Rodzice czy kaci?

Rodzice czy kaci?

37% sprawców przemocy wobec dzieci to ich ojcowie, 20% – konkubenci matek

To dziecko ze złamanym oczodołem, o, tu jest ślad buta tatusia – prof. Stanisław Kwiatkowski, neurochirurg dziecięcy z Uniwersyteckiego Szpitala Dziecięcego w Krakowie, objaśnia zdjęcie, na którym widać twarzyczkę małego chłopca wykrzywioną bólem. – A to są ślady po sprzączce od paska. Ta kilkumiesięczna dziewczynka ma złamaną kość jarzmową. To niemowlę było duszone, widać jeszcze odcisk kciuka na jego szyi. Gdy kopane jest dziecko, które dopiero zaczyna chodzić, ślady można zobaczyć na wysokości jego kolan – kilkuminutowa prezentacja profesora jest trudna do zniesienia.

– Mieliśmy też dzieci przypalane papierosem – prof. Kwiatkowski mówi jednak o tym zwyczajnie, nie może się roztkliwiać nad swoimi pacjentami. Gdy trafia do niego zmaltretowany malec, musi jak najszybciej go zdiagnozować i – jeśli trzeba – operować.

Co jakiś czas słyszymy o ciężkim pobiciu dziecka, o jego skatowaniu, niekiedy na śmierć. Dzieje się to w rodzinie, w czterech ścianach, dokąd nie sięga wzrok sąsiadów czy dalszych krewnych. I to nie tylko w środowiskach biedy i patologii społecznej, narkomanii czy alkoholizmu, ale również w tzw. dobrych domach. Tyle że tam zwykle bardziej dba się o pozory. Gdy słyszymy o takiej tragedii, przez chwilę myślimy z przejęciem o tym, ile to dziecko wycierpiało, ale po chwili kierujemy myśli na inne sprawy. Bo po co się zamartwiać cierpieniem cudzych dzieci, skoro nie mamy wpływu na ich los? Czy jednak na pewno nie mamy żadnych możliwości ich obrony?

Zespół dziecka potrząsanego

Niekiedy prof. Kwiatkowski, nawet gdy po zbadaniu dziecka jest przekonany, że było bite, nie znajduje na jego ciele śladów po uderzeniach. – Ta dziewczynka była smagana mokrym ręcznikiem, by nie pozostały ślady po uderzeniach – na ekranie laptopa widzę jej zdjęcie. – Urazy jednak zostały stwierdzone, ale to wymagało dodatkowych badań.

Trudno też udowodnić rodzicom czy opiekunom znęcanie się nad dzieckiem, którego mózg został uszkodzony przez potrząsanie. A nie jest to zjawisko obce, istnieje pojęcie zespołu dziecka potrząsanego. Termin ten jest w użyciu, odkąd w latach 60. w Stanach Zjednoczonych pewna opiekunka tak mocno potrząsała malcem, że uszkodziła jego mózg. Prof. Kwiatkowski wyjaśnia, że przy silnym potrząsaniu dzieckiem mózg nie nadąża za ruchem czaszki i dochodzi do zrywania się naczyń na jego powierzchni. Powstają wówczas krwawienia śródczaszkowe, a w efekcie następuje wzrost ciśnienia śródczaszkowego i obrzęk mózgu. Objawy są niełatwe do wykrycia – dziecko milknie, jest smutne, jego ciałko jest wiotkie, głowa mu opada, oczy kieruje w górę. Główka staje się nieproporcjonalnie duża w stosunku do reszty ciała, bo gromadzi się w niej krew, skóra na niej jest napięta. Często w takich przypadkach dochodzi do zniszczenia nerwu wzrokowego, co powoduje ślepotę.

Dużej uwagi lekarza wymaga także wykrycie śladów po dawnych złamaniach kości czy uszkodzeniach organów. Toteż, jak twierdzi prof. Kwiatkowski, gdy istnieje podejrzenie, że mały pacjent był ofiarą przemocy fizycznej, należy go poddać badaniom specjalistycznym. Jeśli lekarz stwierdzi u niego zagojone złamania ręki, nogi, żeber albo kości czaszki, a w historii jego choroby nie ma wzmianki o leczeniu tych urazów, można przypuszczać, że powstały na skutek bicia. Trzeba też wtedy zbadać jego narządy wewnętrzne, by stwierdzić, czy nie ma pęknięcia śledziony, powiększenia wątroby, uszkodzenia płuc lub innych organów albo śladów po wcześniejszych krwawieniach wewnętrznych. Wykonuje się w takich przypadkach różne inne badania specjalistyczne, choćby po to, żeby dowieść, że krwawienia nie zostały spowodowane zaburzeniami hematologicznymi.

Dziecko się nie poskarży

Najbardziej niebezpieczne są jednak urazy głowy, a dokładniej mózgu – prof. Kwiatkowski jako neurochirurg dziecięcy wie o tym doskonale. Pęknięcie czaszki może się zagoić bez groźnych następstw, lecz gdy mózg jest uszkodzony, dalszy rozwój dziecka nie będzie przebiegał prawidłowo. Ale takie zmiany w mózgu może rozpoznać tylko neurolog bądź neurochirurg dziecięcy po wykonaniu badań specjalistycznych. – W takich przypadkach dziecko patrzy w dół, jego głowa jest nadmiernie duża – wyjaśnia profesor.

Cały tekst można przeczytać w „Przeglądzie” nr 3/2020, dostępnym również w wydaniu elektronicznym.

Fot. Adobe Stock

Wydanie: 3/2020

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy