Rock nie umarł

Rock nie umarł

Na festiwalu w Jarocinie młodzi odczytali PRL jako Punk Rock Later

Pierwsi fani gitarowych riffów i mocnego uderzenia przyjechali już dzień przed imprezą. Każdy kolejny pociąg dowoził nowych punków, hipisów, rastafarian lub zwykłych miłośników ambitnego rocka. Jarociński dworzec – jak za dawnych lat – zaroił się od glanów, skórzanych kurtek, dziwnych fryzur i kolczyków. Równie szybko zapełniały się miejskie parkingi, na które zajeżdżały auta z całego kraju. Wśród nich służbówki przedstawicieli handlowych, z których powiewały czerwono-czarne szturmówki i flagi z pacyfistycznymi emblematami. Na boisku szkolnym – ku uciesze dzieci – wyrosło prowizoryczne pole namiotowe. Przed sklepami ustawiały się długie kolejki. – Piwo, wino, bułki, konserwy – ekspedientka wylicza najczęściej sprzedawany asortyment. Przyjezdni szybko wtopili się w pejzaż miasta. Grupki młodych gniewnych rozsiadały się w parku, na ławkach lub murkach. Niektórzy spacerowali z piwem po uliczkach i zakamarkach Jarocina. Na rynku pod arkadami zagnieździły się spragnione miłości pary i zwolennicy popołudniowej sjesty. Tu i ówdzie słychać było chwytliwe refreny punkowych szlagierów, puszczanych z przenośnych magnetofonów lub intonowanych przez podchmielonych amatorów śpiewu. Wszędzie jednak spokojnie. Żadnych burd ani awantur, co wyraźnie cieszyło mieszkańców. – Niech się bawią, byle niczego nie dewastowali i nie chuliganili – mówi Teresa Szymkowiak, leciwa mieszkanka Jarocina. Podobnie uważa wielu napotkanych po drodze do amfiteatru jarocinian.

Powrót do młodości

Na PRL Festiwal zjechało w sumie kilkanaście tysięcy osób. Dotarli starzy i młodzi. Długie włosy, czuby i sfilcowane dredy przeplatały się z przyprószonymi siwizną skrońmi, zakolami czy wręcz łysiną starszego pokolenia. Noszone przez młodych wyćwiekowane obroże i agrafki wyraźnie kontrastowały ze stonowanymi strojami 40-, 50-latków, ale nikomu to nie przeszkadzało we wspólnej zabawie. Starsi potraktowali festiwal jak wehikuł czasu, który pozwolił im odbyć podróż sentymentalną do beztroskich lat młodości. Olek Strapko przyjechał do Jarocina specjalnie z Zielonej Góry. Był na wszystkich festiwalach od czasu, kiedy jego syn skończył 10 lat, czyli od 1986 r. – Jarociny były dla mnie ogromnym przeżyciem. Czekało się na nie cały rok. Dostęp do alternatywnej muzyki był wówczas bardzo ograniczony. Można jej było posłuchać tylko tutaj – mówi. Niektórzy do Jarocina zawitali całymi rodzinami, tak jak Jankowscy z Poznania. Zabrali ze sobą także dziewczynę i koleżankę nastoletniego syna. – Do Jarocina przywiodły nas wspomnienia i ten pamiętny klimat, o którym tyle opowiadaliśmy dzieciom – mówi Ewa, wielokrotna bywalczyni FMR. Najbardziej z tamtych lat zapamiętała życzliwość ludzi, poczucie wspólnoty oraz dobrą zabawę. 36-letni Maciek, aby dotrzeć na festiwal z Białegostoku, musiał wziąć urlop. Na co dzień jest kierownikiem działu w dużej międzynarodowej firmie i chadza w garniturze. Do Jarocina zabrał jednak swoją wytartą ramoneskę, w której bywał na festiwalach kilkanaście lat temu. – Żona chciała mi ją wyrzucić, ale nie pozwoliłem. Wiedziałem, że się przyda – żartuje. Za pierwszym razem, aby jechać do Jarocina, uciekł z domu. – To było po maturze. Rodzice nasłuchali się o czarnych mszach na koncertach i nie chcieli mnie puścić, więc dałem nogę – wyznaje. Jechał na gapę. Spał gościnnie u obcych w namiocie. Jadał to, co ludzie i księża dali, lub chodził podkradać do pobliski ogródki. – Wtedy w Jarocinie panował taki klimat, że wszyscy się wszystkim dzielili. Pełna solidarność. Jak ktoś na polu namiotowym otwierał puszkę śledzi lub konserwę, to oznajmiał wszem wobec, że może nieco odstąpić – opowiada Maciek. Jak mówi, sama wyprawa na festiwal była już wielką przygodą. Z rozrzewnieniem wspomina czasy, gdy w pociągu strzygł z kolegami zadziorne fryzury i wypisywał punkowe slogany na kurtkach i koszulkach. Zapewnia, że do dziś pamięta smak kefiru i bułki jedzonej na polu namiotowym. Pamięta też posmak kurzu w ustach. – W czasie pogo co chwila ktoś rzucał garść piachu w górę, byliśmy cali umorusani. Po powrocie myłem się wężem w ogrodzie – wspomina. Podkreśla, że wychował się na Jarocinie i że to on go w dużej mierze ukształtował. – Dziś, choć pracuję w dużym koncernie i nie wyglądam już jak rasowy kontestator, ciągle czuję się punkiem – deklaruje.

Spotkanie z legendą

O ile starsi przyjechali na festiwal z sentymentu, o tyle młodzi z ciekawości. Chcieli na własne oczy zobaczyć to, o czym tyle czytali i słyszeli. Większość z nich w Jarocinie była po raz pierwszy. Nie mogli być wcześniej, bo gdy w 1994 r. festiwal przestał istnieć, mieli zaledwie po kilka lat lub byli uczniami początkowych klas podstawówki. Karolina Gałęska z Kobylina ma 23 lata i studiuje pedagogikę. Nie może przeboleć, że niedane jej było zaznać tamtego starego Jarocina. – Wiem, że było to coś niesamowitego. To, co teraz widzę, z pewnością nie jest w stanie oddać tamtego klimatu, ale mam chociaż namiastkę tej wielkiej legendy – mówi. Dla 16-letniego młodzieńca z irokezem na głowie Jarocin był marzeniem, odkąd sięga pamięcią. – To dla mnie klasyk. Zawsze chciałem tutaj przyjechać i w końcu się udało. Jestem tu głównie dla ludzi i klimatu, nawet mniej dla muzyki – tłumaczy, przedstawiając się ksywą Józol. Zapewnia, że jeśli za rok znowu będzie festiwal, przyjedzie z większą ekipą. Teraz jest z nim o dwa lata młodsza przyjaciółka – Szczota z Kędzierzyna-Koźla. Ona również ma irokeza. Wcześniej bywała jedynie na Woodstocku, ale, jak mówi, w Jarocinie jest dużo lepiej. – Na przystanki przyjeżdżają całkiem przypadkowe osoby, bo to impreza darmowa. Pełno tam ludzi przesiąkniętych fast foodami i muzyką z MTV. Tu jest zupełnie inaczej – wyjaśnia. Przeciwko porównywaniu obu imprez protestuje Walter Chełstowski, juror konkursu oraz pomysłodawca i organizator pierwszych festiwali. – To są dwa różne klimaty. Na Woodstock ludzie przyjeżdżają, żeby być razem, a muzyka jest tylko klejem. Tam nie wyłania się gwiazd. Jarocin natomiast odkrywa nowości i wskazuje trendy – tłumaczy.

Grzanie do rana

Część muzyczna festiwalu miała – jak za dawnych lat – dwie odsłony. Pierwszego dnia w amfiteatrze na małej scenie zagrały zespoły amatorskie. Konkurs rozpoczęły warszawskie Mass Kotki. Po nich na scenę weszło jeszcze 15 innych kapel. Jury wybrało Ulicznego Opryszka i Sjel. Publiczność – Random Justice. Młodzi artyści w ramach nagrody otrzymali przepustkę na dużą scenę, gdzie zagrali z legendami jarocińskich festiwali. – Poziom warsztatowy młodych kapel jest dziś znacznie lepszy niż 20 lat temu. Przede wszystkim nie mają one takich problemów z instrumentami jak kiedyś, gdy grało się na sprzęcie własnej roboty – ocenia Walter Chełstowski. Przez cały koncert w amfiteatrze panowała znakomita atmosfera. Zdaniem Pawła Cabana, perkusisty nagrodzonego zespołu Sjel, było tak dlatego, że zespoły przyjechały nie po to, aby się ścigać, ale aby grać. – Muzyka to nie sport, a scena to nie boisko do piłki nożnej – przekonuje.
Sobotnio-niedzielny koncert na dużej scenie okazał się jeszcze lepszy, choć doskwierały problemy z nagłośnieniem. Nie przeszkodziło to jednak publiczności w znakomitej zabawie, którą dodatkowo podsycał przebrany w mundur milicjanta Jarek Janiszewski z zespołu Bielizna. Pod sceną przez cały czas było tłoczno. Ochrona ledwo dawała radę z naporem roztańczonego tłumu. Nad głowami powiewały czerwono-czarne flagi i symbole anarchii. Przez moment pojawiło się nawet popiersie Lenina oraz flaga NRD. Nie obyło się też bez tradycyjnego pogo i noszenia na rękach. Od czasu do czasu, ktoś rzucał w górę – niczym serpentynę – rolkę papieru toaletowego lub części garderoby. Pojawiało się również znane z minionych koncertów skandowanie: „Nasz festiwal!”. Świetnie zagrały Dezerter, Bakshish, TSA i Dżem. Ku uciesze publiki posypało się wiele starych hitów. Największą niespodziankę sprawia jednak Armia, która kończąc ok. 7 rano muzyczny maraton, pożegnała publiczność utworami legendarnej Siekiery. Dla miłośników starego punk rocka było to nie lada przeżycie. Sami artyści bardzo pozytywnie oceniają atmosferę koncertu. – Nastrój grania jest dzisiaj zupełnie inny niż przed laty, ale obiór muzyki przez publiczność ciągle taki sam – zapewniał po koncercie Robert Matera, wokalista i gitarzysta grupy Dezerter.

Nie tylko muzyka

Równie dużym entuzjazmem, co koncerty, cieszyły się otwarte na rynku wystawy. Pierwszą z nich, zatytułowaną „Jarocin w obiektywie bezpieki”, przygotował łódzki oddział IPN. Zwiedzającym udostępniono dokumenty i fotografie wykonane przez funkcjonariuszy SB, którzy w latach 80. inwigilowali jarocińskie festiwale. W ramach drugiej wystawy zaprezentowano pamiątki ukazujące historię FMR, m.in. oryginalne plakaty, karnety, programy, a nawet podpisy członków zespołu Proletaryat, złożone na starej stuzłotówce. W sumie wystawiono kilkaset eksponatów. – Zainteresowanie wystawą mile mnie zaskoczyło. Nie było takich, którzy by weszli, spojrzeli i wyszli. Każdy wnikliwe oglądał to, co udało nam się zgromadzić – mówi Eugeniusz Czarny, dyrektor Muzeum Regionalnego w Jarocinie.
Publiczność bardzo dobrze przyjęła także wyświetlany w piątkowy wieczór film Piotra Łazarkiewicza pt. „Fala”, dokumentujący festiwal z 1985 r. Po raz pierwszy publicznie zaprezentowano jego nieocenzurowaną wersję. – Chcieliśmy zrobić film o tym, że nawet w tamtych czasach można było zachować poczucie wolności w sobie – mówił do kilkutysięcznej widowni reżyser. Burmistrz Adam Pawlicki przyznaje, że projekcja zrobiła na nim największe wrażenie. – Kilka tysięcy osób oglądało film o sobie. Obraz z ekranu idealnie wtapiał się w to, co aktualnie działo się w naszym mieście – mówi. Z tegorocznej imprezy powstał materiał na drugą części filmu.

Chybiony PRL?

Odniesień do minionej epoki było więcej. Cała impreza – zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami – stylizowana była na lata PRL-u. Z magazynów wyjęto sztandary i transparenty gloryfikujące socjalizm. Na stadionie zawisły hasła propagandowe, a w tle rockowych akordów słychać było partyjne tyrady komunistycznych notabli i agitację młodzieży z ZSMP. Obok sceny ustawiono stragany z pustymi półkami. Piwo, frytki i kiełbasę okrzyknięto dobrami luksusowymi i sprzedawano je wyłącznie w sektorze zwanym Peweksem. Nawet bilet wstępu na stadion przybrał formę kartki na żywność.
Odniesienia do minionej epoki nie wszystkim jednak przypadły do gustu. Podobało się głównie młodym, którzy skrót PRL rozszyfrowywali jako Punk Rock Later, a ochroniarzy prosili, aby ich nieco pogonili, bo chcą poczuć na własnej skórze represje. Niektórzy wprost mówili, że żałują, że nie było im dane żyć w epoce, którą znają tylko z filmów Barei. Starsi do ustrojowej retrospekcji podchodzili z rezerwą. Mieszane uczucia mieli także artyści. – PRL to nie było wesołe miasteczko – krzyczał ze sceny Jarek Kowalczyk, wokalista grupy Bakshish. Krzysztof Grabowski z Dezertera uważa, że oswajanie dawnych czasów nie ma sensu, bo były złe i zasługują na potępienie. – Najbardziej poczułem PRL, gdy widziałem, jak bramkarze traktowali ludzi pod sceną – mówi ironicznie. Walterowi Chełstowskiemu pomysł PRL-u nie przeszkadzał. – Odczytuję to jako happening i kabaret w stylu Pomarańczowej Alternatywy i mam nadzieję, że wiele osób tak do tego podchodzi – tłumaczy. Z kolei Marcin Jacobson, – menedżer TSA i dyrektor festiwalu z 1987 r., komunistyczną oprawę potraktował jako znakomity zabieg marketingowy.

Quo vadis, Jarocinie?

Zainteresowanie imprezą przerosło najśmielsze oczekiwania organizatorów. Sukces festiwalu zrodził pytanie, czy powinno się go reaktywować jako imprezę cykliczną. Opuszczająca stadion publiczność nie miała wątpliwości. – Jarocin powinien odżyć, byle bez komercji, megakoncernów i plastiku. Czasy się zmieniły, ale nadal jest się przeciwko czemu buntować – mówi 26-letnia Jola z Bydgoszczy. Kazimierz Jankowski z Poznania również uważa, że festiwal powinien zostać utrzymany. – Kiedyś była to kontra wobec systemu, a dziś mogłaby to być kontra wobec tego, co dominuje w skomercjalizowanych mediach – przekonuje. Organizatorzy nie ukrywają, że biją się z myślami. Przed imprezą wielokrotnie zapewniali, że PRL Festiwal, nie będzie próbą wskrzeszenia kultowej imprezy, a jedynie jej podsumowaniem i przypomnieniem. Teraz nie wykluczają kolejnych edycji. Robert Kaźmierczak, wiceburmistrz Jarocina, podkreśla jednak, że jeśli festiwal wróci na muzyczną mapę Polski, to na pewno w innej formule. Jak zatem mógłby wyglądać Jarocin przyszłości? Byli twórcy festiwalu skłaniają się ku konkursom młodych kapel. Walter Chełstowski widziałby przyszły Jarocin jako miejsce promowania amatorskich zespołów grających nie tylko rocka, lecz także inne gatunki muzyczne, z hip-hopem i nowymi brzmieniami włącznie.

 

Wydanie: 24/2005

Kategorie: Reportaż

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy