Ratunek w wiosce SOS

Ratunek w wiosce SOS

Dzieci, które trafiają do Wiosek Dziecięcych, trzeba nauczyć, jak znowu być dzieckiem

Karolinka została zabrana z rodzinnego domu w wieku pięciu lat. Tylko w brudnej piżamce i tenisówkach. Było ciepło, środek lata. Dom opuściła wraz z młodszym bratem Pawełkiem. „Już bardzo długo dzieci musiały same o siebie dbać, bo mama dbała tylko o to, by mieć pieniądze na alkohol. To Karolinka przebierała trzyletniego Pawełka i szukała dla niego jedzenia, gdy mama coraz głębiej zapadała się w nałóg”, mówi w „Kurierze SOS” mama SOS Ewa.

Adam ma już 24 lata, do wioski SOS trafił, gdy miał 10. Nadal nie umie wybaczyć swoim biologicznym rodzicom, którzy zostawiali jego i młodsze dzieci same w domu na całe tygodnie. Adam próbował być dla rodzeństwa tatą i mamą. „Musiałem też bronić matki i chłopaków, gdy ojciec się napił i dostawał szału. Siostry musiałem bronić przed jeszcze gorszymi rzeczami… Nigdy tak głośno nie krzyczałem jak wtedy w nocy…”, wspomina na łamach „Kuriera”. Dzieci zwykle boją się ciemności, potworów, czarownicy albo wilka z lasu. Dziesięcioletni Adam najbardziej bał się tego, że nie będzie miał co dać jeść rodzeństwu.

Przeżyły za dużo

W czterech SOS Wioskach Dziecięcych w Polsce przebywa prawie 500 dzieci, których historie są podobne do losów Adama, Karolinki czy Pawełka. Stowarzyszenie SOS Wioski Dziecięce stworzyło osiedla domów jednorodzinnych, w których mieszkają rodzice SOS wraz z dziećmi, które z różnych przyczyn nie mogą być z rodzicami biologicznymi. Te dzieci dużo przeszły. Zanim znalazły się w wiosce, musiały radzić sobie same. Ich opiekunowie mieli problemy z nałogami, nie potrafili się sprawdzić w roli rodzica. – Trafiła do nas kiedyś piątka dzieci, cztery dziewczynki i chłopiec – opowiada Anna Choszcz-Sendrowska ze stowarzyszenia. – Najstarsza dziewczynka miała sześć lat, najmłodsza rok. Po jakimś czasie, kiedy dzieci nabrały już zaufania do mamy SOS i zaczęły opowiadać jej o tym, co się działo w domu biologicznym, zapytała, kto karmił, przewijał i uspokajał najmłodszą dziewczynkę, kiedy płakała. I sześciolatka odpowiedziała, że wszystko za matkę robiła ona – dodaje. Bardzo trudno wyrwać dziecko z roli małego dorosłego. – Dziecko w kochającej rodzinie może oczekiwać od dorosłego, że kiedy płacze, krzyczy, to dorosły przyjdzie, utuli, nakarmi, uspokoi. A dziecko, u którego w domu było bardzo źle, mogło płakać, lecz nikt nie przychodził. Albo przyszedł za późno i może przewinął, ale już nie nakarmił – mówi psycholog Aleksandra Sikorska.
Kiedy dzieciaki przychodzą do wiosek SOS, zdarza się, że z owoców znają tylko jabłko i banana, a z jedzenia chleb z dżemem. Czasem trzeba je nauczyć wiązać sznurówki albo nawet korzystać z toalety. – Bywa, że dzieci nigdy nie były u okulisty. Mają złe oceny w szkole, bo źle coś przepisywały z tablicy. Są też dzieciaki, które nie tylko nigdy nie były u dentysty, ale też nie miały szczoteczki do zębów – dopowiada psycholog.

Praca z dziećmi tak zranionymi polega na ciągłym zdobywaniu ich zaufania. Małymi krokami, od podstaw, budują się ich relacje z rówieśnikami, więzi z nowymi rodzicami i innymi mieszkańcami wioski SOS. Dziecko początkowo skupia się na tym, żeby poznać miejsce, w którym się znalazło, poznać ludzi i ocenić, czy może czuć się bezpiecznie. Szuka zagrożenia z każdej strony i układa strategie przetrwania, bo ma zakodowane w głowie, że jest zdane tylko na siebie. Opiekunowie natomiast starają się pokazać mu świat, w którym dzieci są dziećmi, a dorośli dorosłymi.

Nowi rodzice

Najbardziej odpowiedzialne zadanie stoi przed rodzicami SOS – mamą czy tatą, którzy (chociaż zatrudnieni w wiosce SOS ) mieszkają z dziećmi, przyjmując rolę opiekuna. Dla nich to więcej niż praca, to pewnego rodzaju powołanie.

Małgorzata Błażewicz jest w wiosce dziecięcej w Siedlcach od momentu jej powstania w 1998 r. Najpierw siedem lat była ciocią i pomagała w domach SOS. W 2005 r. wzięła pod opiekę dzieci. – Najpierw byli Szymon, Wiktoria i Daniel. A dziewięć miesięcy później przyjęłam drugie rodzeństwo: Roberta, Jaśka i Anię. Potem jeszcze na jakiś czas doszła do nas Nikola – mówi Małgorzata. Pod jej opieką pozostała dwójka chłopaków – 16-letni Robert i rok starszy Szymon. Daniel i Jasiek są w Młodzieżowej Wspólnocie Mieszkaniowej SOS. Daniel chodzi do szkoły zawodowej w Siedlcach, do klasy o profilu kucharz. Jasiek studiuje na AWF. Ania natomiast jest w Domu Młodzieży SOS w Lublinie.

Szymon ma na koncie wiele sukcesów sportowych, ostatnio był na młodzieżowym turnieju piłki nożnej w Estonii i zdobył puchar dla najlepszego zawodnika. Chodzi do technikum, do klasy gastronomicznej, jednak kucharzem nie chce zostać. – Gotować zawsze mogę, ale wolałbym zostać trenerem, żeby to było coś związanego ze sportem – mówi. Jego biologiczni rodzice pochodzą z Biłgoraja. Sąd zadecydował, że całe rodzeństwo może wrócić do matki, ale Szymon nie chciał. – Moje dwie siostry wróciły, ja nie. Wiem, że tu jest lepiej niż u mamy. Wiem, jak tam jest, wiem, jak jest tu. Jeździłem do niej na święta, więc dostrzegam różnicę. Z mamą mam taki kontakt, że jak się zdzwonimy, to rozmawiamy. Ale chyba z tatą kontakt jest lepszy, bo częściej dzwoni – wyjaśnia Szymon. – Pomyślałem sobie też, że już 12 lat jestem w wiosce SOS, to dużo.

Małgorzata zastanawia się, czy kiedy chłopcy się usamodzielnią, da radę przyjąć kolejne rodzeństwo, czy może już czas na emeryturę. Na pewno chce doprowadzić chłopców do samodzielności. A może będą chcieli przenieść się do Młodzieżowej Wspólnoty Mieszkaniowej SOS, która jest etapem pośrednim między dzieciństwem w wioskach SOS a pełnym usamodzielnieniem. To miejsce, gdzie młodzież przygotowuje się do samodzielnego życia.

Małgorzata Klimas jest mamą SOS, która podjęła się opieki nad piątką dzieci. Pierwszy kryzys przeżyła już po paru miesiącach. – Dzieciaki bardzo się buntowały. Musiały mnie poznać i nabrać zaufania, że nie przyszłam po to, by je krzywdzić. Często ten strach wyrażały poprzez agresję i krzyki, że im na mnie nie zależy. Straszyły mnie nawet, że pójdą na skargę do dyrektora – opowiada. – Bardzo pomogły mi rozmowy z psychologiem. Wiele razy słyszałam: dostaniesz teraz za wszystkich – za matkę, która się nie opiekowała, za ojca, który pił i bił, za system, który wrzucił te dzieci w dwa miejsca, zanim dotarły tutaj. Kiedy dziecko do ciebie krzyczy, to krzyczy nie do ciebie jako Małgorzaty Klimas, ale do wszystkiego złego, co je spotkało. Jednak to ty stoisz obok i ty za to dostajesz – tłumaczy. I dodaje, że najważniejsze jest zrozumienie. Okres przełamania trwał około dwóch lat. Z tamtej piątki jedna dziewczyna się usamodzielniła, doszły dwie i teraz Małgorzata ma pod opieką szóstkę nastolatków.

Właśnie ta samodzielna już dziewczyna, gdy miała 14 lat, zaczęła odnawiać kontakt z matką. – W wiosce była od trzeciego roku życia. Mimo że nie mieszkała z matką 11 lat, i tak na początku u mamy wszystko było „naj” – wspomina Małgorzata. Po wielu spotkaniach dziewczyna zdecydowała, że spędzi w domu rodzinnym wakacje. – W tamtej miejscowości, mówiła zachwycona powrotem do mamy, nawet ludzie byli lepsi, milsi, inaczej się uśmiechali. To trwało rok-półtora. A później coś się stało, może otworzyły się jej oczy, w każdym razie już nie chciała się widzieć z matką. Mówiła, że gdyby nie fakt, że z matką jest jej młodsza siostra, zerwałaby kontakt zupełnie – podkreśla Małgorzata.

Sens trudów

Pełnoletnich podopiecznych nie zostawia się samych sobie. Są otoczeni wsparciem, również finansowym, dopóki tego potrzebują. Młodzi często znajdują sobie wakacyjną pracę, by zwiększyć kieszonkowe. Po ukończeniu 16. roku życia mogą również się zdecydować na przeniesienie do Młodzieżowej Wspólnoty Mieszkaniowej SOS, którą najczęściej jest klatka w bloku mieszkalnym w większym mieście, przygotowana specjalnie dla młodzieży z wiosek. Nad grupą czuwa opiekun, który pomaga w prowadzeniu gospodarstwa domowego i zarządzaniu budżetem. Natalia, jedna z podopiecznych wioski w Siedlcach, od kilku lat przebywa w Młodzieżowej Wspólnocie Mieszkaniowej SOS. Jest studentką bezpieczeństwa narodowego. Marzy, żeby zostać policjantką, ma już zaliczone pierwsze testy. – Ta myśl pojawiła się już dawno. U mnie w domu była przemoc. I powiedziałam sobie już dawno, że chcę bronić słabszych – uzasadnia taki wybór.

Podopieczni muszą przede wszystkim uporać się ze swoją przeszłością. Dzieci muszą być świadome, że był jakiś powód, dla którego rodzice nie mogli się nimi zajmować, a straconego czasu nie da się zrekompensować. Z kolei biologiczni rodzice muszą sobie uświadomić, że właśnie oni popełnili błąd. – Trzeba dużo zrozumienia ze strony matki, że dzieci mogą już jej nie pamiętać i nie do końca traktują ją jak matkę. A dzieci nie mogą mieć roszczeń, że mama te lata musi naprawić – mówi Małgorzata Klimas.

Trud rodziców SOS nie idzie jednak na marne. – Jestem dumna, kiedy dzieci chcą się uczyć i mają sukcesy. I że mądrze podchodzą do życia, że nie wychowuję kolejnych klientów opieki społecznej, ale ludzi, którzy będą sobie w życiu radzić – uśmiecha się. – Najważniejsze, że widzę, że robię to, po co przyszłam. Że jakoś zastępuję im matkę, że kiedy jest im ciężko, przychodzą do mnie, bo mają zaufanie.

Wydanie: 43/2017

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy