Rak ma wielkie oczy

Rak ma wielkie oczy

– Pierwszą scyntygrafię zrobiliśmy w 1978 r. Byliśmy pierwsi i jedyni w Polsce zachodniej. Podobny zakład powstał w Gorzowie dopiero w latach 80. W Zielonej Górze nie ma go do dziś – zaznacza.
20 lat kierował zakładem za darmo, społecznie, pensję otrzymywał jako ordynator oddziału wewnętrznego. Sytuacja się zmieniła, dopiero gdy przeszedł na emeryturę. Ale nie żałuje tej bezpłatnej pracy. Ocalił to, co przez lata samotnie tworzył. Dziś nie sposób wyobrazić sobie skutecznej diagnostyki bez medycyny nuklearnej.

Przed czterema laty przyjechał do niego dr Staniul i zaproponował współpracę. – Chodziło o to – wyjaśnia dr Śmiłowski – by dzień przed zabiegiem podać pacjentce izotop promieniotwórczy. Ten izotop wędruje, spływa z chłonką do najbliższego węzła, tj. do węzła wartowniczego, i następnego dnia jest jeszcze aktywny. Przed zabiegiem chirurg przykłada do piersi sondę scyntylacyjną, a sonda piszczy tam, gdzie jest najwięcej izotopu. W ten sposób wiemy, gdzie jest węzeł wartowniczy, więc nie trzeba wycinać wszystkich węzłów, wystarczy ten jeden. Kiedyś na wszelki wypadek wycinało się wszystkie węzły pachowe, a potem pojawiały się komplikacje, np. pacjentce puchła ręka. Teraz wiemy, że jeśli nie ma komórek w węźle wartowniczym, to gdzie indziej też ich nie ma.

Panowie ustalili, że wystarczy telefon, by zarejestrować pacjentki, i wybrali jeden dzień – czwartek. Dr Śmiłowski wyjaśnia, że jeśli sprawa jest pilna, robią limfoscyntygrafię i scyntygrafię także w innym dniu, chodzi jednak o to, że izotop jest drogi, jeśli rozpuści się go (a taki sam jest dla jednej osoby i dla kilku) i nie wykorzysta, to po prostu rosną koszty. Teraz do Żar na limfoscyntygrafię przyjeżdżają pacjentki z Zielonej Góry, Nowej Soli i Sulęcina – 30 w miesiącu.

W marcu dr Śmiłowski otrzymał od prof. Mariana Zembali list z gratulacjami za profesjonalne wykonanie scyntygrafii mięśnia sercowego. Był mile zaskoczony. Prof. Zembala pewnie się zdziwił, że mały zakład w prowincjonalnych Żarach pracuje tak profesjonalnie, a przecież nie jest ważne, gdzie się pracuje, tylko jak.

Mammografia pod kontrolą

O godz. 20 Wojciech Kwiecień jeszcze pracuje. Spółka się rozrosła, trzeba nad tym wszystkim zapanować. Przed trzema laty Diagnostyk porozumiał się z kardiologami. Oni inwestowali w nowoczesny obiekt, radiolodzy dołożyli się do inwestycji, teraz mają cały parter budynku. – Dzisiaj współpracuje z nami sześciu radiologów, mamy osiem mammografów, pięć gabinetów USG, pięć mammobusów.

Mammobusy Diagnostyka krążą po terenie Dolnośląskiego, Lubuskiego i Wielkopolski.

O godz. 20 w Diagnostyku pracuje także inny radiolog, Piotr Śmiłowski, syn Henryka. Siedzi przy przeglądarce, musi przejrzeć i opisać 170 mammografii, czyli 680 zdjęć. – Najpierw ja przeglądam i opisuję zdjęcia, potem niezależnie ode mnie robi to Wojtek, a jeśli w opisie coś się nie zgadza, przegląda je jeszcze trzecia osoba. Gdybyśmy coś przeoczyli, za rok przyjdzie do nas kobieta z dużą zmianą. Musimy bardzo uważać – mówi.

Będę walczyć

Znów telefon od Danki. Zabieg zniosła dobrze. Ale teraz do Sulechowa nadeszły wyniki z Poznania, z wysłanego wcześniej materiału. – Byłam w szpitalu, rozmawiałam z dr. Staniulem. Nie jest dobrze. Muszę brać chemię, a potem radioterapię. Ale nie daję się. Będę walczyć. Jestem dobrej myśli.


Miejsce przyjazne pacjentowi
W zalewie narzekań na NFZ, pakiet onkologiczny i inne niedomagania służby zdrowia trudno wyłowić jakiś pozytywny sygnał. A jednak okazuje się, że można stworzyć przychodnię przyjazną pacjentowi. Kobietę chorą na raka można szybko przeprowadzić przez procedurę diagnostyczną i zorganizować jej leczenie. Wystarczy chcieć. Takich miejsc, a przede wszystkim takich otwartych na pacjenta lekarzy, jest na pewno więcej. Czekamy na sygnały.

Foto: fotolia

Strony: 1 2 3 4

Wydanie: 39/2015

Kategorie: Zdrowie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy