsadziła go w autobus do Ustrzyk. Z przystanku do Ośrodka Szkolno-Wychowawczego doszedł sam. Usiadł na schodach i płakał.
Kasia cierpi na padaczkę, podczas ataku zanieczyszcza się. Kiedy to się zdarzyło pierwszy raz, Małgorzata Głuszko zadzwoniła po pogotowie. Dowiedziała się, że to choroba przewlekła, więc w ciągu dnia karetka nie przyjedzie i trzeba wezwać lekarza z przychodni lub zawieźć tam dziecko. Janusz Wilczak, który miał dyżur w internacie, zostawił innych wychowanków i zawiózł ją do lekarza. Bał się, że nie zdąży…
Basia wróciła od rodziny z owrzodzonym brzuszkiem, udami i rękami. Bogusława Dydacka-Mazurek, nauczycielka, stwierdziła, że to świerzb. Dziewczynkę trzeba było natychmiast odseparować w izolatce, ale dyrekcja ośrodka nie mogła jej zapewnić opieki. Wezwano rodziców, nakazując podawanie leków i wizytę u lekarza. Po miesiącu matka odwiozła dziecko. Choroba nie ustąpiła i rozniosła się na domowników. Nauczyciele SOSW zrobili zrzutkę, kupili lekarstwa. Na pomoc wezwali Stasię Krawczyńską, która Basię wykurowała, mimo że sama była na zwolnieniu lekarskim. Nie inaczej działo się z przywleczoną z domów wszawicą.
W nocy 11-letni Artur dostał wysokiej gorączki, dreszczy, miał wymioty i biegunkę. Tym razem wychowawca nie umiał postawić diagnozy, więc siostra Stasia zdecydowała, że trzeba do szpitala, bo to żółtaczka. – Nazywała się krętkowa i mogłem od niej umrzeć – podkreśla chłopiec.

Wszystkie dzieci są nasze
Przed reformą w ustrzyckim Specjalnym Ośrodku Szkolno-Wychowawczym zatrudnione były dwie pielęgniarki. Potem została Krawczyńska, która pracowała tu już 20. rok.
– Ośrodek jest przeznaczony dla dzieci i młodzieży z lekkim upośledzeniem umysłowym – mówi dyrektor Jan Fedczak (16 lat pracy na stanowisku), ale cierpią one także na inne choroby: heinemedinę, niedowład kończyn górnych i dolnych, dysfazję, czyli zaburzenia mowy, dysfagię – zaburzenia w połykaniu spowodowane porażeniem mięśni, dysgrafię związaną ze zmianami w ośrodkowym układzie nerwowym i dysleksję. Występują też choroby dziedziczne – np. cukrzyca wieku młodzieńczego. Nagminne są nerwice, nadpobudliwość, stany lękowe, obsesje i depresje. Lekarze zapisują leki, w tym uspokajające i psychotropowe. Z braku pielęgniarki podają je nauczyciele. Sytuacja staje coraz poważniejsza. Dzieci nie były badane przez lekarza od pięciu miesięcy, nie są szczepione.

Bez gabinetu
Stanisława Krawczyńska odeszła z pracy w ośrodku, gdyż z początkiem roku SP ZOZ w Ustrzykach Dolnych wypowiedział jej umowę o pracę. Zachowała etat jako rejestratorka w poradni dziecięcej.
– Ośrodek Szkolno-Wychowawczy ma gabinet, który nikomu nie służy – mówi Krawczyńska. – Izolatka też jest zamknięta. 70 podopiecznych w wieku od 7 do 19 lat nie jest szczepionych, nikt nie prowadzi bilansów zdrowotnych, fluoryzacji zębów itp. Najgorsze są tzw. nagłe przypadki: atak wyrostka robaczkowego, atak padaczki wymagające natychmiastowej pomocy lekarskiej. Problemem jest także grypa, odra czy świnka. Najprościej byłoby odesłać dziecko do domu, ale te dzieci to często sieroty zupełne lub społeczne.

Trójgłos o niemożności
Dyrektor Fedczak pokazuje stos pism, które wysłał w tej sprawie do SP ZOZ i starostwa bieszczadzkiego. W teczce ma także Rozporządzenie Ministra Zdrowia i Opieki Społecznej, mówiące, że uczniowie szkół specjalnych powinni mieć całodobową opiekę lekarską i pielęgniarską.
Jarosław Błachno, zastępca dyrektora ustrzyckiego ZOZ, macha lekceważąco ręką. Rozporządzenie z 1992 r. straciło moc wraz z reformą. Mówi o dawnych strukturach, a nie o samodzielnych, publicznych zakładach. Dyrektor Zdzisław Węgrzyński, z wykształcenia ekonomista, informuje, że nowy status placówki obliguje ją do zapewnienia opieki szpitalnej i specjalistycznej w przychodniach.
– Musieliśmy tak zrobić – mówi – by ratować zadłużony szpital. Zatrudnienie pielęgniarki i higienistki to kolosalne koszty! Do zwolnienia w bieżącym roku przewidzianych jest 27 pielęgniarek. Prawa ekonomii są nieubłagane. A bezrobotne pielęgniarki powinny zawrzeć indywidualne kontrakty z Podkarpacką Kasą Chorych. Już trzy razy ogłaszano konkursy na opiekę lekarsko-pielęgniarską w SOSW, ale nie wpłynęła ani jedna oferta.
– Chciałam podpisać kontrakt – mówi Krawczyńska. – Ale przy 70 tutejszych wychowankach zarabiałabym miesięcznie około 500 złotych. To nie wystarczy na składki ZUS, podatek, zakup strzykawek, igieł, materiałów opatrunkowych.
Pielęgniarka Barbara Bandrowska chciała złożyć ofertę. Ale wycofała się, gdyż stawka na niepełnosprawne dziecko wynosi 70 złotych miesięcznie. Nie starczy nawet na dojazd ze Stefkowej, gdzie mieszka, do Ustrzyk.
Liliana Leniart, rzecznik prasowy Podkarpackiej Regionalnej Kasy Chorych w Rzeszowie, uważa, że sprawa powinna być załatwiona w Ustrzykach. I przedstawia ustawy, które na samorząd terytorialny nakładają obowiązek “współuczestniczenia w procesie organizacji świadczeń zdrowotnych oraz ich dofinansowywania, zwłaszcza w ośrodkach szkolno-wychowawczych”.
Tymczasem ustrzycki SP ZOZ nie interesuje się sprawą, zaś organ założycielski, czyli starosta, nie wykorzystuje kompetencji i nie wpływa na działalność placówki. Prawem i obowiązkiem jest jej dofinansowywanie, a środki powinny być zaplanowane w budżecie. Ustawa zezwala samorządom nie tylko likwidować etaty pielęgniarek, jak to zrobiono w Ustrzykach, lecz także je tworzyć.

Są ważniejsze sprawy
Mariusz Wermiński, wicestarosta bieszczadzki, też ubolewa nad sytuacją. Uważa ją za patologiczą i dziękuje opatrzności, że jeszcze nie doszło do tragedii. Przedtem wicestarosta był kierownikiem podobnego ośrodka w Lesku. Chętnie porozmawiałby dłużej, gdyby nie inna sprawa.
Otóż Rada Ministrów pozytywnie zaopiniowała wniosek o podział powiatu bieszczadzkiego na dwa mniejsze: leski i ustrzycki. Teraz trwa walka, do kogo będzie należeć duża, niebiedna gmina Olszanica. Rada i mieszkańcy optują za Leskiem, Ustrzyki chciałyby ją mieć u siebie. Olszanica jest języczkiem u wagi, więc Wermiński mówi na trzy głosy – do mnie i do dwóch telefonów: stacjonarnego i komórkowego.

Wydanie: 27/2001

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy